Poeta znany jako wytrawny turysta rowerowy i znakomity przewodnik po Warmii i Mazurach zaprasza do imaginacyjnego zwiedzania tamtejszych miasteczek, wsi, kościołów, zamków, pałaców i cmentarzy. Potrafi sugestywnie wskrzeszać historię na użytek czytelnika, ale zarazem kieruje się imperatywem samopoznania, próbując odczytać tożsamość własną, która nie pokrywa się ani z mapą, ani z chronologią ziemi. Od początku swej drogi poetyckiej Kazimierz Brakoniecki odkrywa tajemnice pogranicza, które ujawnia czasem swą bliskość, czasem niepokojącą obcość. Rezultaty tej eksploracji bywają różne: raz przewidywalne, innym razem zaskakujące; a determinacja, z jaką prowadzi dochodzenie, dowodzi, że od jego wyników zależą zarówno losy świata, jak poczucie indywidualnej tożsamości.Metodyczne krajoznawstwo przekształca się w żmudną archeologię, lecz znaleziska najczęściej nie dają odpowiedzi jednoznacznych co do ich genezy i roli w dziejach, lecz nieraz wręcz mnożą wątpliwości. I właśnie w tym drugim wypadku, kiedy próba dokumentalnego zapisu zawodzi, szczeliny niepewności otwierają się najszerzej na pozaracjonalne refleksje poetyckie.z posłowia Piotra Michałowskiego
Czy Sebastian otwiera nam drzwi? Niekoniecznie. Sam sobie też chyba otwiera je niezbyt często, jakby spoglądał na siebie i świat w jakiś dziwny, onieśmielający sposób. Niby chce wszystko zarejestrować, utrwalić w pamięci, a potem zawstydza go sam proces notowania, zapisywania, w konsekwencji tworzenia.By nie mówić zbyt wiele, przemilcza. Jakby nie chciał peszyć swoich zachwytów, pochyleń nad naturą, która wprowadza go w jakiś inny wymiar...I co z tym Sebastianem? Dokonuje wyborów, które nie zmieniają jego życia. Tworzy swój własny świat wewnętrzny i w nim spaceruje po świecie natury, jej praw, narodzin, istnienia i umierania. Nie wkracza w rejony codzienności, próbuje je omijać, by wreszcie odnaleźć... Święty spokój.
To niezwykły dziennik samopoczucia, samowyczucia i samostanowienia w formie quasi-gawędy szlacheckiej, niezwykłe rozważania na zlecenie aniołów, elit i jelit. Jelita jako elita z ja: apokalipsa uczciwości i kataklizm szczerości, kategorycznie więc, a nie naiwnie czysta świadomość. Chociaż prawda poległa i czytając, tańczymy na jej grobie szukamy dobra i piękna gdzie indziej. W donjuanizmie, panice erotycznej, spokoju esencjonalizacji, ateneum mistycyzmu? Nie stroni się tu od ciała, którym stało się słowo, gdy stanęło między nami i unieważniło bełkot, ponieważ nie tylko rozmiar, ale również przedmiar i wymiar mają znaczenie. Alibi intelektualne nie przechodzi tu na pozycje tabu emocjonalnego; źródeł rozkoszy szuka się bliżej języka przestawień, przesunięć, ustanawiania i unieważniania autorstwa i podmiotowości głosów w przyjemnie drażniącym, kakofonicznym chórze: Dzieje Apostolskie pisze Tomasz Sekielski, Ewangelię według św. Jana Tomasz Lis, a Boską komedię - Rihanna.
Smutny bóg Rafała Sienkiewicza to prosta jak piosenka historia obłąkania i bezdomności. Wiersze pisane przed świtem na serwetkach i zgubionych biletach donikąd. Manowce, z pasją eksplorowane przez Poetę, kuszą przygodą, zmysły i emocje pracują tu pełną parą. Tu to znaczy w mieszkaniu rozpaczy uporczywej jak samotność. Wyjątkowa niczym obłęd historia dolegliwości pospolitej jak czkawka. Wszyscy wiemy, jak źle się z tym żyje, z tym brakiem miłości, ale nie wszyscy umiemy to nazwać z taką precyzją i z takim brakiem umiarkowania. A ostatnią, spotkaną na tej drodze, dziewczyną spod latarni będzie Śmierć.
W słowie poprawki słychać poprawę. Poprawianie błędów, ulepszanie. Ale poprawianie wpisane w życie jako przesłanie, cel a w pisanie jako jego naturalne narzędzie, proces nie jest istotą wierszy Grażyny Obrąpaskiej.Poprawki są równie skromne jak cała jej poezja; wywodzą się zresztą z powszedniości życia. Złożonego z nieustannych poprawek; naprawiania starego, gdy brak szansy na nowe. Blisko im do praktyk krawieckich, tych zwykłych, domowych: cerowania, zszywania, łatania. Tego, co najbardziej własne, bo jedyne właśnie. Jak znoszone ubranie, życie.Nie bez kozery najnowszy tom Obrąpalskiej rozpoczynają wiersze ze skrawków szyte ściegiem prostym, za to trwałym jak pamięć. O ludziach, a i o psach, też obdarzanych miłością, lecz wierniejszych niż ludzie, o czasie, który minął jak oni i one, lecz żyje w nas, a zwłaszcza o tym, co w nim a więc dla nas najważniejsze: spotkaniach i chwilach, uchwyconych w swojej jedyności.Czas tych prostych i pięknych wierszy to podróż. Czy raczej stan między podróżą a powrotem, domem. Bo Poetka podróżuje w nich jak w życiu po to, by wracać. A że prawdziwe powroty nie są możliwe, zapisuje to, co stanowi ich sens. Wzruszenia i emocje, czułość i niepokój, i zachwyt, który ocala.Artur Daniel Liskowacki
Liczne są w dzisiejszej polskiej poezji awangardowe próby. Zwykle polegają one albo na sprawdzaniu pojemności wyrażeniowej polszczyzny, albo na grze składniowej, albo na ekstrawaganckiej prezentacji autorskiego ego. Zdaje mi się (a raczej jestem tego pewny), że jedynie Karol Samsel uprawia awangardową technikę poetycką dla największej ambicji: ogarnięcia stanu światowej kultury. Jego poemat jest jednym z najtragiczniejszych portretów dzisiejszej cywilizacji. Pozbawia czytelnika złudzeń co do możliwego jej naprawienia ale właśnie ten brak złudzeń wydaje mi się podstawą, na której funduje się odnowienie. Jest w tej postawie poetyckiej uczciwość i heroizm świadomości.Piotr Matywiecki
Ostatnie dni społeczno-politycznej rewolty na Wybrzeżu. Akcje i reakcje. A wszystko widziane z bardzo bliska, od środka.Jeszcze raz szczeciński Grudzień 1970? Nie, to zupełnie inna opowieść. Choć w tym właśnie czasie osadzona. Brutalnie prawdziwa w ukazanym obrazie ówczesnego świata władzy, a zarazem intymna psychologicznie, poetycka w klimatach.Nowa powieść Liskowackiego to kontynuacja najlepszych cech jego pisarstwa, a jednocześnie nowa, bardzo osobista odsłona naszej wciąż współczesnej historii. * Zimno Artura Daniela Liskowackiego to znakomita rozrachunkowa powieść psychologiczno-obyczajowa o politycznym podłożu, odwołująca się do wspomnień pokolenia, które ma dzisiaj 60-70 lat. Nasycona skomplikowanymi życiorysami, traumami wojennymi i wyborami typowymi dla PRL, którego realia ukazane są tu z wyjątkową precyzją i w wielkim zbliżeniu. Rzecz dzieje się w ciągu kilku dni Grudnia 1970 roku, kiedy wybuchły robotnicze strajki na Wybrzeżu. Miejscem wydarzeń jest Szczecin, bohaterem głównym 12-13 letni Alik, syn redaktora lokalnej gazety tuby władzy uwikłanego w grudniowe wypadki. Dociekliwy, inteligentny chłopiec czytający właśnie z przejęciem Dziennik wyprawy na biegun południowy R.F. Scotta, dojrzewający fizycznie i emocjonalnie próbuje się o ich dramacie dowiedzieć więcej.z posłowia Kazimierza Brakonieckiego
Czy wszystko w poezji już było? Andrzej Kopacki kolejnymi tomami dowodzi, że ma jej konwencje w małym palcu. Ale inwencja pozwala mu przechytrzyć wrażenie, że literatura się wyczerpała. Rudisy w książce Agrygent uciekają od postpoetyckości w przedpoetyckość. Skromnie dialogując o kwestiach tak poważnych jak choćby rozpacz, kot Schrdingera albo wszechwładza pani Beatki z działu personalnego, niby nas tylko przygotowują na możliwość literatury. Aż nagle czujemy, że już tu jest. To dopiero sztuka!Jakub Ekier
Wojciech Juzyszyn to polska odpowiedź na Douglasa Adamsa. Jego opowiadania są jak XXI wiek: logika odeszła w zapomnienie, nikt niczego o nikim nie wie, nic albo wszystko nie wynika z niczego. Liczy się zabawa, sianie grozy i strach. Pełen bezsensu, przenicowany świat, w którym wszyscy pozostają przypadkowi i wiecznie młodzi. I aż się prosi, żeby podziękować za ryby i ruszyć autostopem przez kolejną galaktykę. Tym razem bez pożegnania. I niczego już nie szukać. I niczego też nie znaleźć.Takiego debiutu jeszcze nikt nigdzie nie oglądał.Dariusz MuszerEfemerofit to zbiór postpostpostmordernistycznych baśni dla dorosłych omnibusów kulturowych połykających na śniadanie grozę, na obiad anime, jogurt z owoców leśnych na podwieczorek, a klasyków filozofii na kolację.Paweł Nowakowski
Rotardania to doświadczenie... Tak jak w najbardziej monumentalnych dziełach Drzeżdżona, należy tu mówić o rzeczach jeszcze bardziej pierwotnych niż sama literatura (oraz sama fikcja). Po pierwsze więc, to doświadczenie świadomości, by nie powiedzieć: całkowite zwycięstwo konkurencyjnej świadomości, a więc wizja, która triumfuje przy pomocy głębokiej, onirycznej literatury. Choćby po to warto sięgać po tę książkę, ażeby widzieć, jak inteligentnie Drzeżdżon nas wszystkich dyskontuje. Po drugie, jest to doświadczenie dziania się, trwałych i ciągłych form bycia, trwania. Drzeżdżon wie, jak nakazywać swoim światom posłuszeństwo wobec bycia i spójność wobec trwania, własne ontologiczne logiki wciela w czyn z żelazną konsekwencją, co owocuje filozoficzną także przyjemnością lektury jego tekstu: zawsze koherentnego w swojej wielostronnej ontologii (podczas gdy większość jego konkurentów, uprawiających pisarstwo podobnego rodzaju, często konstruuje sytuacje z epizodów, zdarzeń wypalających się w wyobraźni czytelnika w tym samym momencie, w którym zachodzą). Po trzecie wreszcie Rotardania to konstrukcja uniwersalnej, epickiej paraboli coś, co mogło być przypowieścią, ale uległo głębokiemu literackiemu urzeczywistnieniu i jest dziś świadectwem i propozycją poważnej epiki, też poważnie traktującej czytelnika. W tym ostatnim wydaniu więc: Rotardania to my, tak to zaplanował Drzeżdżon, jesteśmy do siebie my i tekst Jana Drzeżdżona bardzo dobrze dopasowani.Karol Samsel
Poetycką rzeczywistość w wierszach Anny Frajlich budują powtarzane i przetwarzane obrazy miast, impresje podróżne, refleksje o życiowej wędrówce, błądzeniu i odzyskiwaniu własnej przestrzeni, pytania o tożsamość, o pożytki i straty doświadczeń emigracji. Nie można zapominać o antynomiach prywatności i historii, chwili i trwania, stabilizacji i błądzenia, entuzjazmu poznawczego i melancholii, podboju i powrotu, pamięci i zapominania, snu i jawy, a na innym planie spontanicznego wyrazu i skalkulowanej formy, prostoty wypowiedzi i konceptu słownego, refleksji serio i humoru, krytycznej obserwacji i podejścia zabawowego. Groźne żywioły znajdują kontrapunkt w postaci uspokojenia, ukojenia dzięki szczęśliwym prywatnym chwilom.W lirykach Anny Frajlich z dojrzałego okresu twórczości wzmocniona zostaje strona autobiografii i pamięci, wydobyte spontaniczne i empatyczne reakcje na pełne tragizmu wydarzenia najnowszej historii. Temat czasu, który niesie zmiany, niszczy materię życia i przekreśla nadzieje w nowych wierszach powraca ze znaczną intensywnością. Tempus devorans nie jest jednak wszechmocny, gdyż wola i wyobraźnia odnoszą nad nim małe zwycięstwa. Otóż wydobyte ze strumienia czasu ważne dla jednostki chwile, znamienne, epifaniczne, zdają się mieć charakter bezczasowy. Przeżycia momentalne zachwytu, zdumienia, błysku refleksji trwają w tekstach wiernych czułej pamięci.
Mistyczna emfaza trafiająca we właściwą emocję, podobną do zwarzonej goryczy, trafiająca w punkt. I tak trafiając, zgłoski bytują w rzeczach, a rzeczy w głoskach, litery są z ognia, wersy sklejają się z pomroką. Jesteśmy na rozchybotanej łodzi — bohater lekce wieszczy i gorzko śpiewa. Że też poezja może tak odstawać od przyjętej poprawności, tak po swojemu wpadać w ekstatyczną zadyszkę. Zawsze o włos dalej i mocniej od majaczącej w tle rzeczywistości. Duchowości? Obchodzi nas ten nowy Hrynacz. I to bardzo.
Karol Maliszewski
Gustaw Rajmus proponuje lekturę wymagającą, a przy tym świadomą czytelniczych potrzeb. W swoich opowiadaniach wędruje przez epoki, krainy i światy, z gotyckim rozmachem kreśląc losy uwikłanych w meandry (nie)codzienności bohaterów poszukujących nieprzypadkowo pisanej z dużej litery Prawdy. Lecz od kogo ona pochodzi i czy zawsze daje wyzwolenie? Jeśli nieobce są wam zejścia w Otchłań ani zaglądanie w oczy Wieczności, jeśli pragniecie obcować z literaturą, która niesie w sobie wartość po wielokroć dodaną, niech Królestwa przyjdą i pochłoną was!Kazimierz Kyrcz Jr
Wiersze Marii Bigoszewskiej to liryka konfesyjna. „Nie wiem, dlaczego znów zdejmuję z siebie / warstwę po warstwie. Bez pośpiechu”, mówi poetka, ofiarowując intymne wyznania, odsłonięcie traum, cierpień, blizn, tego, co wstydliwe, co się ukrywa przed obcymi. Mamy przed sobą świat psychiki zanurzonej w sobie. Psychiki mrocznej i tajemniczej. Niemal nic nie zostało tu wprost nazwane i zapisane.
Ona stoi w przeciągu, między światem żywych i zmarłych. Mówi do nieobecnych, czasami słucha ich rad, częściej napomina siebie. Nie chce przywoływać klisz pamięci, żeby było jak przedtem. Wie, że to niemożliwe. Ona, poetka, narratorka, bohaterka tych zwięzłych wierszy, nie zna pocieszenia. Jest w żałobie. Odzywa się po to, by „poczuć krew za słowami / i nie przełknąć jej. Nigdy”.
Wypowiedziane słowa zobowiązują. Nic w tej poezji nie jest do końca oczywiste, emocje falują, a ich napięcie jest ekstremalne. Jest tu okrutna wiwisekcja uczuć i doznań, jest samoograniczenie, jest dystans do siebie samej poddanej chłodnej obserwacji, ucieczka od wszelkiego sentymentalizmu. I jest w tej liryce dramatyczna siła skondensowanego bólu.
Iwona Smolka
Swój kolejny tom wierszy Uta Przyboś zatytułowała wieloznacznym wyrazem coraz, sugerując kontynuację zmian obserwowanych już od pewnego czasu, a teraz nasilających się stopniowo w różnych obszarach rzeczywistości. Nagłówki czterech części książki dookreślają te zmiany kolejno przysłówkami: dosłowniej, znikliwiej, bezsensowniej, istotniej; jednak dopiero zgrupowane w tych częściach poszczególne wiersze pozwalają zrozumieć wielokierunkowość opisywanych transformacji i diagnozę dynamiki współczesnego świata, w której utrwalają się tendencje odnotowane w poprzednich zbiorach poetyckich.Wiersze, które poetka pogrupowała w tym właśnie porządku czwórni, nie zawsze okazują się dopasowane do tak ostrego podziału. Nieraz przenikają się w nich wszystkie cztery hasła w ciekawych konfiguracjach. I jest to najlepszy przepis na w miarę strawną zupkę istnienia, w której równoważą się smaki: słodki, gorzki, słony i kwaśny.z posłowia Piotra Michałowskiego
Zagadkowa wyprawa najstarszych świrów świata w rejs do końca jego albo ich, a nawet i dalej. Podróż osiemdziesięciolatków bez zawijania do portu, dokąd/dopóki wystarczy załogi, a według planu ostatni zgasi światła pozycyjne...Początek dramatu ma miejsce na pirsie starego portu rybackiego w Montevideo; ukrywający się tam pomiędzy fragmentami ciętych na złom trawlerów, ścigany i postrzelony przez gangsterów-przemytników Jose Artigas, jest świadkiem morderstwa. Nieco wcześniej nieopodal rzuca kotwicę chroniący się przed sztormem jacht, którego załoga będzie wkrótce podejrzewana zarówno o udział w owej zbrodni, jak też o szmuglowanie kokainy.Świat zbrodni, dyplomacji i handlu narkotykami, wojny gangów, kanały przerzutowe do Europy, w tym do Polski, akcje specjalne policyjnych oddziałów do walki z przemytem, korupcja wśród polityków i agentów tajnych służb; a wewnątrz tego brudnego tygla załoga polskiego jachtu, który nieskazitelną biel na pokładzie dawno już zatracił. Nim dotrze do celu, opłynie Horn i nie tylko...Kryminał z kluczem, wykorzystujący grę gatunkowych konwencji do budowy świata niestroniącego od głębszych sensów, wewnętrznych dylematów i etycznych motywacji. Ujęty w barwnym i szerokim powieściowym horyzoncie perypetii oraz bogatej galerii bohaterów. Co łączy postępki gangsterów, przemytników i pospolitych zbrodniarzy, jak i walczących z nimi agentów, policjantów, służb specjalnych? Czy tak skomplikowana ludzka partytura tworzy wyłącznie dysonans splątanych losów, czy może ujawnia echo powracającego nieprzypadkowo tematu, dającej się wychwycić wspólnej melodii?
Jarosław Jakubowski w najwyższej formie! I w Formie. Nic dziwnego! Wydawnictwo Forma wyławia bowiem z rzeki polskiej prozy prawdziwe perełki. A taką niewątpliwie jest Żywołapka. Oto barwna postać bohatera łączy się z jego barwną opowieścią o nim samym na tle barwnej Polski początków lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mnóstwo w tym tragikomicznej przekory przywołującej najlepsze wzory powieści łotrzykowskiej czy pamiętne filmy z tamtych czasów, by przypomnieć choćby Darmozjada polskiego lub kino Koterskiego. Portret matki przedni! Albo Isi, która miała takie małe, niewiele miejsca zajmujące ciało.Już sobie wyobrażam niewidzialne żywe łapki, które nie pozwalają czytelnikowi oderwać się od Żywołapki. I które wydobywają z czytelnika to, co tak charakterystyczne dla samego Jarosława Jakubowskiego: czułość udającą nieczułość.Krzysztof Bielecki
Życie codzienne to egzystencja w cieniu śmierci. Śmierć jest przedłużoną w czasie egzekucją. Mamy tu więc egzystencję z perspektywy punka, czyli kogoś, kto nie bierze udziału w wyścigu z metą za siódmą górą, bo woli ustąpić pola i tym samym zejść z linii strzału. Punki to anarchiści i nihiliści, co nie znaczy, że nie analizują rzeczywistości, choć z pewnością zachowują do niej należyty dystans. Te wiersze niczego nie udają, nie mają o cokolwiek pretensji, po prostu pokazują, że byt określa świadomość, a drobne zdarzenia mogą mieć kolosalne skutki. Jeśli miałbym wybierać między Panem Cogito a Punkiem Ogito, z oczywistych powodów wybrałbym tego drugiego.
Ekstremalne okoliczności tworzenia wyzwalają refleksje o wszystkim jako że wszystko okazuje się ważne nad przepaścią i spiętrza się do ostatniego być może wzlotu. Główny wektor świadomości podmiotu można określić kompilując dwa cytaty: De profundis ad astra.
Nie jest to spójne wyznanie, pozwalające zrekonstruować jakiś system poglądów eschatologicznych, lecz dziennik uwikłany w dynamikę codziennego czuwania przy chorej, toteż zmienne konteksty przywodzi jeden wątek choroby jako ledwie uwidoczniony nurt główny. Z tego punktu widzenia jest to cykl wariacji na tematy ostateczne, natomiast ciągłość poematu (dygresyjnego) wyznacza diarystyczna datacja genezy fragmentów, niekiedy zagęszczona do kilku skupionych jednego dnia.
z posłowia Piotra Michałowskiego
Autodafe 8 czyta mi się doskonale jako notatki reżyserskie do spektaklu Autodafe 8 na podstawie poematu Autodafe 8, którego premiera nastąpi w teatrze Autodafe 8. Karol Samsel nie tylko reżyseruje to widowisko, ale również występuje we wszystkich rolach. Wirtuozersko-wizjonerski utwór (może lepiej twór?) jest do tego stopnia autotematyczny, że można by go uznać za współczesne albo ponowoczesne wcielenie Uroborosa, gdyby nie jeden drobiazg ten organizm nieustannie się przemienia. Zupełnie jakby nie słowa były jego budulcem, lecz jakaś samometamorfozująca się plazma. Gdyby miała powstać postmodernistyczna, metaliteracka, arcypolska, a zarazem uniwersalistyczna wersja Obcego, to ksenomorf musiałby mieć formę Autodafe 8. Czy Ripley musiałaby wówczas stać się Samleyem? Ripselem? Kimś, o kim nam się nawet nie śniło, bo tylko poeta jest w stanie wyśnić go za nas i dla nas? Być może to pytanie na miarę dziewiątki. Na razie cieszmy się i radujmy, albowiem dostajemy księgę gęstej, semiotycznej dżungli. Kto w niej przepadnie, na tego bęc.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?