Agrestowych snach Jakub Michał Pawłowski nie tyle śni, ile lunatykuje. W somnambulicznym transie literackim przemierza sferę tego, co w człowieku najbardziej tajemnicze wyobraźni. Raz prowadzi go ona ku po swojemu przerobionej krainie mitu, legendy, kiedy indziej wiedzie w doczesność podszytą mrokiem, niepokojem i Nieodgadnionym. Doczesność rozszerzoną o poczucie drzemiące w niedostępnych na co dzień, a i też nie każdej nocy, zakamarkach naszych jaźni, mówiące, że rzeczywistość wcale nie składa się li tylko z tego, co realne, że jest w niej jakieś pękniecie. Z reguły je przed nami wstydliwie ukrywa jak oszpecający liszaj, obleśną kurzajkę, kompromitujące znamię. Zahipnotyzowana prozą Pawłowskiego traci czujność i odsłania się. Czy raczej objawia. Boimy się nieco tego jej nieznanego oblicza. Jest jednak przede wszystkim fascynująca. Zagłębiając się w nią, zagłębiamy się w siebie.
Antoni Winch
Zebrane w książce szkice koncentrują się wokół kilku motywów przewodnich: emigracji i literatury polskiej powstającej w różnych okolicznościach historycznych, więzi między różnymi twórcami, poszukiwania rodowodów kulturowych w podróży i we wspomnieniach.
Zaczyna Drzewucki od bardzo zasłużonej dla polskiej kultury Karoliny Lanckorońskiej, przechodząc do nie mniej zasłużonych postaci jak Maria Danilewicz-Zielińska (bibliotekarka, kronikarka emigracji, autorka zarysu powojennej literatury polskiej poza Polską) i Stefania Kossowska, która była ostatnią redaktorką powojennych londyńskich „Wiadomości”, zastępując na tym stanowisku Mieczysława Grydzewskiego. Następnie pisze Drzewucki o młodszych, tworząc panoramę pewnego nurtu polskiej literatury. Zwrócenie się autorów omawianych książek ku przeszłości nie ma wiele wspólnego z nostalgicznym zapamiętaniem się w minionym, to praca rozpoznawania znaczeń, wskazywania początków i budowania mostów ku teraźniejszości.
Anna Nasiłowska
Jest to pasjonująca książka. Powód elementarny: sugeruje mi powrót do ważnych tytułów, podpowiada, co przegapiłem. Przegapiłem, bo Drzewucki nie pisze o hitach wydawniczych. Takimi nie są przecież pamiętniki czy edycje listów. Niektórych autorów historia literatury pomija całkowicie.
W krótkich przejrzystych szkicach uchwycona jest esencja omawianej książki, całego gatunku albo profil piszącego autora.
Książka napisana z werwą, styl, jak to u Drzewuckiego, przejrzysty, bez popisów, bez brzuchomówstwa i tańca na linie. A jednak jest szybko rozpoznawalny. Doskonała technika operowania detalem i cytatami.
Piotr Mitzner
Czytając listy Henryka Berezy, pytam, z jakim rodzajem tekstu mam właściwie do czynienia? Z literaturą? Czy raczej z dokumentem o walorach artystycznych? Traktować go jako materiał (auto)biograficzny? A może po prostu kolejny zestaw danych dla badaczy-literaturoznawców oraz wszystkich berezologów? Być może każda z zaproponowanych odpowiedzi jest po części prawdziwa. Wychodzę jednak z przeświadczenia, że jest to literatura sensu stricto, dopracowana na płaszczyźnie konceptualnej, pisana ze świadomością i wyczuciem konwencji.
Wśród wszystkich możliwości lekturowych tych epistoł, najpiękniejszą jest właśnie ta, którą pozbawi się zaplecza metodologicznego, ta, przy której nie trzeba korzystać z literackich narzędzi, przy której można zapomnieć o wszelkich teoriach i dyskursach, a skupić się po prostu na człowieku myślącym refleksyjnie: o swojej przeszłości, swoich wyborach i decyzjach, do samego końca, do ostatnich dni będącym drogowskazem, a także bliskim przyjacielem dla wielu pokoleń pisarzy i krytyków literackich.
Listy Henryka Berezy być może tak samo jak obcowanie z nim otwierają okna na światy, o istnieniu których nikt by nawet nie pomyślał.
Akcja Nogami do góry rozgrywa się w środowisku dziennikarzy, w redakcji jednej z gazet codziennych w mieście S. Jest to zapis wydarzeń rzeczywistych oraz subiektywnych, dziejących się w umyśle redaktora naczelnego.
Głównym wątkiem powieści jest śledztwo prowadzone przez troje dziennikarzy, chcących ustalić, jakie motywy kierowały innym dziennikarzem, który porzucił swoje dotychczasowe rygorystyczne zasady moralne i kosztem kolegów chce przejąć kontrolę nad wydawnictwem.
Jest też motyw podróży do urokliwej miejscowości K., w górach A., gdzie główny bohater dystansuje się od świata mediów, życia w nieustającym stresie i w depresyjnej atmosferze końca „epoki papieru” oraz gorzkie rozważania na temat przemian kulturowych, wolności i tożsamości w świecie coraz bardziej niezrozumiałym, odhumanizowanym, a nawet postawionym „nogami do góry”, gdzie normalność jest rodzajem ekstremizmu.
Gdyby zapytać mnie, co lubię w twórczości Krzysztofa Maciejewskiego, odpowiedziałabym, że humor. Nie, nie ten pierwszoplanowy, ten, który bawi wprost, ale taki bardziej ukryty gdzieś pomiędzy znaczeniami, metaforyczny. Puszczenie oka do czytelnika, gdy nie wiesz, czy autor sobie kpi, czy okazuje sympatię. I jest to o tyle przewrotne, że to, co Krzysztof Maciejewski pisze, nie powinno pobudzać do śmiechu, a do smutnej refleksji. Lubię takie gierki. I lubię stan, w którym lektura jego opowiadań mnie zostawia: zadziwienie, oburzenie, zachwyt.
Anna Musiałowicz
Eugene Guillevic
(1907-1997), najwybitniejszy poeta francuski pochodzenia bretońskiego, przywiązywał do niego wielką wagę, ponieważ uważał, że kamienne menhiry, symbole małej celtyckiej ojczyzny, o wiele silniej wpłynęły na jego poezję niż paryskie ulice, gdzie spędził większość lat swojego długiego życia. W roku 1942 zadebiutował znakomitym tomem wierszy Terraqué, który uznany został za manifest poezji realistycznej. Ten „powrót do rzeczy, do przedmiotu”, kończący w poezji francuskiej epokę nadrealistycznej retoryki, nasycony był wspomnieniami z dzieciństwa spędzonego w Bretanii i zadziwiał konkretnością i głębią refleksji filozoficznej. Poeta (określający swoją poezję „podrealizmem”) dążył do zwięzłości, perfekcji, metafizycznej zadumy nad integralnym światem fizyczno-duchowym, do eksploracji żywiołów. Większość późnych wierszy Guillevica, który zmierzał do harmonii i wyższej zgody na świat, a nawet do radości życia, określić można mianem epifanii: poeta jest w samym sercu świata i zapisuje szczęście.
Kazimierz Brakoniecki
Mieszkaniec budki telefonicznej, która okazuje się magicznym konfesjonałem, pisarz zamieniający się miejscami z bohaterem swojego niedokończonego opowiadania, chłopiec zakopany żywcem, by pobić rekord w przebywaniu pod ziemią bez powietrza, cudowne jednookie dziecko, które spojrzeniem rozpala ogniska i świat, płomienne egzorcyzmy nad wanną wódki, szalona miłość małego Fiata 126p do Syrenki 102... a wszystko to w pełnej szczegółów scenerii Wrocławia lat PRL to tylko niektóre wątki fabularne opowiadań Leonarda Gabriela Kamińskiego. Surrealizm spod znaku Henri Michaux i fantastyka z nutką horroru, przywodząca na myśl Julio Cortzara i Stefana Grabińskiego, łączą się tu z baśniową aurą dziecięcej wyobraźni, lecz i drobiazgowym, podszytym autobiografią realizmem. Kamiński przetwarza rzeczywistość szarą i pospolitą z pomocą okrutnej, acz barwnej groteski; czaruje na czarno, ale z ironią i humorem, bawiąc się stylem i konwencjami. Na uwadze ma jednak przede wszystkim człowieka wrażliwego, kruchego w obliczu bezlitosnych praw historii, a mimo to upominającego się o sprawiedliwość dla innych, bezradnych i skrzywdzonych, i o swoje miejsce w życiu.
Umiejscowiony w tytule nowego tomu Adriana Glenia spójnik i odsyła do znaczeń kojarzących się z łączliwością, wiązaniem i scalaniem odmiennych rzeczywistości, zjawisk, doświadczeń, słów, osób. Również w wymiarze genologicznym mamy w tym przypadku do czynienia z jak najbardziej udaną próbą łączenia różnorodnych rejestrów gatunkowych, znajdziemy tu bowiem współistniejące ze sobą w harmonii elementy notatnika, raptularza autobiograficznego, dziennika intymnego, quasi-reportażu, mikroeseju, szkicownika poetyckiego, peregrynarza z niedawno odbytych podróży po zachodniej Ukrainie (Truskawiec, Drohobycz, Terszów), Albanii (Tirana, Durres), Portugalii (Lizbona) oraz fragmenty prywatnej epistolografii, w której urzeczywistnia się pełna czułości afirmacja dyskursu miłosnego.
Wiersze Joanny Matlachowskiej-Pali to ciche elegie wpisane w kolejne pory roku (z przewagą jesieni). To poezja bez fałszywego tonu, próbująca ocalić zachwyt i zmieścić w sobie smutek i żal po stratach, którymi znaczone są nasze biografie. Poetka nade wszystko wyczulona jest na przemijanie, zdaje sprawę z kolorytu efemerycznych chwil, wraz z którymi wyparowują cząstki nas. Odchodzenie jest tematem tych mądrych wierszy zorientowanych na to, co wokół. Świat drobnych zdarzeń jest być może jedyną nadzieją w rzeczywistości skupionej na umieraniu. Liczą się pojedyncze gesty i słowa, widok zastygający pod powieką, dotyk czegoś konkretnego, zapach za rogiem, filiżanka z kawą. Choć ta poezja dotyczy spraw najbardziej istotnych, głos poetki jest ściszony, dostojny, akceptujący niewzruszone okoliczności życia i śmierci. Zostają słowa powoli wsiąkające w zmierzch, a my Żyjemy karmiąc się pustką. To wyważona poezja (o filozoficznym zacięciu) akceptująca to, co nieuchronneBartosz Suwiński
Liryczne ideogramy Zdzisława Lipińskiego są przejrzyście oszlifowanymi, drobnymi soczewkami, które z jednej strony pozwalają nam na wgląd w chwilę obecną, z drugiej zaś wyostrzają nasze spojrzenie skierowane w stronę wieczności i kosmosu. Podmiot jego miniatur, świadom, że świat w swoim ogromie jest nieogarniony, na to, co najbliższe i na to, co najdalsze spogląda z uwagą, niekiedy z czułością.
Niektóre z tych wierszy przypominają aforyzmy podsumowujące dłuższe, skryte przed czytelnikiem rozmyślania. Inne, obrazowe, zbliżają się do formy i ducha haiku. Lecz równie dobrze moglibyśmy je porównać do fotografii utrwalających poranki, zmierzchy, noce, ruchy planet, przedwiosenne kwitnienie zawilców. Widzimy je w półcieniu albo świetliście, monochromatycznie lub barwnie.
To wiersze dla tych, co się spieszą, co nie mają czasu na studiowanie obszernych strof, lecz chcą, aby chociaż kropla poezji zaspokoiła ich pragnienie prawdy istnienia mieszkającej w intymnie zapisanym słowie.
Piotr Wiktor Lorkowski
Struny, które potrąca poeta, są napięte do granic. Granic emocji, cielesności, mowy. Wydaje się wtedy, że dalej żadnej melodii wydobyć już nie zdoła i pozostanie tylko kakofonia dźwięków lub martwa cisza. I wtedy słyszymy jego głos: „Z dna wiersza przyszedłem”. Sięgnął ciemnego dna i zdołał się odbić ku światłu? A może jednak chodzi bardziej o tkwiące w nim DNA poezji, które nim rządzi, przywraca do aktywności, po to, by poszukiwał imion nadziei? Albo i jedno, i drugie zarazem.
Poeci emigracyjni, o których piszę w tej książce, mają wiele istotnych rzeczy do zakomunikowania czytelnikom, gdyż ich przekazy i przesłania zachowują w tym sensie aktualność, że mówią o kluczowych doświadczeniach człowieka wobec dziejów, społeczeństwa, wspólnoty ludzkiej, kultury i natury, radości oraz niedogodności życia jednostki, wreszcie – przeznaczeń ostatecznych.
Proces poznawania drugiego nurtu, który rozwijał się niezależnie od tendencji literackich panujących w Polsce, zbliżał w okresach kolejnych odwilży i oddalał w latach opresji politycznej, nadal trwa, bywa, że słabnie i zapewne nieprędko się zakończy – jeśli w ogóle to możliwe. Określenie „drugi nurt” – równoległy, zachowujący swą specyfikę, odnosi się do historycznie uwarunkowanej odrębności, jak pisałem – znoszonej, przezwyciężanej, ale również do procedur i preferencji poznawczych. Nie wszystko w tej domenie pisarstwa zostało rozpoznane, opisane, przeżyte, a zatem drugi nurt istnieje jako zadanie – także dla autora książki.
ze wstępu Wojciecha Ligęzy
Andrzej Wojciechowski jest poetą bez maski. Pisze wiersze od pół wieku, niekiedy z wieloletnimi przerwami. Zwięzłe i węźliste liryki wydają się ciemne i jakby pokryte bliznami. Mówią o takich bólach i rozpaczach, które powinny łączyć człowieka z człowiekiem. Poeta dzieli się cierpieniem powszednim jak chlebem. Błądzenie w labiryntach niegdysiejszych i niedawnych bólów wydaje się nie mieć końca. W najnowszym tomie Wojciechowskiego otwiera się niejasna nadzieja być może tylko na chwilowe zrozumienie i porozumienie z bliźnim. Czy wyjście z morza zranień i upokorzeń jest wreszcie możliwe? Wiersze nie pragną litości, czekają na wysłuchanie.
Zbigniew Chojnowski
Gustaw Rajmus odświeża gatunek opowieści niesamowitej, nasycając go popkulturowym, literackim i filozoficznym klimatem właściwym pokoleniu milenialsów, a więc ludzi urodzonych jakieś czterdzieści lat temu. Dodajmy do tego duszną atmosferę pandemicznego lockdownu, a otrzymamy ociekającą wszystkimi sokami życia mocną prozę. Brawurowe operowanie językiem, bogata ornamentyka opisu, błyskotliwość obrazowania – to atuty pisarza. Rajmus ma jednak coś więcej – umiejętność poetyckiej kondensacji i prowadzenia narracji twardą ręką prosto do puent eksplodujących feerią metafor. Poe, gdyby żył, wypiłby za niego. Prawdziwie pożywna lektura!
Jarosław Jakubowski
Urzekł mnie ten tom od razu, po pierwszej lekturze i połknął jak Miłoszowy biały wieloryb świata. Czym innym jest poezja, jeśli nie urzekaniem, rzucaniem uroku, jego promieniowaniem? Litera wierszy pomieszczonych w Bazie bierze w posiadanie w przeciwieństwie do tysięcy wierszy powstających codziennie w montowniach naszej ziemi, które nie tyle urzekają, co odżegnują się od czytelnika i nie tyle go zawłaszczają, co z lekka odpychają jak przejrzały ser.Wojciech Kass
Kazimierz Kyrcz nie ustaje w swoich próbach udomowiania i familiaryzacji wielkiego XX-wiecznego wzorca antropologii poetyckiej w Polsce – Pana Cogito z kart tomu Zbigniewa Herberta z 1974 roku (półwiecze tego tomu będziemy świętować w 2024 roku). Kyrcza tym razem frapuje Punk Cogito w podróży, niewiele ma on jednak wspólnego ze swym słynnym antecendensem, czyli herbertowskim homo viator. Podmiot współczesnego poety autonomizuje się, ale chociaż jest wolny od patetycznej retoryki poetyckich przesłań, wciąż – niczym Pan Cogito Herberta – pozostaje ufną marionetką, pogodną biernością, ofiarą kulturowych, społecznych, progresywnych i regresywnych cyklów przemian, a prawdę powiedziawszy, niekiedy ofiarą, a niekiedy dłużnikiem. Kyrcz w tej mierze pozostaje zdolnym i sprawnym adeptem trudnej pogody herbertowskiego tekstu poetyckiego. Potrafi do tego umiejętnie przenosić go w nowe stulecie. To niemało, tym bardziej jeśli nie zapomina się przy tym o własnych celach poetyckich. Kyrcz nie zapomina.
Karol Samsel
Myślę o złożonych dłoniach poety, o których pisze Adrian Gleń w wierszu otwierającym tę książkę. Kojarzą mi się z modlitwą, nie w sensie religijnym jednak, tylko w takim, jaki miała na myśli Simone Weil, kiedy pisała, że modlitwą jest uwaga bez żadnej domieszki. To modlitwa do samej chwili świata – niech jej adresatem będzie chłopczyk, który właśnie wyskoczył na pasy, niebieska okiennica albo przelatująca mewa. Wszystko w dłoniach poety.
Marcin Orliński
Zbyszku,
przeczytałem z pożytkiem; od tych minidystychów zrobiło się mnie więcej, posługujesz się słowem, pod- i zasłowem, wokółsłowem, międzysłowem, podszewką znaczenia, słowem wielomownym i wieloznacznym, skromnym, prostym, a jakże bogatym, spoza zapętleń słowa, pytań elementarnych, zaciekawień, oczy- i nieoczywistości otwierają się perspektywy zgoła niepoetyckie, jakie? filozoficzne, bywa, że socjologiczne, zbiorowe i prywatne, my wobec nich, oni (one) wobec nas; emocjonalne, praktyczne, służące poznaniu; czyli – jak to w poezji bywa – jakbyś zdrapywał z garnuszka emalię – obijasz go? chcesz się, zdrapując emalię, dostać do metalu? bo pod emalią siedzi istota? czytam to z pocałowaniem ręki, to jest akuratne; multum in parvo – tak bym scharakteryzował ten zbiór.
Piotr Szewc
Andrzej Ballo nie zawodzi. Jego wiersze są równie dobrze osadzone w rzeczywistości i wyraziste, jak i naturalnie wyrastające z psychologii podmiotu czynności twórczych oraz przekonujące do siebie – czytelnik przechodzi więc od tekstu do tekstu bez niepotrzebnego ryzyka trafienia na mielizny tautologii czy entropię stylu. To mocna liryka, wewnętrznie zsubiektywizowana, ale suwerenna i uczciwa, to autor, który wie, czego chce i co usiłuje przekazać, ewentualnie – dokonać, tak w życiu, jak i w literaturze. Ale nie mówimy tu o dokonywaniu w jakimkolwiek patetycznym tego słowa znaczeniu, patetycznym albo też – awangardowym. Zadania poetyckie powracają u Ballo i odchodzą – podobnie jak zadania życiowe albo tak jak stale pojawiająca się, spinająca tom we frapującą całość na kształt sądu o świecie, który przeminął – Rita Hayworth...
Karol Samsel
Liryka, którą Roca przedstawia, jest tylko w pewnym stopniu dyskretna oraz po europejsku transparentna – chociaż tu nawet język ezopowy uczy się trudnej, ale znaczącej sztuki „milczenia na temat”. Otóż, Roca jednym ruchem ręki pokazuje, jak czerpie z europejskiej lekcji klasycznej, w tym również z antyku oraz związanego z nim śródziemnomorskiego mitu konsolacyjnego, a następnie, jak całe to dziedzictwo odrzuca w sugestywnej, atrakcyjnej retoryce buntu barbarzyńcy tylko częściowo akulturowanego. W kraju swego pochodzenia autor Temporada de estatuas uchodzi za rodzaj opoki oraz fundamentu, nestorskiego monolitu. Reprezentuje grono literackich autorytetów, przede wszystkim jako przedstawiciel tak zwanego pokolenia straconych złudzeń, a więc Generación Desencantada. Wielką zasługą Krystyny Rodowskiej, polskiej tłumaczki poety, jest to, że właśnie takie momenty, z całą szczerością, odsłania, a tym samym – szeroko udostępnia polskiemu czytelnikowi.
Karol Samsel
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?