Podobno są drzwi w połowie drogi pomiędzy światem znanym a niewidzialnym. Jak można je przekroczyć? I co jest po drugiej stronie? W dżungli amazońskiej wyjce ryczały jak lwy, krzyczały papugi, wiły się węże i pełzały pająki. A ja patrzyłam w oczy szamana, piłam wywar z ayahuaski, jadłam zupę z małpy i szukałam prawdy.
Beata Pawlikowska ? pisarka, podróżniczka, dziennikarka. Z pasją pisze i opowiada o podróżach. Organizuje wyprawy, fotografuje, pisze książki, felietony i reportaże. W Radiu ZET prowadzi audycję ?Świat według Blondynki?.
Złoto, mumie i ślady konkwistadorów. Przeprawa przez lepkie błoto Andów, źeby po drugiej stronie gór dotrzeć do legendarnej rzeki Ukajali. Wsiadam na statek niewolników i płynę po przygodę. A ona płynie po mnie. W paszczach śpiewających ryb.
Beata Pawlikowska ? pisarka, podróżniczka, dziennikarka. Z pasją pisze i opowiada o podróżach. Organizuje wyprawy, fotografuje, pisze książki, felietony i reportaże. W Radiu ZET prowadzi audycję ?Świat według Blondynki?.
Złoto, mumie i ślady konkwistadorów. Przeprawa przez lepkie błoto Andów, źeby po drugiej stronie gór dotrzeć do legendarnej rzeki Ukajali. Wsiadam na statek niewolników i płynę po przygodę. A ona płynie po mnie. W paszczach śpiewających ryb.
Beata Pawlikowska ? pisarka, podróżniczka, dziennikarka. Z pasją pisze i opowiada o podróżach. Organizuje wyprawy, fotografuje, pisze książki, felietony i reportaże. W Radiu ZET prowadzi audycję ?Świat według Blondynki?.
Choć obrazy pornograficzne otaczają nas na co dzień, to niewielu z nas zdaje sobie sprawę, jak okrutna i brutalna jest to branża. Współczesna pornografia nie przypomina już tej z „Playboya” czy „Penthause`a”. Ogromna konkurencja w biznesie i stopniowe przekraczanie kolejnych granic spowodowały, że obrazy z czasem stawały się coraz bardziej ekstremalne. W "Pornolandzie", Gail Dines dokonuje wiwisekcji współczesnej branży pornograficznej.Analizuje przekaz, jaki niosą prezentowane obrazy, wpływ, jaki wywierają one na naszą kulturę, na nas – mężczyzn i kobiety. Opisuje, w jaki sposób pornografia kształtuje, ale przede wszystkim ogranicza naszą wyobraźnię i zachowania seksualne. Gail Dines (ur. w Wielkiej Brytanii), doktoryzowała się na University of Salford. Pracowała jako wolontariuszka w organizacji Rape Crisis (Tel Awiw), zajmującej się ofiarami przestępstw seksualnych. W wieku 22 lat założyła ruch feministyczny Woman to Woman. Od 1986 roku mieszka w Stanach Zjednoczonych. Jest profesorem socjologii i gender studies w Wheelock College. Kieruje także katedrą Studiów Amerykańskich. Jest założycielką Stop Porn Culture – organizacji skupiającej ekspertów w dziedzinie walki z przemocą na tle seksualnym, społeczników i wszystkie osoby zaniepokojone hiperseksualizacją kultury. Wiele na ten temat publikuje („Time”, „Newsweek”), prowadzi też wykłady i spotkania, głównie z amerykańskimi studentami. Dzięki wielokierunkowej działalności Dines znacząco wpłynęła na zmianę sposobu myślenia społeczeństwa o pornografii i kulturze masowej.Mieszka w Brookline w Massachusetts. „Branżą pornograficzną rządzą, od początku do końca, ludzie biznesu, a nie innowatorzy oddani sprawie wolności seksualnej”. „Pornografia jest tak głęboko zakorzeniona w naszej kulturze, iż stała się synonimem seksu. Prowadzi to do tego, że każdy, kto ją krytykuje, natychmiast zostaje obwołany »wrogiem seksu«”. Książka zawiera treści drastyczne.
Nowa książka autorki bestsellerowego Kwiatu pustyni! W kolejnej autobiograficznej książce Waris Dirie opowiada o swym pobycie w Wiedniu, w którym zamieszkała po nieudanej próbie powrotu do ojczyzny. Jak powstawał film, kręcony na podstawie jej „Kwiatu pustyni”? Co naprawdę przydarzyło się w Brukseli, gdzie przeżyła porwanie? W jaki sposób Waris wspiera mieszkanki Afryki, prowadząc swą fundację? Opowieść o odwadze i tęsknocie, wiele anegdot z prywatnego życia i refleksje na temat współczesnego świata i miejsca, jakie zajmują w nim kobiety, te biedne, wciąż poniżane i czekające na pomoc.
Dwóch zakonników w habitach, autostopowiczów w drodze do Macedonii, to niecodzienne zjawisko. Ta wyjątkowa podróż, która była szeroko komentowana, budziła zainteresowanie, zaskoczenie, ale też krytykę. Ojcom: Krzysztofowi i Maciejowi możemy teraz towarzyszyć we wspomnieniach z tej niezwykłej drogi do Matki Teresy. Podróż ta została przepięknie zilustrowana grafikami autorstwa Jolanty Franus.
Krzysztof Pałys, dominikanin, ur. 1979 w Sanoku. Pracował jako operator betoniarki, kopacz rowów w bieszczadzkich lasach, zamiatacz ulic, bileter na hokejowych meczach. Przez rok studiował na wydziale Wiertnictwa, Nafty i Gazu, gdzie po semestrze dyscyplinarnie wyrzucono go z akademika. Ukończył resocjalizację i teologię. Na wskutek intelektualnych deficytów wysłany przez Zakon na kolejne studia z zakresu socjoterapii. Pracuje w Fundacji Przeciwdziałania Uzależnieniom ?Dominik?. Mieszka w Łodzi.
Z wody i ducha i to autobiografia Some’a stanowi porywający opis doświadczeń, jakich doznał wkraczając w dwa odmienne światy. Zarówno jako naukowiec (trzy fakultety, dwa doktoraty), jak i szaman oraz wróżbita plemienia Dagara, zabiera czytelnika do źródeł afrykańskiej mądrości ukazując mu niepowtarzalny obraz wróżb, obrzędów oraz trudów własnej inicjacji. Efektem tej podróży między dwiema kulturami jest jego posłannictwo, w myśl którego dzieli się z zachodnim światem wiedzą swego ludu. Książka Z wody i ducha jest obrazem afrykańskiej tradycji, ofiarowanej ze współczuciem tym, którzy zmagają się ze współczesnym kryzysem duchowości.
Fragment książki Z wody i ducha
Rozdział 6
Życie zaczyna się w Nansi
Szkoła z internatem była jak forteca, państwo w państwie, oaza ładu w chaosie afrykańskiej dżungli. Rzędy domów, piękniejszych nawet od tych w misji, stały w ogrodzie między drzewami, wzdłuż ścieżek, przy których rosły kwiaty. Kamienne lub betonowe ściany tych domów pomalowane na oślepiająco biały kolor szokowały i onieśmielały nowo przybyłych. Wszystkie miały blaszane dachy, większość - drewniane sufity. Najwyższy był kościół, który stał obok rezydencji nauczycieli. Jego ściany wzniesiono z betonowych pustaków, a na metalowej więźbie spoczywało blaszane poszycie dachu, które dźwięczało głośno, gdy uderzały w nie krople deszczu. Za nim stały budynki szkoły oraz internaty, z których każdy mieścił ponad setkę spartańskich żelaznych łóżek. Każda z klas była tak duża, by mogło do niej wejść osiemdziesiąt osób, a podczas porannych zajęć tłoczyło się ich tam nawet sto. W instytucji tej przebywało łącznie ponad pięciuset uczniów w wieku od dwunastu do dwudziestu jeden lat.
Ten olbrzymi przybytek religijny był spełnieniem marzeń uczestników misyjnej krucjaty, którzy przybyli na kontynent afrykański w ślad za imperializmem. Uczniowie pochodzili z każdego zakątka Francuskiej Afryki Zachodniej: z Mali, Nigerii, Togo, Wybrzeża Kości Słoniowej, Beninu. Niektórzy wcześniej byli baptystami przez kilka lat poddawanymi praniu mózgu. Inni ukończyli prywatne szkoły jako protegowani misjonarzy i wciąż tęsknili za swymi białymi ojcami.
Ten uniwersytet religijny składał się z dwóch części, Kam-pusu Rzymskiego i Kampusu Greckiego, które nazywaliśmy wydziałami. Kampus Rzymski zajmowało około trzystu dzieciaków w wieku od dwunastu do szesnastu lat. Tworzyły ją: ogromny budynek szkoły, dwa internaty i aula wykładowa. W auli spotykaliśmy się co wieczór o siódmej, by słuchać wykładów księdza na tematy religijne. Zazwyczaj mówił on o życiu jakiegoś europejskiego świętego, któremu poświęcony był ów dzień. Uczniowie noszący imię tego świętego obchodzili tego dnia urodziny. Było tak dlatego, że chrzest oznaczał odrodzenie pod czystszą postacią, „właściwe narodziny".
Wieczorne wykłady uważaliśmy za nużące. Słuchanie słowa bożego z pustym żołądkiem było jak powstrzymywanie się od śmiechu na widok małpich figli. Wytrwanie do końca wykładu stawało się możliwe dzięki jedynej wolności, jaką mieliśmy- marzeniom na jawie. Jeśli sprawialiśmy wrażenie skupionych i byliśmy cicho, ksiądz nie zwracał większej uwagi na to, co robimy.
W budynku szkoły znajdowały się trzy klasy. Pierwsza z nich, zwana septieme, była przeznaczona dla nowo przybyłych, którzy mieli się uczyć wszystkiego, od pisania wypracowań i geografii po matematykę i nauki przyrodnicze. Nauka odbywała się w języku francuskim. Z drugiej klasy, sixieme, korzystali ci, którym udało się przetrwać pierwszy rok w tej instytucji. W trzeciej, dnquieme, przygotowywano się do przejścia na Kampus Grecki. Wszyscy uczyliśmy się tych samych przedmiotów, ale zakres i trudność materiału były dostosowane do naszego poziomu.
Chłopcy z wyższego wydziału - zwani Grekami - mieli do dyspozycji pięć sal lekcyjnych zamiast trzech i zamieszkiwali dwa internaty podobne rozmiarami do tych z Kampusu Rzymskiego. Budynek ich szkoły przylegał do naszego. Stołówka była oddalona od wszystkich zabudowań i podzielona na dwie sekcje. Służyła studentom obydwu wydziałów.
Grecy nie lubili towarzystwa Rzymian, czyli chłopców z niższego wydziału. Poza tym nie dopuszczano, aby jedni i drudzy mieli ze sobą styczność po lekcjach. Grecy mieli wykłady w auli położonej obok swojej szkoły i swojego budynku warsztatowego, gdzie w każde czwartkowe i niedzielne popołudnie uczyli się szycia, wyplatania, obróbki drewna i metalu. Tam też mieli gimnastykę. Na wyższy wydział chodziło od stu do dwustu nastolatków i studentów mniej więcej dwudziestoletnich. Przed budynkiem szkoły były boiska do koszykówki i piłki nożnej oraz bieżnia lekkoatletyczna. Nie urządzono biblioteki, lecz każdy nauczyciel dysponował pokaźnym zbiorem książek, które odpowiadały intelektualnym i duchowym potrzebom jego uczniów. Każdy nauczyciel prowadził zajęcia z jednego przedmiotu, wszystkie podręczniki były w języku francuskim. Uczono nas również angielskiego, chociaż nie mieliśmy odpowiednich podręczników. I obowiązkowo łaciny, ale i do niej nie było podręczników. Nie mieliśmy lekcji niemieckiego ani żadnego innego języka europejskiego. Uczniów zachęcano, aby pożyczali książki od nauczycieli.
Jedna rzecz jest pewna. To liczne zgromadzenie członków nie tylko tego samego plemienia, lecz także różnych wspólnot plemiennych stanowiło dowód, że mimo dużego zróżnicowania możliwe jest osiągnięcie jedności. Okazało się nagle, że język francuski, który pozwala nam czytać i pisać, oddaje nam poza tym znacznie cenniejsze usługi. Stał się środkiem porozumienia między nami. Był jedyną rzeczą, która spajała nas w obrębie tej zróżnicowanej społeczności stworzonej przez jezuitów. Nie trzeba nas było zmuszać do mówienia po francusku ani karać za posługiwanie się lokalnymi językami. Większość z nas nie pamiętała już języka swojego plemienia, a poza tym kto by taki język zrozumiał? Moi pochodzący z plemienia Dagara przyjaciele ze szkoły misyjnej rozproszyli się wśród masy dzieci w seminarium, więc nie było nam łatwo trzymać się razem.
Seminarium w Nansi przywłaszczyło sobie nazwę i tereny wioski zamieszkiwanej przez plemię, którego członkowie w niemym osłupieniu obserwowali rozwój wydarzeń. Byli zszokowani, gdy uprzejmie ich poproszono, aby opuścili swoje własne ziemie. Jezuici dopuścili się kradzieży. Me czy sami tak to oceniali? Któż ośmieliłby się sprzeciwić ich zakusom? Studenci nie spotykali się z miejscową ludnością. Jedynie ksiądz prowadzący seminarium miał z nią kontakt podczas nabożeństw w wioskowym kościele.
W naszej instytucji panował imponujący francuski ład, który groźnie, acz majestatycznie górował nad uporczywie trzymającą się życia dziczą. Nawet architektura ze swymi stalowymi konstrukcjami mówiła każdemu studentowi o potędze Boga, któremu służyli biali. Seminarium przekształciło nawet naturę. Stworzono tu murowane domy, proste ścieżki, wypielęgnowane trawniki, ukwiecone ogrody, symetryczne kanały i zadbane parki — nowe piękno, któremu biały człowiek poświęcał się z taką gorliwością, gdyż pochodziło od Boga.
Za murami szkoły mogliśmy wdychać niczym niezmącony zapach natury, obserwować jej tajemniczy ład. Często wychodziliśmy na wycieczki botaniczne, podczas których rozpoznawaliśmy i badaliśmy niezmierzone bogactwo miejscowej roślinności.
Daleko od seminarium, starannie odseparowane, znajdowały się budynki nowicjatu - podobnej, lecz mniejszej instytucji przeznaczonej dla dziewcząt. Dopiero po latach było mi dane poznać to miejsce.
- Oto dzień cudu. Dzień, w którym nasz Pan, Jezus Chrystus, udowodnił raz jeszcze, że nie na próżno oddał życie na krzyżu. Umarł, ponieważ chciał ocalić swe dzieci przed wiecznym potępieniem. Teraz powstał z martwych, aby pokazać, że taki był jego zamiar, że jego cierpienie było ofiarą. Pan umarł z myślą o was. Dlatego jesteście jego wybranymi uczniami obdarzonymi powołaniem do kapłaństwa. Macie jak apostołowie ratować zbłąkane dusze swych braci i sióstr, kierując ich na drogę zbawienia.
Trwał upalny wielkanocny dzień. Msza była bardziej uroczysta niż zwykle, ponieważ Wielkanoc wyznacza szczytowy okres w kalendarzu, czasem ceniony nawet wyżej niż Boże Narodzenie, gdyż narodziny są czymś powszechnym, a zmartwychwstanie nie. Przede wszystkim nadchodził koniec Wielkiego Postu, który dla większości z nas był okresem marnego wyżywienia. Przechodziliśmy wtedy na wegetarianizm, co dla wielu było przerażające. Mamy jeść trawę dlatego, że Bóg cierpi i chce, abyśmy go wspierali jakimiś wyrzeczeniami?
Mszę celebrował Ojciec Przełożony, asystowało mu całe grono pedagogiczne złożone wyłącznie z jezuitów. Ubrany w majestatyczny ornat, na którym z przodu i z tyłu widniał krzyż, Ojciec Przełożony każdym ruchem ujawniał swój talent sceniczny. Można było odnieść wrażenie, że to on - a nie Jezus — znajduje się w centrum wydarzeń. Inni kapłani również wyglądali na zaangażowanych. Znali swe role tak doskonale, że odgrywali je niemal mechanicznie.
Przez ostatnich dziesięć lat Ojciec Przełożony zawsze odprawiał mszę rezurekcyjną w Nansi jako dyrektor tej szacownej instytucji. Wygłaszał również kazania po odczytaniu ewangelii przez innego księdza.
Zazwyczaj mówił o znaczeniu tego chrześcijańskiego święta. Często porównywał zmartwychwstanie do nawrócenia Afryki na chrześcijaństwo i nigdy nie przeoczył okazji, by wychwalać zakon jezuitów za jego wspaniałe dokonania. Dla niego każdy człowiek przyprowadzony do chrzcielnicy był zmartwychwstałą istotą podążającą za przykładem Chrystusa. Jednak tego dnia z jakiegoś powodu złamał swoje zasady i postanowił mówić o naszym powołaniu. [...]
Z wody i ducha
Spis treści:
Przedmowa
Wstęp
Rozdział l. Powolne powstawanie
Rozdział 2. Pożegnanie z dziadkiem
Rozdział 3. Pogrzeb dziadka
Rozdział 4: Nagłe rozstanie
Rozdział 5: Świat białych ludzi
Rozdział 6: Życie zaczyna się w Nansi
Rozdział 7: Rodzi się bunt
Rozdział 8: Nowe przebudzenia
Rozdział 9: Początek długiej podróży
Rozdział 10: Podróż do domu
Rozdział 11: Trudne początki
Rozdział 12: Próby powrotu do życia wioski
Rozdział 13: Spotkanie w kapliczce
Rozdział 14: Pierwsza noc w obozie inicjacyjnym
Rozdział 15: Nauka patrzenia
Rozdział 16: Świat ognia i pieśń gwiazd
Rozdział 17: W ramionach zielonej pani
Rozdział 18: Powrót do źródła
Rozdział 19: Otwarte przejście
Rozdział 20: Po drugiej stronie
Rozdział 21: Świat na dnie sadzawki
Rozdział 22: Pogrzeby, nauka i podróże
Rozdział 23: Podróż do podziemnego świata
Rozdział 24: Misja w podziemnym świecie
Rozdział 25: Powrót z podziemnego świata
Rozdział 26: Powrót do domu
Epilog: Powrót pełen obaw
Osho — guru, dla którego życie było bogiem
Duchowy przywódca bogatych, seks-guru czy pierwszy całkowicie szczery mistyk? Kim był Osho? W jaki sposób, dwadzieścia lat po swojej śmierci, wciąż zdobywa nowych zwolenników? Czym różnią się jego słowa od innych nauk duchowych? Co tak naprawdę kryje się za przekazem tego wielkiego mistrza?
Ta książka pozwoli Ci wejść do świata głębokiej mądrości i odległych tradycji, aby odnaleźć klucze do interpretacji myśli Osho. Dzięki medytacji, która stanowi sposób na odnalezienie w swym wnętrzu prawdziwej rzeczywistości, nauczysz się żyć w harmonii ze Wszechświatem. Dotkniesz także radości i oświecenia, by na końcu zbliżyć się do poglądów Osho i innych przywódców duchowych na tematy związane z wiarą, starając się rozróżnić pojęcie religii i filozofii spirytualistycznej.
Wybierz się w interesującą podróż w głąb świadomości. Jeśli kiedykolwiek miałeś ambicje podjąć wysiłek bycia kimś, jeśli zastanawiałeś się nad istotą szczęścia, jeśli poszukiwałeś spokoju i ukojenia — na stronach tej książki znajdziesz odpowiedzi.
Święty Ojciec Pio Cyrenejczyk dla wszystkich - Oficjalna biografia Świętego Ojca Pio, na podstawie której odbywa ł się proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny. Istotną wartością tej biografii jest jej źródłowe, rzeczowe opracowanie. Autor prócz danych biograficznych, obficie czerpie ze źródeł, do których należą: listy Ojca Pio, kroniki klasztorne, wypowiedzi naocznych świadków, opisy cudów uzdrowienia, które otworzyły drogę do beatyfikacji i kanonizacji Ojca Pio.
Książka ta jasno i z kompetencją ukazuje współczesny problem niepełnosprawności. Przedstawiając stronę prawną zagadnienia, uświadamia niepełnosprawnych, że są pełnosprawnymi obywatelami społeczeństwa. Częste odwołania do badań socjologicznych i do przykładów z życia niepełnosprawnych pokazują, że niepełnosprawność jest zjawiskiem masowym. Narodowy Spis Powszechny przeprowadzony w 2002 roku w Polsce, wykazał, iż niepełnosprawni w naszym kraju stanowią 14,3% całego społeczeństwa, a dane z 2011 r. pozwalają sądzić, że ten wskaźnik wzrósł. Główną myśl publikacji można zamknąć w stwierdzeniu, że nikt nie powinien przechodzić obojętnie obok człowieka w jakiś sposób ograniczonego, gdyż obserwując codzienne życie i zachodzące wydarzenia należy pamiętać, że pełnosprawność jest krucha ? często jak bańka mydlana.
W pierwszą rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem ukazała się książka "12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie" - rozmowy Joanny Racewicz z kobietami, które 10 kwietnia 2010 r. straciły bliskich. Wśród pasażerów tragicznego lotu był również Mąż autorki, kpt. Paweł Janeczek – funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, szef ochrony Prezydenta RP. Książka "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności", to 2 część dyptyku autorstwa Joanny Racewicz - tym razem o stracie opowiedzą mężczyźni - wśród nich Wojciech Wasserman, Maciej Komorowski, funkcjonariusze BOR.
Joanna Racewicz – karierę dziennikarską rozpoczęła, współpracując z lokalnymi mediami w Zamościu.
W latach 1999–2006 pracowała na stanowisku reportera i prezentera w „Panoramie” (TVP2). W październiku 2006 odeszła z TVP. Od 17 marca 2007 prowadziła cykl „Dom otwarty” w programie „Dzień Dobry TVN”. Od stycznia 2011 ponownie w TVP jako prezenterka „Panoramy”.
12 rozmów o pamięci Oswajanie nieobecności fragment ksiażki
Dariusz Bielas Janosik
Kiedy się poznaliście?
To był początek 1998 roku. Zacząłem pracę w Biurze Ochrony
Rządu dosłownie rok wcześniej, tuż przed Pawłem. Wtedy sztuką
było się nie znać. Było nas mało. Garstka ledwie. BÓR liczył nie więcej
niż siedemset osób. Zadaniem większości była ochrona tak zwanych
obiektów. Kancelarii prezydenta, premiera, budynków ministerstw,
rządowych agencji... Około setka pracowała w ochronie osobistej.
Jak przychodził jakiś „nowy", wystarczyło nie więcej niż trzy miesiące
i wszyscy go znali. Jeśli nie z imienia i nazwiska, to na pewno z „ksywy".
Spotykaliśmy się też prywatnie, w wolne dni, weekendy. Rodzinne
klimaty. Dzisiaj jest już inaczej. Biuro to moloch. Ze wszystkimi
tego konsekwencjami.
Bałagan? Marne zarządzanie?
Wybacz, nie chcę o tym mówić.
Bo...?
Bo taka jest zasada w służbach. Byłego borowika też to obowiązuje.
Mam swoje zdanie na ten temat, dobrze je znasz. I niech tak zostanie.
Nie mogę i nie chcę ogłaszać go wszem i wobec. Śmiało natomiast mogę
powiedzieć, że wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, Biuro było
jednostką elitarną. Nie, nie przez cały ten sztafaż i rekwizyty — słuchawkę
w uchu, garnitur i ciemne okulary. Właśnie przez fakt, że funkcjonariuszy
było tak niewielu... Dostać się do grupy ochronnej było jak wdrapać się
na K2. Znaczyło to, że jesteś dobry, bracie.
Mogło się „przewracać w głowach"?
Niektórym pewnie tak, ale Paweł na sto procent do takich ludzi nie należał.
Przecież wiesz. Raczej pierwszy tępił wszelkie przejawy wody sodowej
uderzającej kolegom do głowy. Wypalał to gorącym żelazem, choć —
spokojnie, Joasiu - bez przemocy.
Domyślam się. Pamiętasz, w jaki sposób zwrócił twoją uwagę?
Był facetem, którego natychmiast się zauważało. Wyróżniał się w tłumie.
I fizycznie, i osobowością. Wysoki, postawny, wyprostowany jak struna.
Bez odrobiny zadęcia, za to z wielkim dystansem do świata i siebie.
Wzbudzał sympatię. Nie dało się Go po prostu nie lubić. Uśmiechnięty.
Żartowniś. Ludzie do Niego lgnęli, chcieli przy Nim być. Miał taki
niesamowity rodzaj charyzmy. Takiej niewymuszonej, naturalnej, jakby
nosił ją w genach. Wchodził do pokoju — i nie było człowieka, który by
tego nie zauważył. Mało tego. Najczęściej przewodził dyskusjom i sprawiał, że ludzie zaczynali słuchać, co ma do powiedzenia. To był lider, Joasiu. Kto wymyślił „Janosika"?
Trudno powiedzieć. Wiesz jak to jest z pseudonimem — broń Boże nie można samemu go sobie wybrać. Bo jak się bardzo chce, to jest dokładnie odwrotnie. Ktoś chce być „Orłem", a zostaje „Wróblem", marzy o tym, żeby kumple mówili do niego „Piorun" albo „Burza", to zostaje „Zefirkiem". Albo jakoś tak. Prawdziwe pseudonimy, które przyrastają do człowieka jak druga skóra, na ogół tworzy cała grupa. Zbiorowość, tak zwane osoby trzecie. Często od nazwiska, w nawiązaniu do jakiejś sytuacji, zdarzenia. Mechanizm jest zresztą taki sam jak w dziesiątkach innych środowisk. Z urzędnikami włącznie. Paweł, odkąd pamiętam, był „Janosikiem". Paweł też nie mógł sobie przypomnieć, kto Go tak „ochrzcił". Podejrzewałam kolegów z jednostki antyterrorystycznej w Radomiu, w której służył, zanim pojawił się w BÓR...
Nie, myślę, że „Janosikiem" został u nas. Wyglądał inaczej niż wszyscy. Dłuższe włosy, mocne spojrzenie, wielka klata... Wyglądem przypominał właśnie tego filmowego Janosika.
Dzisiaj w korespondencji radiowej posługujemy się kryptonimami urzędowymi, numerycznymi. Takimi z gatunku „J-23, zgłoś się". Kiedyś częściej używano tych naszych, wymyślonych ksywek. Było tak, że od pierwszego dnia, kiedy tylko ktoś nowy przychodził, dostawał pseudonim. Później się okazało, że w przypadku Pawła trafiony był w dziesiątkę. On rzeczywiście okazał się prawdziwym Janosikiem. Walczył ze złem, odbierał bogatym, dawał biednym. OK, to w przenośni, ale na pewno wiesz, co chcę przez to powiedzieć. Był do bólu sprawiedliwy. Kiedy był jakiś konflikt — jak to między facetami — potrafił ze spokojem wysłuchać obu stron i rozsądzić, kto ma rację. Zawsze Go za to podziwiałem. Uczciwość miał „wdrukowaną" do samych trzewi. Pamiętał o kumplach, zabiegał o nich. Dbał o ich szkolenia, ciągłe podnoszenie kwalifikacji. Potem — o awanse, o to, żeby pracowali tam, gdzie chcieli. Czasem robił to wszystko pod prąd i samemu się narażając. O siebie nie dbał. Awanse, gwiazdki, ordery - to Go niespecjalnie obchodziło. Mógł wiele, a zupełnie tego nie wykorzystał w swojej sprawie.
Pamiętam jak zobaczyłam Pawła pierwszy raz. W rządowym jaku, który wyglądał tak, jakby nie był w stanie oderwać się od ziemi... Pawła i całą Jego grupę ochraniającą premiera Leszka Millera. Jesień 2002 roku. Zobaczyłam herszta bandy niesamowitych ludzi, którzy pójdą za Nim w ogień. To było urzekające. Jak bajka o rycerzach króla Artura. Zawsze będę myślał o Pawle, że był jak skała, jak fundament, na którym można zbudować wszystko. Wielu z nas Go podziwiało. Wielu starało się Go naśladować. Każdy szef komórki organizacyjnej czy szef ochrony któregoś z VIP-ów chciał mieć Go u siebie. Mało tego, osoby ochraniane, nasze VIP-y, też natychmiast Go zauważały i pytały, gdzie jest Janosik. Ludzie chcieli z Nim pracować. Chcieli, żeby ich ochraniał. Ale nie dlatego, że był przymilny czy był lizusem. Do tego typu historii było mu bardzo daleko. Był zawodowcem, jak nikt znał się na fachu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak sentymentalna laurka... Ale On naprawdę miał w sobie coś takiego, taki rodzaj spokoju, takie nieuchwytne COS, co sprawiało, że i na grupę ochronną, i na osobę ochranianą zwykle spływał spokój. Paweł dawał poczucie bezpieczeństwa... Dokładnie wiedział, co robi. Wiedział, co powinien zrobić. Błyskawicznie reagował na każdą sytuację i nie wahał się podejmować ryzyka brania decyzji na siebie. To nie jest częsta cecha.
Źle urodzone to fascynująca opowieść nie tylko o przedziwnych losach budynków, ale też o ich twórcach. Na kartach książki pojawiają się portrety czołowych postaci polskiej architektury, m.in. Marka Leykama, Henryka Buszki i Aleksandra Franty, Jerzego Hryniewskiego, Zofii i Oskara Hansenów, Mieczysława Króla, Haliny Skibniewskiej.
Filip Springer przedstawia ich jako ludzi z krwi i kości, stara się zrozumieć ich motywacje, twórcze postawy oraz pokazuje, w jaki sposób realizowali oni swoje pomysły w systemie gospodarki nakazowo - rozdzielczej.
Całośc ilustrują foptografie archiwalne oraz zdjęcia współcześnie wykonane przez autora, dokumentujące obecny stan niegdysiejszych ikon nowoczesności.
Marzena Filipczak, dziennikarka i podróżniczka, autorka wydanej w 2009 roku
książki „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” tym razem
zabiera nas w fascynujący świat tanich lotów.
„Lecę dalej. Tanie podniebne podróże” to książka składającą się z dwóch
części. W pierwszej autorka opisuje dwanaście podróży, które odbyła w ciągu
nieco ponad roku (jedna w 2010, i jedenaście w 2011 r.): korzystając z
promocji w tanich i regularnych liniach lotniczych Cześć druga to nieocenione kompendium wiedzy na temat tanich lotów, z którego można się dowiedzieć min. gdzie i kiedy szukać promocji; jak kupić bilet za 3 euro do Fezu i dlaczego na Ibizę najlepiej lecieć przez
Sztokholm; jak płacić, żeby nie przepłacić; co zrobić, żeby nie musieć urywać kółek od walizki; jak się wyspać na terminalu; dlaczego warto czytać regulaminy oraz do czego może służyć płachta budowlana i ołówki.
Lecę dalej – Fragment książki
W drodze do domu, czyli dróg królowa
Rzymskie lotnisko Ciampino jest doskonałym przykładem na to, dlaczego warto dokądś przylecieć choćby na parę godzin. Wcale nie mam zamiaru wybierać się do centrum Wiecznego Miasta, choć teoretycznie byłoby to możliwe - gdybym po spędzonej na terminalu nocy (przyleciałam z Fezu tuż przed północą) wsiadła w pierwszy poranny autobus, zdążyłabym zobaczyć Koloseum o wschodzie słońca, Palatyn bez codziennych tłumów i wrócić na kolejny południowy lot. Ale po co? Wystarczy wyjść z lotniska i przejść przez rondo, by dostać się na Via Appia Antica - najstarszą drogę rzymską (jej budowę rozpoczęto w IV wieku p.n.e.), przez starożytnych nazywaną królową dróg, od terminalu dzieli ją kilkaset mętów.
Byłam na Via Appia sama. Ten jej kawałek leży z dala od antycznych budowli Rzymu i turyści tu raczej nie zaglądają. Spotkałam tylko dwóch rowerzystów, jednego amatora biegania i kilku robotników pracujących przy konserwacji zabytków, a nad głową słyszałam odgłosy kolejnych startujących maszyn - na Ciampino trwał poranny szczyt.
Najpierw poszłam w lewo, w kierunku Neapolu i Brindisi, bo tak przed wiekami wytyczono tę trasę. Wiódł mnie piaszczysty dukt, na którym tylko czasami między kałużami widziałam resztki bazaltowych bloków. W trawie leżały pozostałości kolumn i płyty o dziwnie regularnych kształtach. Kiedy się nad nimi pochyliłam, zobaczyłam, że to omszały marmur, czasem nawet z pozostałościami zdobień sprzed wieków.
W prawo prosta jak strzała droga prowadziła - odnowionym fragmentem - do serca Wiecznego Miasta. Szłam nią dobrych kilka kilometrów, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę: wyglądała jak droga przez polską prowincję, ale po obu jej stronach co chwila wyrastały mniejsze lub większe fragmenty ścian, a odbijające na boki, okolone cyprysami dukty prowadziły do widocznych w oddali willi. Czasem o miejscu, w którym stała antyczna budowla, świadczyły tylko regularne zarysy dawnych murów, a czasem trafiałam na resztki tablicy z zatartym łacińskim napisem albo fragmenty starych zdobień. Im było bliżej Rzymu, tym więcej pozostałości po starożytnym świecie - po obu stronach pojawiły się kolumny, kawałki płaskorzeźb i pojedyncze figury bez głów.
Weszłam na niewysoką górkę oddzielającą Via Appia od sąsiedniego gospodarstwa. Za płotem stało kilka uli, w śmieciach grzebały kury, a ja przysiadłam na fragmencie ściany liczącym sobie kilka tysięcy lat. Widok z tego kamienia miałam niespotykany: po lewej na bloki na przedmieściach Rzymu, a po prawej - na akwedukt kończący się w czyimś polu. Lecę dalej Spis Treści
Część I Lecę sobie
Zimowe truskawki w Fezie
Jeśli na karnawał, to tylko do Wioch
Szampan z lodem na norweskich fiordach
Ibiza - sielska wyspa przed sezonem
Do Portugalii na wino, i dalej na Maderę
U Gruzinów w gościnie
Letni bazar Ukraina
Rumuńska szosa: przejezdna tylko w wakacje
Laponia - złota pora roku
Odessa tańczy jesienią
Wyspy Kanaryjskie - spacerkiem po wulkanach
Na przedświątecznym jarmarku
Część II Lecę tanio
Odlecieli beze mnie, czyli jak to się zaczęło
Planujemy: opłaca się zawsze, czyli nie zawsze
Polujemy: chcę do Afryki, ląduję w Norwegii
Kupujemy: o szybkości szlachtowania barana
Pakujemy się: z temperówką na koło podbiegunowe
Zasypiamy: kiedy łóżkiem ci terminal
Reklamujemy: prawa pasażera
Jak może wyglądać twój dzień, gdy skończysz czytać tę książkę
Jeden cud dokonany po śmierci bł. Jana Pawła II zdecydował o jego beatyfikacji. Ale były także inne, jeszcze za życia Papieża.Andreas Englisch przez dwadzieścia lat towarzyszył Ojcu Świętemu. Zbierał informacje i przyglądał się uzdrowieniom, jakie wydarzyły się za przyczyną Jana Pawła II. Na życzenie Papieża zachowywał wszystko w tajemnicy. Po raz pierwszy napisał o tym w 2011 roku. Zapis rozmów z osobami, które dzięki modlitwie Ojca Świętego wróciły do zdrowia, dowodzi niezwykłej relacji Jana Pawła II z Bogiem i ludźmi. Przedstawia fakty, których jeszcze nie znamy.
Czy lekcja religii może być interesująca? Łukasz Malinowski w swoich wspomnieniach udowadnia, że tak. Przeczytaj, jak wyglądała religia z księdzem Twardowskim!
"Miałem to wielkie szczęście, że Ksiądz Jan Twardowski wpisał się w moje życie od najwcześniejszych lat. A cosobotnie lekcje religii w zakrystii kościoła Sióstr Wizytek w Warszawie były dla mnie tak oczywiste, jak bajka na dobranoc".
Łukasz Malinowski
Ryan Knighton miał 18 lat, gdy dowiedział się, że cierpi na retinopatię barwnikową ? nieuleczalną chorobę, która w przeciągu kilku lat ma pozbawić go wzroku. Od teraz jego życie i plany na przyszłość mają być dyktowane przez nieuchronną ślepotę i ograniczane w takim samym stopniu jak jego pole widzenia.
Książka Oko na Maroko, w której Ryan opisuje swoją historię, nie jest dramatycznym, wyciskającym z oczu łzy opisem walki z niedającą się zwalczyć chorobą, ale ? nierzadko dowcipną ? próbą pokazania, że życie nie kończy się wraz z utratą wzroku i że można być szczęśliwym nawet wtedy, gdy się tego szczęścia nie widzi. Z ironią i niespotykaną błyskotliwością Knighton zaprzecza stereotypowi niezdarnego ślepca, nieustannie potrzebującego pomocy i wykluczonego ze społeczności osób zdrowych, udowadniając, że jakakolwiek niepełnosprawność nie musi być synonimem nieporadności, niedoli ani ułomności .
Losy Ryana Knightona ukazują, jak ważne jest, aby zrozumieć i zaakceptować swoją chorobę, pogodzić się z tym, co nieuniknione i żyć dalej bez względu na wszystko. Wielką, ale nie niewykonalną sztuką jest, aby swoją chorobę dostosować do życia, a nie życie do choroby.
Ostatni zbiór esejów i artykułów ks. Józefa Tischnera wydany za jego życia. ?Sam jestem zaskoczony ? ? pisał autor ? ?przestrzenią, jaka się tu zarysowała: od spraw konkretnych, wydarzeń politycznych, aż po kwestie związane z największymi tajemnicami Boga?.
W istocie bohaterami tej niezwykłej książki są m.in. papież Jan Paweł II i żydowski myśliciel Franz Rosenzweig, średniowieczny teolog św. Anzelm i współczesny filozof Charles Taylor, schizmatycki arcybiskup Marcel Lefebvre i środowisko skupione wokół ?katolickiego głosu w Twoim domu?. A bohaterem zbiorowym ? my wszyscy, szukający drogi na rozmaitych ?manowcach? współczesnego świata.
Czy można kochać człowieka, którego nienawidzi cały świat?
Gdy Nadżwa miała piętnaście lat, dowiedziała się, że zostanie wydana za swojego kuzyna. Nie buntowała się przeciwko tej decyzji, bo pokochała starszego od niej o rok Osamę Bin Ladena.
Dla Osamy gotowa była zacząć zasłaniać twarz i wyjechać daleko od domu. Początkowo wspaniałe życie zaczęło się zamieniać w koszmar, gdy mąż zaangażował się w działalność ekstremistyczną. Po zakazie posiadania lodówki przychodzi czas na wychowywanie synów poprzez długie wyprawy (bez wody!) na pustynię, aby udowodnić im, że co ich nie zabije, to wzmocni. Ceną za spełnienie marzenia Osamy o dżihadzie była zamiana dostatniego życia w Arabii Saudyjskiej na pobyt w górskiej fortecy Tora Bora - bez łóżek, elektryczności i bieżącej wody.
Nawet najwięksi zbrodniarze mają bliskich: braci, małżonków, dzieci. Bin Ladenowie - żona Nadżwa i syn Omar - przerywają milczenie i opowiadają o tym, jak wyglądało ich życie. Z pomocą dziennikarki Jean Sasson - autorki bestsellerowej Księżniczki - wprowadzają nas w prywatny świat wroga publicznego. To niezwykłe wyznanie odsłania również szokujące fakty o codziennym życiu kobiet w świecie islamu.
Jest to więc praca pouczająca dla wszystkich - ludzi władzy i twórców kultury. Stanowi świetne studium polskiej niemożności osiągnięcia racjonalnego kompromisu w sytuacjach wyjątkowych, od rozwiązań których zależała w znacznym stopniu przyszłość polskiej polityki i polskiego społeczeństwa. Może stanowić podstawę do rozrachunku z nieodległą przeszłością i zapoczątkować rozwój badań nad postawami i zachowaniami społeczno-politycznymi pozostałych środowisk intelektualnych, kulturalnych i artystycznych kraju.
prof. dr hab. Michał Śliwa
[Autor] ...zrealizował temat, który dla historii PRL, zwłaszcza dziejów kultury, wydaje się dość ważny, przy czym temat ten nie był dotychczas przedmiotem szerszej naukowej refleksji. (...) nie dysponowaliśmy dotychczas całościowym, kompetentnym opracowaniem, które pokazywałoby zachowania i postawy ludzi teatru w okresie stanu wojennego.
prof. dr hab. Kazimierz Przybysz
Wspomnienia obejmujące okres 1939-1940.
Uzupełnieniem wspomnień jest rys biograficznych autora oraz historia rodu Jałbrzykowskich i wspomnienie o abp. R. Jałbrzykowskim. W książce znajdują się 64 archiwalne fotografie.
Publikacja powstała we współpracy z Muzeum historii Polskiego Ruchu Ludowego i Urzędem ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?