Budynek trochę straszy. Znów to jest, jak ćwiczeniówka babci, masywna, mroczna buda. Tyle że ta otoczona jest parkiem starych drzew. I wielkie drzwi wejściowe, nie drzwi nawet, a wrota z wielką klamką mosiężną, które, gdy weszłam teraz, będąc w podróży do Chełma, zatrzasnęły się za mną z głuchym pomrukiem. Poczułam się jak uczniak, który nieodwołalnie skazany jest na to, aby pisać dziś klasówkę z matmy. I ten sam osobliwy zapach, co na Reformackiej, gdzie szukałam cieni babci, i ten sam, co i w mojej warszawskiej mrocznej podstawówce. I stan jakiegoś zagrożenia i opresji. Wszakże do czasu. Bo trafiłam do Czarnieckiego na chwilę przed dzwonkiem na dużą przerwę. W jednej chwili mroczne korytarze zapełniły się barwnym tłumem rozwrzeszczanych dzieciaków. W każdym z nich w tym momencie widziałam albo siebie, albo ojca.
Symbol roku to (zajin/szin/hei), co oznacza, że Rosz Haszana przypada w Szabat (siódmy dzień tygodnia), miesiąc cheszwan i kislew mają oba po 30 dni (szlemim pełne), a pierwszy dzień Pesach przypada w czwartek (piąty dzień tygodnia). Jest to rok przestępny, kiedy to dodawany jest drugi miesiąc adar. Rok ma 385 dni i 55 Szabatów. Jest to jedenasty rok w dziewiętnastoletnim cyklu księżycowym i dziewiętnasty rok w dwudziestoośmioletnim cyklu słonecznym. W kalendarzu podano czas rozpoczęcia i zakończenia Szabatów, świąt i postów dla czterech miast Warszawy, Krakowa, Łodzi oraz Wrocławia, a także dla Syrakuz, według programu Kaluach. Czas zapalania świec przed Szabatem i świętami 18 minut przed zachodem słońca. W święta podano czas rozpoczęcia pierwszego dnia świątecznego, zakończenia pierwszego dnia świątecznego (co oznacza jednocześnie nastanie drugiego dnia) oraz czas zakończenia drugiego dnia świątecznego. Uwzględniono zmianę czasu na letni (czas przestawiany jest w ostatnią niedzielę października oraz w ostatnią niedzielę marca). W erew Pesach podano czas do kiedy dozwolone jest spożywanie chamecu oraz czas do kiedy wolno chamec posiadać.
Przecinek jest znakiem dwuwartościowym, pisał Ginzburg. Łączy i rozdziela jednocześnie bitwy, podróże, przygody; światy, poglądy, wizje. Jest nocą pomiędzy dniami i dniem pomiędzy nocami; nieszczęściem pomiędzy okresami pomyślności i szczęściem, które rozdziela chwile przygnębienia. Wprowadza oddech, ale nie daje ukojenia; zapowiada ciąg dalszy, choć niczego nie gwarantuje. Nie jest nigdy kresem opowieści zawiesza ją. AI nie musi odpoczywać, nie męczy się, nie ma lepszych i gorszych dni. Tymczasem człowiek-twórca kultury to istota niejednoznaczna, nielogiczna, nieidealna. W epoce cyfrowej, która zalewa nas niczym owidiuszowy Potop nieustannym strumieniem informacji, przecinek staje się gestem oporu chwilą odzyskanego oddechu, znakiem wahania. Dopóki stawiamy przecinki, żyjemy, trwamy, jesteśmy: Homer, Owidiusz, my.
Maszkaron (wł. mascherone) motyw dekoracyjny o genezie starożytnej, wywodzący się z greckich masek popularny zwłaszcza w sztuce renesansu. W Krakowie związany przede wszystkim z renesansową attyką Sukiennic; 1557 w księgach miejskich wzmiankowano zakup kamienia w Pińczowie na wykonanie masek do dekoracji attyki; modele masek wykonał prawdopodobnie Santi Gucci; w zwieńczeniu attyki ustawiono wówczas 20 masek (wyobrażających pół ludzi pół zwierzęta) rozdzielonych wazonami. Encyklopedia Krakowa Z attyki Sukiennic czy z nagrobka króla Stefana Batorego renesansowe maszkarony trafiły na fasady XIX-wiecznych kamienic krakowskich. Są przy ulicach Starowiślnej, Sarego, Długiej, Karmelickiej, Basztowej, Szlaku, Tarłowskiej i wielu innych. Mijamy je, często pokryte warstwą stupięćdziesięcioletniego kurzu, brudu i smogu, nieraz spękane i obtłuczone, rzadziej odnowione i aż nazbyt wygładzone. Ale jeśli poświęcimy im choć trochę uwagi, wynagrodzą nam to niezwykłym detalem Ten maszkaron nie dość, że ma ozdobne nakrycie głowy i pięknie ufryzowaną brodę, to na dodatek nosi kolczyki z okazałych pereł. Karolina Grodziska
To tylko słowa W chwili, kiedy zdecydowałam się na napisanie tej książki, wiedziałam, że znajdzie się ktoś, gotów stwierdzić, że nie takie batalie się liczą i że z wszystkim z czym jeszcze powinniśmy walczyć, jest sprawą doprawdy uboczną szukanie płci w języku. Ja myślę dokładnie odwrotnie. Niedocenianie nazw rzeczy jest najgorszym błędem naszych czasów, które przeżywają wiele tragedii, ale zwłaszcza żywa jest tragedia semantyczna, która jest, w gruncie rzeczy tragedią etyczną. Formalnie rzecz biorąc etyka jest dziedziną filozofii zajmującą się zachowaniem człowieka w odniesieniu do konceptów dobra i zła, ale w naszej codzienności bycie etycznym oznacza przede wszystkim traktowanie nazwanych rzeczy tak, jak je nazwaliśmy. Pomylić nazwę, znaczy pomylić podejście moralne i nie rozumieć już różnicy między dobrem, którego pragniemy i złem, które w efekcie realizujemy. Żyjemy w świecie, który od wieków, w odniesieniu do kobiet (nie tylko, ale przede wszystkim do nich) nadal powtarza ten błąd, z którego konsekwencjami musimy się codziennie mierzyć. Przemoc fizyczna, różnica w zarobkach, brak adekwatnej medycyny, rozbieżność między obciążeniem intelektualnym a pracą domową, dyskryminacja zawodowa i tysiąc innych niekorzystnych rozwiązań, są konkretnie wymierne, choć nie zawsze są mierzone. Polityka języka w takim scenariuszu nie zdaje się być rzeczą najważniejszą, jednakże w niej biorą początek wszystkie inne, bo sposób w jaki nazywamy rzeczywistość, staje się sposobem naszego przeżywania tej rzeczywistości.
W swej książce Karen Blixen dała wysoce wyidealizowany, poetycki wyraz afrykańskiego ukąszenia, które zawładnęło nią na zawsze oraz równie wysublimowany obraz swej miłości do Denysa Finch Hattona. Z tego punktu widzenia można tylko skłonić głowę przed jakością literacką opowieści i ponownie, biorąc pod uwagę, że autorka napisała ją w języku, który nie był jej własnym. W żadnym przypadku nie można jednak traktować Pożegnania z Afryką jako obiektywnej relacji o charakterze historycznym. W książce brak jakiejkolwiek konsekwentnej narracji chronologicznej, a wiele faktów zostało poddanych daleko idącej obróbce. Choćby zdanie I had a farm in Africa, otwierające zarówno książkę, jak i główną część filmu. Karen rzeczywiście mieszkała w pięknym domu na farmie, a przez jakiś czas nawet nią zarządzała (z fatalnymi skutkami), ale właścicielką majątku była spółka akcyjna, zawiązana przez zamożnych członków jej rodziny, tyleż z myślą o zyskach, co o stworzeniu odpowiednich ram dla życia panny już dwudziestoośmioletniej i coraz bardziej wyobcowanej ze swego środowiska.
Rozmowy odbywały się w rozmaitych miejscach i w różnym czasie. Łączy je to, że ukazują wyjątkowych ludzi, którzy żyją tym, co robią, dzieląc się z innymi swoimi odkryciami, twórczymi dokonaniami i pasją, która przedmiot badań zamienia w wyprawę w nieznane. Pretekstem do rozmowy najczęściej było nowe dzieło, ale do niego wiodą ścieżki z przeszłości a od niego prowadzi droga w przyszłość. Dlatego wszystkie z zamieszczonych tu rozmów choć sygnowane datą ich powstania noszą stempel nieprzemijalności. Ponadczasowe są bowiem: faustyczna żądza poznania, ciekawość świata, pragnienie rozwikłania zagadek, z jakimi mierzy się umysł naukowca lub biografa, potrzeba nadania sensu egzystencji niezależnie od tego, czy układa się opowieść o cudzym życiu, czy pisze każdego dnia własne.
Większą część mojego dzieciństwa i młodości nie dzieliłam z tatą i dopiero już jako dorosła osoba, mężatka i mieszkająca za granicą poznałam go bliżej. Ojciec przez wiele lat mieszkał razem z nami w Szwecji. Zainteresowałam się, kim jest i skąd pochodzi. Wtedy też zrozumiałam, jak ważny w życiu taty był Kobryń. Z czasem stał się też ważny dla mnie.
Z funkcjonującego na przełomie XIX i XX wieku przez ponad 50 lat żydowskiego cmentarza gminy podgórskiej i z leżącego nieopodal, funkcjonującego w latach 1932-1942, cmentarza gminy krakowskiej w Podgórzu zachowała się jedna macewa in situ. Na przekór zniszczeniom wojennym, zapomnieniu i upływowi czasu stoi na swoim miejscu i przypomina nam o przedwojennej funkcji tego obszaru.W książce autorka przybliża historię tych dwóch żydowskich nekropolii Podgórza; na podstawie literatury i źródeł archiwalnych rekonstruuje ich losy, zasięg i infrastrukturę. Dzięki dogłębnej analizie zachowanych ksiąg metrykalnych udaje jej się ustalić liczbę pochowanych na nich osób. Jej pionierskie badania mają na celu przybliżenie czytelnikowi historii cmentarzy, uświadomienie o ich skali, a w konsekwencji ocalenie ich od zapomnienia i wymazania ze zbiorowej pamięci Krakowian.
W żydowskiej sztuce obrzędowej aż roi się od istot, które żyją na ziemi, w wodach i powietrzu. Te najczęściej spotykane to lwy, jelenie i orły, ale bywają też wiewiórki, niedźwiedzie i słonie. Obsiadły lampki chanukowe i besaminki, tarcze i korony na Torę. Prawdziwym rajem dla nich były pokryte malowidłami ściany i sklepienia synagog oraz rzeźbione w drewnie szafy na zwoje Tory. Ich rodowód jest starożytny, sięga Grecji i Mezopotamii; lwy, lamparty, byki, gazele i pawie przetrwały na bliskowschodnich mozaikach synagog z okresu Bizancjum. Metafory ze świata fauny znajdziemy w Biblii, zwłaszcza psalmach i w wielkiej obfitości w Pieśni nad Pieśniami, gdzie miły podobny jest do gazeli lub do młodego jelonka, a miła ma włosy jak stado kóz, które schodzą z gór Gileadu. Zwierzęta pojawiają się też w modlitwach i poematach liturgicznych, w przypowieściach i folklorze. Ich wszechobecność w sztuce nie przekłada się na łatwość interpretacji; często nie sposób stwierdzić z całą pewnością, czy pełnią rolę symbolu, czy też zostały użyte jako uświęcone tradycją ornamenty chyba że skojarzenie podsuwa nam towarzyszący im werset.
Pretekst włoski to wybór wierszy, który wyłonił się nagle jako coś w rodzaju półwyspu z kontynentu kilkunastu tomików opublikowanych przez Alfreda Marka Wierzbickiego w ciągu czterech dekad. Nie jest to reportaż z podróży, tematy włoskie stanowią inspirację, a czasem tylko pretekst do konstruowania świata poetyckiego.
Cóż począć z takim nadmiarem gości
kiedy przychodzisz ty i ty
i jest wesoło
jak podczas karnawału w Wenecji
jeśli pomyliłem twarz
przyjdź jeszcze raz
(Zaproszenie)
Zawarty w niniejszej książce zbiór tekstów jest próbą opisania różnych strategii, jakie przyjmują autorzy pochodzenia żydowskiego w sytuacji zagrożenia życia lub wykluczenia kulturowego oraz religijnego. Chodzi bowiem o dziedzictwo, którego nie chce się pamiętać, które trudno praktykować, choć stanowi ono fundament tożsamości. W tej wielogłosowej opowieści wybrzmiewają różne ujęcia tego problemu: od marańskiego po tożsamościowy kierunek lektury. Zwracając uwagę na obecność tradycji żydowskiej (starotestamentowej, midraszowej, kabalistycznej, talmudycznej) w twórczości polskich autorów pochodzenia żydowskiego, tom skupia się przede wszystkim na literaturze powstającej w XX wieku. Czas ten został jednak potraktowany jako punkt odniesienia. Mamy tu bowiem także teksty o autorach dziewiętnastowiecznych czy wcześniejszych oraz urodzonych jeszcze w II Rzeczypospolitej, ale dorastających w czasie wojny i już po wojnie, w Polsce oraz poza nią. Bohaterami tej opowieści są: Julian Tuwim, Adolf Rudnicki, Julian Stryjkowski, Stanisław Vincenz, Jankiel Adler, Charles Williams, Viola Wein, Icchak Kacenelson, Renata Jabłońska, Irit Amiel, Bogdan Wojdowski, Roman Brandstaetter, ale także Jakub Frank czy Władysław Pasikowski, których obecność wyraźnie rozszerza granice dyskursu. [] Bogactwo tropów, wszelkiego rodzaju judaiców, loci theologici w literaturze, opowieści tożsamościowych oraz marańskich jest doprawdy niezwykłe. []Niniejsza publikacja jest wędrówką po śladach wytyczonych przez autorów tworzących w wielogłosowym, różnorodnym, wielokulturowym, ale dziś utraconym już świecie.(Ze wstępu)
Kilka lat temu Bogdan Frymorgen opublikował album fotograficzny o Lanckoronie. Teraz ubrał ją w słowa. Nie jest to jednak przewodnik ani esej historyczny. Autor zaprasza czytelników do bardzo intymnej przestrzeni, w której czas i życie mieszają się w równych proporcjach. Frymorgen kieruje mikroskop swojej prozy także na siebie i na rodzinną historię związaną z Lanckoroną. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku twórczości autora, rzeczy pozornie oczywiste nabierają nowego znaczenia. W ten sposób tytułowa bohaterka książki staje się pretekstem do szerszych rozważań na temat zjawisk, które w swojej bliskości mogą stać się odległe. Zawsze jednak pozostają uniwersalne jak miłość i przyjaźń. Lanckorona to apoteoza miejsca na Ziemi i mikroskopijna oda do człowieczeństwa.
Jaka była i jest moja Litwa? A dokładniej mówiąc: moje Litwy, gdyż jawiła się ona w moim życiu w różnych jego okresach i w zmieniających się z czasem przebraniach i odsłonach. Poprzez wielorakie, powikłane związki literatury z rzeczywistością; tego, co wyobrażone z tym, co zobaczone i dotknięte; świata przetworzonego w fikcję, nierzadko poddanemu rytmowi poetyckiej składni, a z drugiej strony realnych faktów i konkretnych postaci; dokumentów historycznych, odsyłających ten kraj w zamgloną przeszłość, a także dotkliwej, raniącej aktualności, która wdzierała się i nieustannie wdziera z ekranów telewizora, z mediów społecznościowych, z gazet, z zasłyszanych wieści. Przejechałem Litwę wielokrotnie, wzdłuż i wszerz, zaglądając nawet do jej mniej znanych zakątków. Zwiedziłem jej zabytki, przeczytałem o niej dużo i sporo napisałem. Znalazłem również w tym kraju wielu oddanych przyjaciół. A jednak w tych wędrówkach imaginacyjnych i rzeczywistych najważniejsze pozostały dla mnie szlaki wyznaczone przez kilka lektur. Pewnie zbiegiem okoliczności owe wtajemniczenia w Litwę odbywały się u mnie wpierw poprzez opowieści inicjacyjne wygnańców, przywołujących pamięcią swoje dzieciństwo i młodość, które osnuwa rzednąca z upływem czasu mgła nostalgii. Poprzez Pana Tadeusza, Dziurę w niebie i Dolinę Issy. Przy czym niezależnie od przygód poznawczych głównych bohaterów równie ważną rolę odgrywało dla mnie społeczno-kulturowe tło, na którym się pojawili.
Twórczość Paula Celana jest efektem potężnej traumy oraz próbą osadzenia się w systemie jej destrukcyjnego działania. Stąd bierze się również myślenie o charakterze wpływu, jaki Celan wywarł na tych, którzy przyszli po nim. Oddziaływanie poety na późniejszych twórców związane jest z traumatyzującą siłą przekazu jego wierszy. Jest w pisarstwie autora Maku i pamięci coś hipnotyzującego i zagarniającego, jakiś krystaliczny odłamek, który tkwi głęboko w podskórnym doświadczeniu literatury drugiego (i trzeciego) pokolenia, a działanie owego odłamka jest symptomatyczne i odczuwalne []. Można powiedzieć: Celan to ciało obce literatury po Zagładzie, które wniknęło głęboko w tkankę tekstową i pozornie się z nią zrosło. Wystarczy jednak naruszyć to miejsce i okaże się, że w istocie chodzi o obszar wciąż bolesny i niezasklepiony. []
To nie jest wędrówka po rzeczywistych miejscach, lecz ich literackich przedstawieniach, nawarstwianiu się obrazów, a także stereotypów, tworzących palimpsesty Wenecji i Sycylii. Obraz Rzymu, któremu poświęcony jest środkowy rozdział, widziany oczami Chateaubrianda, mniej znany być może od opisów Goethego, Stendhala, Byrona, zadziwia mrocznymi barwami. Śmierć jakby narodziła się w Rzymie, pisze Chateaubriand w Pamiętnikach zza grobu, lecz żałobna natura miasta dominuje również w innych relacjach z romantycznych podróży. Zbyteczne wydaje się zapewnianie czytelnika, że autorka nie zamierzała rywalizować z Rzym, Neapol, Florencja Stendhala, a z powodu bezmiaru podróży włoskich starała się unikać jak tylko to możliwe zaimka ja.
Dzięki wyjazdom Polaków na Zachód zaprzyjaźniłem się między innymi z Józefem Opalskim, który przyjechał z Krakowa do Neapolu, żeby uczyć polskiego na tutejszym uniwersytecie, i miał odwagę się ze mną spotkać.
Niewątpliwie to zwrócenie wstecz stanowi rodzaj przywileju nabytego przez Renato Gabrielego mozolnym trudem i zgłębianiem wiedzy, ale nade wszystko doświadczeniem, cierpieniem, bólem niekoniecznie osobistym, gdyż z zasady poeta jest szczególnie predystynowany do dźwigania bólu świata i cierpień innych, aby mógł stać się męczennikiem a zarazem medium wydobywając na światło istotę tragiczności czasu przeznaczonego na nasze ziemskie przejście.
Fotografia z 1902 roku, na niej kamienica. I jej mieszkańcy, którzy niebawem znikną z pamięci. Dziadek wiedział tylko, że jego ojciec kupił kamienicę od Żyda, który potem wyjechał do Berlina. Nawet nazwisko poprzednich właścicieli domu nie zachowało się w rodzinnej pamięci. Gdy więc Michał Kuźmiński odkupił od niemieckiego antykwariusza starą fotografię rynku Golubia w ówczesnych Prusach Zachodnich, a widoczni na niej ludzie jakby na moment wrócili do życia wiedział już, że nie może przestać szukać. Z metryk, ksiąg wieczystych, archiwaliów i map, z odkrytych wspomnień i świadectw, odtworzył losy Israela Isacsohna i jego rodziny.To mikrohistoria na tle epoki o kupcu, który w XIX wieku budował w miasteczku swoją pozycję; o jego dzieciach, które przeżyły I wojnę światową i hiperinflację; o wnukach, które dosięgnęła Zagłada; i o odysei ocalałych. O oglądanej przez pryzmat maleńkiego Golubia i metropolitalnego Berlina katastrofie tamtego świata. I o poszukiwaniu jego okruchów.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?