To tylko słowa W chwili, kiedy zdecydowałam się na napisanie tej książki, wiedziałam, że znajdzie się ktoś, gotów stwierdzić, że nie takie batalie się liczą i że z wszystkim z czym jeszcze powinniśmy walczyć, jest sprawą doprawdy uboczną szukanie płci w języku. Ja myślę dokładnie odwrotnie. Niedocenianie nazw rzeczy jest najgorszym błędem naszych czasów, które przeżywają wiele tragedii, ale zwłaszcza żywa jest tragedia semantyczna, która jest, w gruncie rzeczy tragedią etyczną. Formalnie rzecz biorąc etyka jest dziedziną filozofii zajmującą się zachowaniem człowieka w odniesieniu do konceptów dobra i zła, ale w naszej codzienności bycie etycznym oznacza przede wszystkim traktowanie nazwanych rzeczy tak, jak je nazwaliśmy. Pomylić nazwę, znaczy pomylić podejście moralne i nie rozumieć już różnicy między dobrem, którego pragniemy i złem, które w efekcie realizujemy. Żyjemy w świecie, który od wieków, w odniesieniu do kobiet (nie tylko, ale przede wszystkim do nich) nadal powtarza ten błąd, z którego konsekwencjami musimy się codziennie mierzyć. Przemoc fizyczna, różnica w zarobkach, brak adekwatnej medycyny, rozbieżność między obciążeniem intelektualnym a pracą domową, dyskryminacja zawodowa i tysiąc innych niekorzystnych rozwiązań, są konkretnie wymierne, choć nie zawsze są mierzone. Polityka języka w takim scenariuszu nie zdaje się być rzeczą najważniejszą, jednakże w niej biorą początek wszystkie inne, bo sposób w jaki nazywamy rzeczywistość, staje się sposobem naszego przeżywania tej rzeczywistości.
W swej książce Karen Blixen dała wysoce wyidealizowany, poetycki wyraz afrykańskiego ukąszenia, które zawładnęło nią na zawsze oraz równie wysublimowany obraz swej miłości do Denysa Finch Hattona. Z tego punktu widzenia można tylko skłonić głowę przed jakością literacką opowieści i ponownie, biorąc pod uwagę, że autorka napisała ją w języku, który nie był jej własnym. W żadnym przypadku nie można jednak traktować Pożegnania z Afryką jako obiektywnej relacji o charakterze historycznym. W książce brak jakiejkolwiek konsekwentnej narracji chronologicznej, a wiele faktów zostało poddanych daleko idącej obróbce. Choćby zdanie I had a farm in Africa, otwierające zarówno książkę, jak i główną część filmu. Karen rzeczywiście mieszkała w pięknym domu na farmie, a przez jakiś czas nawet nią zarządzała (z fatalnymi skutkami), ale właścicielką majątku była spółka akcyjna, zawiązana przez zamożnych członków jej rodziny, tyleż z myślą o zyskach, co o stworzeniu odpowiednich ram dla życia panny już dwudziestoośmioletniej i coraz bardziej wyobcowanej ze swego środowiska.
Rozmowy odbywały się w rozmaitych miejscach i w różnym czasie. Łączy je to, że ukazują wyjątkowych ludzi, którzy żyją tym, co robią, dzieląc się z innymi swoimi odkryciami, twórczymi dokonaniami i pasją, która przedmiot badań zamienia w wyprawę w nieznane. Pretekstem do rozmowy najczęściej było nowe dzieło, ale do niego wiodą ścieżki z przeszłości a od niego prowadzi droga w przyszłość. Dlatego wszystkie z zamieszczonych tu rozmów choć sygnowane datą ich powstania noszą stempel nieprzemijalności. Ponadczasowe są bowiem: faustyczna żądza poznania, ciekawość świata, pragnienie rozwikłania zagadek, z jakimi mierzy się umysł naukowca lub biografa, potrzeba nadania sensu egzystencji niezależnie od tego, czy układa się opowieść o cudzym życiu, czy pisze każdego dnia własne.
Większą część mojego dzieciństwa i młodości nie dzieliłam z tatą i dopiero już jako dorosła osoba, mężatka i mieszkająca za granicą poznałam go bliżej. Ojciec przez wiele lat mieszkał razem z nami w Szwecji. Zainteresowałam się, kim jest i skąd pochodzi. Wtedy też zrozumiałam, jak ważny w życiu taty był Kobryń. Z czasem stał się też ważny dla mnie.
Z funkcjonującego na przełomie XIX i XX wieku przez ponad 50 lat żydowskiego cmentarza gminy podgórskiej i z leżącego nieopodal, funkcjonującego w latach 1932-1942, cmentarza gminy krakowskiej w Podgórzu zachowała się jedna macewa in situ. Na przekór zniszczeniom wojennym, zapomnieniu i upływowi czasu stoi na swoim miejscu i przypomina nam o przedwojennej funkcji tego obszaru.W książce autorka przybliża historię tych dwóch żydowskich nekropolii Podgórza; na podstawie literatury i źródeł archiwalnych rekonstruuje ich losy, zasięg i infrastrukturę. Dzięki dogłębnej analizie zachowanych ksiąg metrykalnych udaje jej się ustalić liczbę pochowanych na nich osób. Jej pionierskie badania mają na celu przybliżenie czytelnikowi historii cmentarzy, uświadomienie o ich skali, a w konsekwencji ocalenie ich od zapomnienia i wymazania ze zbiorowej pamięci Krakowian.
W żydowskiej sztuce obrzędowej aż roi się od istot, które żyją na ziemi, w wodach i powietrzu. Te najczęściej spotykane to lwy, jelenie i orły, ale bywają też wiewiórki, niedźwiedzie i słonie. Obsiadły lampki chanukowe i besaminki, tarcze i korony na Torę. Prawdziwym rajem dla nich były pokryte malowidłami ściany i sklepienia synagog oraz rzeźbione w drewnie szafy na zwoje Tory. Ich rodowód jest starożytny, sięga Grecji i Mezopotamii; lwy, lamparty, byki, gazele i pawie przetrwały na bliskowschodnich mozaikach synagog z okresu Bizancjum. Metafory ze świata fauny znajdziemy w Biblii, zwłaszcza psalmach i w wielkiej obfitości w Pieśni nad Pieśniami, gdzie miły podobny jest do gazeli lub do młodego jelonka, a miła ma włosy jak stado kóz, które schodzą z gór Gileadu. Zwierzęta pojawiają się też w modlitwach i poematach liturgicznych, w przypowieściach i folklorze. Ich wszechobecność w sztuce nie przekłada się na łatwość interpretacji; często nie sposób stwierdzić z całą pewnością, czy pełnią rolę symbolu, czy też zostały użyte jako uświęcone tradycją ornamenty chyba że skojarzenie podsuwa nam towarzyszący im werset.
Zawarty w niniejszej książce zbiór tekstów jest próbą opisania różnych strategii, jakie przyjmują autorzy pochodzenia żydowskiego w sytuacji zagrożenia życia lub wykluczenia kulturowego oraz religijnego. Chodzi bowiem o dziedzictwo, którego nie chce się pamiętać, które trudno praktykować, choć stanowi ono fundament tożsamości. W tej wielogłosowej opowieści wybrzmiewają różne ujęcia tego problemu: od marańskiego po tożsamościowy kierunek lektury. Zwracając uwagę na obecność tradycji żydowskiej (starotestamentowej, midraszowej, kabalistycznej, talmudycznej) w twórczości polskich autorów pochodzenia żydowskiego, tom skupia się przede wszystkim na literaturze powstającej w XX wieku. Czas ten został jednak potraktowany jako punkt odniesienia. Mamy tu bowiem także teksty o autorach dziewiętnastowiecznych czy wcześniejszych oraz urodzonych jeszcze w II Rzeczypospolitej, ale dorastających w czasie wojny i już po wojnie, w Polsce oraz poza nią. Bohaterami tej opowieści są: Julian Tuwim, Adolf Rudnicki, Julian Stryjkowski, Stanisław Vincenz, Jankiel Adler, Charles Williams, Viola Wein, Icchak Kacenelson, Renata Jabłońska, Irit Amiel, Bogdan Wojdowski, Roman Brandstaetter, ale także Jakub Frank czy Władysław Pasikowski, których obecność wyraźnie rozszerza granice dyskursu. [] Bogactwo tropów, wszelkiego rodzaju judaiców, loci theologici w literaturze, opowieści tożsamościowych oraz marańskich jest doprawdy niezwykłe. []Niniejsza publikacja jest wędrówką po śladach wytyczonych przez autorów tworzących w wielogłosowym, różnorodnym, wielokulturowym, ale dziś utraconym już świecie.(Ze wstępu)
Kilka lat temu Bogdan Frymorgen opublikował album fotograficzny o Lanckoronie. Teraz ubrał ją w słowa. Nie jest to jednak przewodnik ani esej historyczny. Autor zaprasza czytelników do bardzo intymnej przestrzeni, w której czas i życie mieszają się w równych proporcjach. Frymorgen kieruje mikroskop swojej prozy także na siebie i na rodzinną historię związaną z Lanckoroną. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku twórczości autora, rzeczy pozornie oczywiste nabierają nowego znaczenia. W ten sposób tytułowa bohaterka książki staje się pretekstem do szerszych rozważań na temat zjawisk, które w swojej bliskości mogą stać się odległe. Zawsze jednak pozostają uniwersalne jak miłość i przyjaźń. Lanckorona to apoteoza miejsca na Ziemi i mikroskopijna oda do człowieczeństwa.
Jaka była i jest moja Litwa? A dokładniej mówiąc: moje Litwy, gdyż jawiła się ona w moim życiu w różnych jego okresach i w zmieniających się z czasem przebraniach i odsłonach. Poprzez wielorakie, powikłane związki literatury z rzeczywistością; tego, co wyobrażone z tym, co zobaczone i dotknięte; świata przetworzonego w fikcję, nierzadko poddanemu rytmowi poetyckiej składni, a z drugiej strony realnych faktów i konkretnych postaci; dokumentów historycznych, odsyłających ten kraj w zamgloną przeszłość, a także dotkliwej, raniącej aktualności, która wdzierała się i nieustannie wdziera z ekranów telewizora, z mediów społecznościowych, z gazet, z zasłyszanych wieści. Przejechałem Litwę wielokrotnie, wzdłuż i wszerz, zaglądając nawet do jej mniej znanych zakątków. Zwiedziłem jej zabytki, przeczytałem o niej dużo i sporo napisałem. Znalazłem również w tym kraju wielu oddanych przyjaciół. A jednak w tych wędrówkach imaginacyjnych i rzeczywistych najważniejsze pozostały dla mnie szlaki wyznaczone przez kilka lektur. Pewnie zbiegiem okoliczności owe wtajemniczenia w Litwę odbywały się u mnie wpierw poprzez opowieści inicjacyjne wygnańców, przywołujących pamięcią swoje dzieciństwo i młodość, które osnuwa rzednąca z upływem czasu mgła nostalgii. Poprzez Pana Tadeusza, Dziurę w niebie i Dolinę Issy. Przy czym niezależnie od przygód poznawczych głównych bohaterów równie ważną rolę odgrywało dla mnie społeczno-kulturowe tło, na którym się pojawili.
Twórczość Paula Celana jest efektem potężnej traumy oraz próbą osadzenia się w systemie jej destrukcyjnego działania. Stąd bierze się również myślenie o charakterze wpływu, jaki Celan wywarł na tych, którzy przyszli po nim. Oddziaływanie poety na późniejszych twórców związane jest z traumatyzującą siłą przekazu jego wierszy. Jest w pisarstwie autora Maku i pamięci coś hipnotyzującego i zagarniającego, jakiś krystaliczny odłamek, który tkwi głęboko w podskórnym doświadczeniu literatury drugiego (i trzeciego) pokolenia, a działanie owego odłamka jest symptomatyczne i odczuwalne []. Można powiedzieć: Celan to ciało obce literatury po Zagładzie, które wniknęło głęboko w tkankę tekstową i pozornie się z nią zrosło. Wystarczy jednak naruszyć to miejsce i okaże się, że w istocie chodzi o obszar wciąż bolesny i niezasklepiony. []
Niewątpliwie to zwrócenie wstecz stanowi rodzaj przywileju nabytego przez Renato Gabrielego mozolnym trudem i zgłębianiem wiedzy, ale nade wszystko doświadczeniem, cierpieniem, bólem niekoniecznie osobistym, gdyż z zasady poeta jest szczególnie predystynowany do dźwigania bólu świata i cierpień innych, aby mógł stać się męczennikiem a zarazem medium wydobywając na światło istotę tragiczności czasu przeznaczonego na nasze ziemskie przejście.
Fotografia z 1902 roku, na niej kamienica. I jej mieszkańcy, którzy niebawem znikną z pamięci. Dziadek wiedział tylko, że jego ojciec kupił kamienicę od Żyda, który potem wyjechał do Berlina. Nawet nazwisko poprzednich właścicieli domu nie zachowało się w rodzinnej pamięci. Gdy więc Michał Kuźmiński odkupił od niemieckiego antykwariusza starą fotografię rynku Golubia w ówczesnych Prusach Zachodnich, a widoczni na niej ludzie jakby na moment wrócili do życia wiedział już, że nie może przestać szukać. Z metryk, ksiąg wieczystych, archiwaliów i map, z odkrytych wspomnień i świadectw, odtworzył losy Israela Isacsohna i jego rodziny.To mikrohistoria na tle epoki o kupcu, który w XIX wieku budował w miasteczku swoją pozycję; o jego dzieciach, które przeżyły I wojnę światową i hiperinflację; o wnukach, które dosięgnęła Zagłada; i o odysei ocalałych. O oglądanej przez pryzmat maleńkiego Golubia i metropolitalnego Berlina katastrofie tamtego świata. I o poszukiwaniu jego okruchów.
Na krakowskim Kazimierzu, pustka po Żydach, którzy zostali wymordowani podczas II wojny światowej jest szczególnie widoczna i odczuwalna. Kazimierz obecnie jest pełen ludzi, gwaru, śmiechu, muzyki, zabawy do późnych godzin wieczornych, ale tak naprawdę jest jednak pusty, nie ma tu bowiem dawnych mieszkańców ani ich potomków, zniknął świat, który tworzyli, świat, który można odnaleźć na kartach ksiąg i w opowieściach nielicznych już świadków. Resztki tego świata zachowały się jeszcze wśród niewielkiej społeczności spotykającej się w szabat i w inne święta żydowskie w Synagodze Remu. Ten świat świat pełen muzyki, miał w sobie Leopold Kozłowski Kleinman i dopóki żył dzielił się nim obficie z nami którzy mieliśmy szczęście być przy nim. Jeśli zdarzy ci się trafić na krakowski Kazimierz idź na ul. Szeroką. Stań i nadstaw ucha. Jeżeli tylko zatrzymasz na chwilę pęd życia, ściszysz bicie serca, przy odrobinie szczęścia, możesz usłyszeć głos i melodie tego zaginionego żydowskiego świata. Jeżeli jednak ten eksperyment się nie powiedzie, możesz otworzyć tę książkę i wtedy już na pewno usłyszysz ten głos i te melodie. Marta Kozłowska-Woźniak, Wojciech Ornat
ICH TROJE 2002 Odbieram telefon Dziadek umiera krzyczy babcia Co? mówię Dziadek umiera. Wołaj tatę, niech przyjeżdża. Rozłącza się Po latach zapyta mnie, kto odebrał ten telefon Ja, czy siostra Ja odpowiadam nie pamiętasz? Pamiętam, że wsiadłem do samochodu Radio było włączone Leciało Wstań powiedz nie jestem sam Ich Troje I tylko to pamiętam
Laureatka Konkursu im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki 2025 Łódź miejsce urodzenia, moje miejsce na ziemi (nie tylko tej obiecanej): tu stoję, tu jestem, stąd pochodzę i stąd wychodzę. I łódź, którą płynę i którą wypłynęłam w świat. Jak się te łodzie/Łodzie mają do siebie? W ostatnim domykającym wersie książki: Łódź się przechyla wypada za burtę cóż to oznacza? Przekonajmy się, spróbujmy. Odczytajmy. Czytajmy Bronisław Majz Lutomierskiej na Bałutach
Każdej księgi jesteśmy przeżytą śmiercią jednej i tej samej księgi, mawiał. Zgłoska nas wiąże i zarazem zrywa nasze więzi. Której z nich będę zawdzięczał pewnego dnia mą wolność?Jednej tylko. Twojemu rozszarpanemu imieniu. Bóg zabił Imię, które Go zabiło.Drapieżna, o jakże drapieżna wolność. Jeśli El, lub ostatnią księgą, postawiłem ostatnią kropkę Księgi Pytań, to wraz z Księgą Podobieństw kończy się być może księga pewnego życia w księdze; lecz dokąd się zapuściłem?Wszelkie życie zderzone z wiecznością jest tylko krótkim życiem bez znaczenia. To nie życie nas pokona, lecz my je. Umrzemy z naszych rąk, naszej nicości i naszej winy.Każdy z naszych gestów jest skierowany przeciw życiu, jakkolwiek staramy się przekazać coś przeciwnego.W naszym pragnieniu życia udajemy, że nie wiemy, iż ciało i duch, za pośrednictwem zmysłów i myśli, są tylko uświęconymi chwilami śmierci; że wiedza jest tylko przynętą czuwającej pustki.A gdyby w tym leżało wyjaśnienie grzechu pierworodnego: wypalać aż do wiekowych pni zalesione aleje życia; zatykać popiołem, zgarnianym szuflami, coraz głębszy otwór śmierci?, pisał reb Assayas.Reb Simhon: Nie donosi się do końca. Znosi się zupełnie.
Antoni Zając wie chyba wszystko, co dziś można wiedzieć o Leo Lipskim. W jego osobie Niespokojni, powieść na przemian genialna i drażniąca, znaleźli wreszcie idealnego czytelnika. Anarchiwa i kryptografie po prostu kipią od najrozmaitszych odkryć: archiwalnych, interpretacyjnych, literaturoznawczych i filozoficznych. Zgłębiając tajniki przedziwnej powieści Lipskiego z tak niebywałą znajomością rzeczy, Zając napisał zarazem wielką, bardzo mądrą książkę o niepokoju, utracie i miłości no i o samym pisaniu. Adam Lipszyc Osiadły w Tel Awiwie tuż po ii wojnie światowej, schorowany i biedny, Leo Lipski miał jeden cel: ukończyć i wydać Niespokojnych powieść z czasów krakowskich, wyłącznie prawie erotyczną, w której cień katastrofy kładzie się na przedwojennym świecie młodości. Jej widmo odbiera piszącemu dostęp do czystych wspomnień naznacza piętnem zniszczenia rzeczywistość, która o swoim przyszłym losie nic jeszcze nie wie albo dopiero zaczyna go przeczuwać. Lipski dąży do rejestracji ulotnych, trudno uchwytnych w języku aspektów istnienia, które czynią je żywotnym i utrzymują w ruchu, sprawiając, że jest ono niespokojne, nieustępliwie pragnie bycia w świecie. Niespokojni to literackie archiwum przedwojennego życia, widzianego z perspektywy zmartwiałej, pogrążonej w kryzysie teraźniejszości. Pisarz posłużył się nie tylko wspomnieniami, lecz także własnymi utworami pisanymi w latach trzydziestych, czasem cytując ich długie fragmenty. Próbował w ten sposób zrekonstruować swój niewydany przedwojenny debiut.
Tylko liście Bezchmurnie Ani śladu deszczu, wiatru, mgły. Ani jednej typowo jesiennej chwili. Na termometrze stopni plus dwadzieścia trzy Dziwne Zaduszki w ten annus horribilis. Tylko liście rdzawozłote, tylko liście Tylko liście rzeczywiście się właściwie zachowały i z każdego spadły drzewa, pod stopami nam szeleszcząc martwo teraz 2022
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?