Lilie wydmowe były w tym roku rzadsze niż kiedykolwiek, schodząc na plażę skręcił więc w lewo, żeby sprawdzić czy w końcu zalśniły po swojemu, czyli pełnym, onieśmielającym blaskiem cynkowej bieli. W poprzednich latach rosły pojedynczo albo w małych gromadach, w przestrzeniach czystych i brudnych, bez różnicy. W lesie, w splendorach nasłonecznionych polan, przy kościółku, śmietniku, gdzie tylko chciały i gdzie same postanowiły, że będą. Trochę wszędzie. Jak gdyby uznając, że na świat właśnie przyszedł ich czas. Unikały tylko bezwzględnie miejskich trawników przeczuwając może, że ścisła ochrona, która łamiącym prawo każe płacić wysokie mandaty, nie ma władzy ich chronić. Lucjan był w nich zakochany od kiedy przyjechali pierwszy raz do Maremmy, kilkanaście lat temu. Tamtego razu pierwszego dnia nie było ich wcale, lecz już drugiego las zapłonął niezliczonymi paleniskami ich bieli. Od czasu tego nieoczekiwanego widowiska nauczył się czekać na nie, rozpoznawać, przewidywać poranki rozkwitu. Pierwszego lipca było na nie za wcześnie. W poszyciu ledwie tliły się nieoczywiste zwiastuny święta, na które liczył przez cały rok od wyjazdu, jak gdyby gniazda liści zielonożółtą opieszałością ćwiczyły go w cnocie wyczekiwania, dla jeszcze większej radości daru.
Co mówi mewa gdy na niebiekołuje w płynnej kaligrafiina odwróconej morza tafligdy niebo w morzu morze w niebie Co krzyczy mewa kiedy nagleprzeszywa sztychem krzyku obłoki skrzydłem białym gdzieś nad głowąwtóruje wiatru białym żaglom Nie znam języka co bez granicmilczą w nim morze i przestworzai nie zrozumiem za nic zanim znów nie odbije się twarz Bożaw tym niezmierzonym drżeniu morzaimmensi tremor oceani
"W słownikach terminów literackich możemy przeczytać, że makabreska to utwór literacki, w którym dominują elementy grozy, groteski i czarnego humoru. Warto też dodać, że należy ona do nurtu purnonsensu, a więc – jak to piszą producenci filmów – wszelkie ¬zawarte w nich podobieństwo do osób żyjących jest całkowicie przypadkowe. Zwłaszcza że w tym przypadku są to osoby nieżyjące.
Edward Gorey, którego obaj wielbimy, amerykański ilustrator i poeta, mistrz makabresek, uważał, że makabryczność jest wpisana w prawdziwy purnonsens, a ściślej, że tylko podszyty makabrą purnonsens jest wart uprawiania. Schubert twierdził, że nie ma wesołej muzyki; Gorey był zdania, że wesoły purnonsens nie istnieje. Ma on bowiem charakter egzystencjalny, a egzystencja wesoła przecież nie jest.
Jacek – gadatliwy malec –
wpadł pewnego dnia pod walec,
który rozgniótł go na placek.
Tak się przez to zmienił Jacek,
że i nawet domownicy
nie poznali go w kostnicy,
bowiem chłopiec ten pyskaty
nigdy nie był tak plaskaty.
Proszono po wielekroć Gosię,
by nie dłubała palcem w nosie.
Ta nie przejęła się prośbami;
dłubała dniami i nocami
zapominając o higienie,
i prosząc się o zakażenie,
które w przeciągu kilku dób
wpędziło krnąbrną Gosię w grób.
Michał Rusinek – literaturoznawca, tłumacz, pisarz, doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Były sekretarz Wisławy Szymborskiej. Specjalizuje się w teorii literatury. Jest adiunktem w Katedrze Teorii Komunikacji na Wydziale Polonistyki UJ. Od kwietnia 2012 r. jest prezesem Fundacji Wisławy Szymborskiej . W 2019 r. został powołany do składu Rady Języka Polskiego . Od 2020 r. współpracuje z Radiem Nowy Świat, „Gazetą Wyborczą’’, „Przekrojem’’ i „Twoim Stylem’’. Autor wielu publikacji z dziedziny teorii literatury, limeryków, wierszy i wierszyków także dla dzieci.
Sebastian Kudas – rysownik, ilustrator, scenograf Piwnicy pod Baranami. Zrealizował kilkadziesiąt scenografii do programów „Piwnicy”, również za granicą: w Sztokholmie, Oslo, Wiedniu, Chicago, Toronto czy Nowym Jorku, recitali artystów piwnicznych oraz filmu dokumentalnego o Wisławie Szymborskiej. Jako ilustrator współpracował z Jackiem Kaczmarskim, Ewą Lipską, Janem Nowickim, Janem Kanty Pawluśkiewiczem, Januszem Radkiem, Michałem Rusinkiem. Jest autorem ilustracji do tomików poezji miedzy innymi Wisławy Szymborskiej, Bronisława Maja czy Michała Rusinka. Współpracował z „Przekrojem’’, „Zwierciadłem’’, „Gazetą Wyborczą’’. Jest kuratorem wystawy „Szuflada Szymborskiej’’ w Muzeum Narodowym w Krakowie oraz „Szymborska – wyklejanki’’. Swoje rysunki prezentował na licznych wystawach polskich i światowych. W Austerii ukazał się tomik poezji Ewy Lipskiej Kocia trzynastka czyli sKotland Yard z rysunkami Sebastiana Kudasa.
"
Wersja dwujęzyczna Triest Przeszedłem całe miasto. Skręciłem potem w stromą ulicę z początku ludną, dalej pustą, zakończoną murkiem: zaułek, w którym sam teraz siedzę i myślę, że gdzie kończy się on, tam kończy się miasto. Triest ma opryskliwy wdzięk. Jeśli go lubisz, jest jak szorstki i zapalczywy łobuz o błękitnych oczach a dłoniach zbyt wielkich by podarować kwiat, jak zazdrosna miłość. Z tego zaułka każdy kościół, każdą ulicę widzę czy ona prowadzi na zatłoczoną plażę, czy na pagórek której na kamienistym wierzchołku uczepił się ostatni dom. Wokół każdej rzeczy wiruje aura dziwna, aura bolesna, aura rodzinna. Moje miasto, które w każdej części jest żywe, ma zakątek dla mnie, dla mojego życia, co zamyślone jest i wstydliwe. Trieste Ho attraversata tutta la citta. Poi ho salita unerta, popolosa in principio, in la deserta, chiusa da un muricciolo: un cantuccio in cui solo siedo; e mi pare che dove esso termina termini la citta. Trieste ha una scontrosa grazia. Se piace, e come un ragazzaccio aspro e vorace, con gli occhi azzurri e mani troppo grandi per regalare un fiore; come un amore con gelosia. Da questerta ogni chiesa, ogni sua via scopro, se mena allingombrata spiaggia, o alla collina cui, sulla sassosa cima, una casa, lultima, saggrappa. Intorno circola ad ogni cosa unaria strana, unaria tormentosa, laria natia. La mia citta che in ogni parte e viva, ha il cantuccio a me fatto, alla mia vita pensosa e schiva.
Upalny wrześniowy dzień 2011 roku: Restauracja w En Kerem, u wrót Jerozolimy: Felix je powoli. Z niedoścignioną pieczołowitością usuwa ości pstrąga, jedna po drugiej, oskrobuje je nożem, następnie śledzonym przez oczy wszystkich zebranych ruchem przesuwa kawałek ryby w stronę kupki ryżu, by unieść do ust widelec z nałożonym jedzeniem. Nasze talerze są już od dawna puste, espresso wypite, stojący na zewnątrz palacze są już po trzecim papierosie, kierowca wycofał się do autobusu i odchyliwszy do tyłu oparcie fotela zrezygnowany usiłuje uciąć sobie poobiednią drzemkę. Nawet muchy dopadło zmęczenie, nieruchomo siedzą na ścianie restauracji, choć talerz Felixa wciąż jest w połowie pełny. Nikt nie ponagla, wszyscy z uśmiechem i czułością obserwują Felixa. Wiecie przecież, na talerzu nic nie ma prawa zostać, mówi Felix. Wszyscy kiwają potakująco głowami: Nic nie ma prawa zostać. Jakie mieliście talerze? pyta Noah. I teraz każdy zaczyna opowiadać o swoim talerzu: większość miała blaszane, niektórzy drewniane, zaś Kazikowi przypomina się Alex, berliński Żyd z jego baraku, któremu ktoś ukradł łyżkę, choć była bardzo dobrze ukryta. Jak pies, mówił Alex, pochylony nad talerzem, z którego siorbał cienką zupę. Jak pies. Wszyscy kiwają głowami, a Felix je. Kierowca chrapie w autobusie.
Anat Gov zaprasza nas na sesję terapeutyczną z niezwykłym pacjentem, który oczekuje uzdrowienia w ciągu 60 minut, jakie zostały do końca świata a przedstawia się jako Bóg. Pogrążony w depresji, nie ma już siły dłużej czuwać nad światem, który, stworzył. Czterdziestokilkuletnia matka niepełnosprawnego dziecka podejmuje w końcu decyzję, że spróbuje. Jaki jest Bóg i dlaczego cierpi na depresję? Co doprowadziło go do takiego stanu na przestrzeni dziejów? Jak wygląda stworzenie świata i człowieka z perspektywy smutnego, załamanego Boga i co dla niego znaczy historia Hioba? Anat Gov z delikatnym humorem zadaje trudne pytania, porusza tematy znane nam z Biblii przedstawiając je w zupełnie innym świetle. Ciekawe, dowcipne dialogi, zaskakujące zwroty akcji, oryginalne pomysły Boże mój! to komedia mówiąca w sposób prosty o poważnych sprawach, trzymając w napięciu i wprowadzając zarazem w dobry nastrój. Warto uczestniczyć w takiej sesji, żeby poczuć empatię dla pacjenta, któremu od nadmiaru łez zabrakło chusteczek higienicznych, i przekonać się o jej skutkach: burzy na pustyni; usłyszeć pierwsze słowo wymówione przez autystycznego chłopca; i może w coś uwierzyć.
Corte Polacca e unavventura ironica, onirica, a tratti commovente, ambientata tra la disillusa, stagnante, Venezia e la frenetica Varsavia in continua trasformazione e crescita. Due realta apparentemente antitetiche che sono lo scenario in cui si muove Checco, funambolico protagonista di queste pagine, che, durante i suoi racconti, ci prende per mano per farcele scoprire, con lo sguardo incantato di chi e capace di connetterle superando i limiti temporali e fisici. Checco e un fumettista, a suo modo un personaggio caricaturale, intriso di tic e idiosincrasie irrefrenabili, malinconie e fantasie futuriste, dotato di un fulminante senso della battuta, infiammato da frequenti irritazioni, che, tra partite a Risiko e amore sviscerato per i suoi gatti, sopravvive alla pressante quotidianita varsaviana, alle aspettative di un mondo familiare cui non si sente di appartenere, cosi come alle struggenti nostalgie per una Venezia viva e abitata di cui oggi resta solo un amaro ricordo. Unesistenza che viene scossa da una distopica, comica, avventura alla corte polacca del Re Poniatowski, in un passato idealizzato popolato da tanti personaggi italiani, tra cui i veneziani Casanova e Bellotto.
Mieszkają w naszych domach, chronią się w naszych sprzętach, żywią przy naszym stole. Nie dostrzegamy ich obecności, choć nieraz możemy ją odczuć. Nie wymagają od nas wiele, zaabsorbowane swoimi własnymi sprawami.
Ich świat jest równie szeroki, jak nasz, a historia bodaj czy nie bogatsza. Przywędrowały z południa i północy, z zachodu i wschodu. Z krain i czasów uznawanych za pogańskie do krajów chrześcijańskiej Europy. Zbyt drobne i niezauważalne, by stanowić zagrożenie dla nowej wiary, chętnie ukryły się w baśniach, opowiastkach dla dzieci i bajaniach starych ludzi. Niepozorne, ubogie, trochę śmieszne stworzenia, które można obłaskawić okruchami ciasta i miseczką mleka.
Zwykłe ubożęta.
Nie ma w nich nic zwykłego, jeśli tylko pozna się ich historię i obyczaje. Wtedy jesteśmy świadomi ich obecności, tego, że są wśród nas: podpróżki i kanapony, użłopki i oćmaki, spańce i śmiechulce, stukacze i złydnie. Nie zawsze dobrotliwe i pomocne, bywają też smutne i groźne.
Niezwykłe półbożęta.
Dhammapada, dzieło niezwykle popularne, otaczane wielką czcią przez wyznawców Dharmy Przebudzonego, jest dla nich od ponad dwóch tysięcy lat kompendium doktrynalnym, życiowym przewodnikiem, księgą mądrości i duchową skarbnicą. Ale nie tylko dla nich, zawiera bowiem również mądrość ponadczasową i ponadkonfesyjną, z jaką stykamy się obcując z wielkimi starymi kulturami sumeryjską, babilońską, egipską, chińską, żydowską, grecką, rzymską. Dhammapada jest zbiorem 423 strof mających postać aforyzmów, maksym bądź gnomów sapiencjalnych. Napisana została w pali, blisko spokrewnionym z sanskrytem języku średnioindyjskim, w którym spisano na Cejlonie w I w. p.n.e., za króla Wattagamaniego tak zwany Kanon Palijski, najpełniejszy i bodaj najstarszy korpus doktrynalny buddyzmu therawady (zwanego też często południowym albo palijskim). Kanon Palijski, buddyjska księga święta, składa się z trzech tak zwanych koszy (pal. pi?aka) Winaja, Sutta i Abhidhamma; Dhammapada znajduje się, jako osobna kolekcja, w podzbiorze Khuddakanikaja zbioru środkowego (Sutta).
W tej śmiało napisanej książce, łączącej niezgłębioną mądrość z żywym, często pełnym humoru stylem pisania, Sally Berkovic zaprasza czytelników, by włączyli się w proces „oswajania dyskursu śmierci”. Wychodząc od obrazu czynności pogrzebowych dokonywanych na jej własnym martwym ciele, czerpiąc ze swej historii osobistej i rodzinnej, szerokiej wiedzy o judaizmie i żydowskich tradycjach oraz z najbardziej aktualnych doświadczeń pandemii, Berkovitz inspiruje, uczy i służy radą w zakresie różnych spraw związanych ze sferą śmierci. To cenny wkład w dyskusję nad zagadnieniami dotyczącymi każdego z nas.
Judy Klitsne
Sally Berkovic – wykładowczyni w London School of Jewish Studies. Jest córką pochodzących ze Słowacji ocalałych z Holokaustu, wychowywała się w Melbourne. Mieszkała w Nowym Jorku i Jerozolimie, w 1993 przeprowadziła się do Londynu. Od 2009 roku pełni funkcję Chief Executive Officer Fundacji Rothschilda na Europę. Pisze teksty, dotyczące zazwyczaj pozycji kobiety żydowskiej we współczesnym świecie, które publikuje na swojej stronie internetowej: www.sallyberkovic.com.
Marcin pisał limeryki do ostatniej chwili, czekając na lekarską wizytę w przychodni i zanosząc się od postcovidowego kaszlu. Gdy stracił przytomność, osunął się z krzesła i umarł, notes upadł pewnie obok niego na zabłoconą posadzkę. Ratownicy i policjanci zabezpieczyli go jako dowód rzeczowy. Bo jeśli ktoś umrze w miejscu publicznym, jest podejrzenie o współudział strony drugiej, trzeciej, czwartej, słowem wielu ukrytych pod pozorami normalności bandytów. Ponura biurokratyczna procedura ciągnęła się tygodniami. Koniec końców odzyskałam notes na posterunku policji/milicji i przepisałam z niego część limeryków. Stały się jego ostatnim głosem. Świat zna Marcina jako filmowca, reżysera dokumentów i animacji, filmoznawcę, fotografa, historyka i krytyka sztuki, dziennikarza, wydawcę, autora książek o filmie i sztuce dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, eksperta od bluesa i historii filmu animowanego, dyrektora międzynarodowego festiwalu filmowego, profesora kilku uczelni w Polsce i Stanach, świetnego przyjaciela, podróżnika i znakomitego kucharza. Ale żeby kolaże? I wierszyki? Jednej i drugiej pasji oddawał się trochę potajemnie, kiedy spałam, a arteria przy naszym domu cichła. Miłość do rymowanek odziedziczył może po mamie, która też w dyskrecji rymowała. Z absurdalnego humoru Edwarda Leara, Lewisa Carrolla, Hilairego Belloca, czy Algernona Charlesa Swinburnea przebija dowcip z cicha pęk, tak bliski Marcinowi; jego zamiłowanie do dadaizmu, Fluxusu, wszystkiego i wszystkich, którzy patrzą na rzeczywistość z przymrużeniem oka. Limeryki sprośne, limeryki polityczne, wierszyki głupie i poetyckie to antidotum na, chodzące zwykle w parze, zło i powagę. Oby ta książeczka stała się dla czytelników tym, czym była dla nas piosenka Monty Pythona Always Look on the Bright Side of Life; Always Look on the Bright Side of Death, którą śmiejąc się przez łzy śpiewaliśmy nad jego grobem. Niech wierszyki wywołają wzruszenie i śmiech. I zachowają pamięć o autorze o ułamek sekundy
Pewien znamienny refleks naszej romantycznej przygody rozegrał się w ostatniej dekadzie lat 80. XIX wieku. Otóż w Galicji pojawiła się konieczność i szansa postawienia pomników Mickiewicza (stulecie urodzin). Na pomnik krakowski zbierano we wszystkich zaborach. Stąd jedno z rozstrzygnięć odbywało się w Warszawie. Jury warszawskiemu rzeźbiarz Antoni Kurzawa zaprezentował projekt Mickiewicz budzi geniusza poezji. Istotnie, na modelu wieszcz szarpał za połę anioła jak, nie przymierzając, w swoim czasie papieża. Projekt odrzucono jako nieprawomyślny. Wówczas autor wziął młotek i na oczach publiki rozwalił dzieło. Wkrótce potem dokonał życia w przytułku.
Dlaczego opowiadam tu tę znaną w Krakowie historię? Otóż gdyby profesor Maria Janion była rzeźbiarką (kto wie, bliski jest jej żywioł formowania), na jej projekcie geniusz poezji budziłby wieszcza. Pierwiastek ludzki jest bowiem ważniejszy od literatury. Taki pomnik usunąłby warstwę papieru, która dzieli emocje od słowa.
(Fragment eseju Duch i skandal)
"Marzenia są ciekawsze od jakiegokolwiek filmu. Tekst, który proponujemy czytelnikom ze Stanisławem Janickim, czytamy dziś z prawdziwym zdumieniem. Cóż za bezczelna pewność siebie, co za pomieszanie pojęć. Jaki chaos projektów i nadziei. A jednak to ja jestem wtedy. Więcej, właśnie z tego wyrosłem, i to kim jestem dziś, całkowicie wyłania się dla uważnego czytelnika z tych filmowych (i nie tylko filmowych) marzeń". – Andrzej Wajda
"Chcieliśmy, żeby to była opowieść, a nie rozprawa, analiza, wiwisekcja. Ta książka powstawała przez pięćdziesiąt lat, czyli pół wieku! Wydaje mi się, że nie była to tylko moja niezwykła przygoda, ale śmiem przypuszczać, że była ona i dla Andrzeja Wajdy czymś interesującym i wartym kontynuacji, mimo zaskakujących trudności najróżniejszego autoramentu ? od czysto osobistych, środowiskowych po historyczne, wręcz przełomowe". – Stanisław Janicki
Stanisław Janicki – pisarz, dziennikarz, scenarzysta, wybitny znawca, krytyk i historyk kina. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Doktor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu. Przez wiele lat pracował jako redaktor miesięcznika "Film". Był autorem cyklicznego programu telewizyjnego pt. "W starym kinie". Wykładowca akademicki, autor wielu artykułów i książek o tematyce filmowej. Mieszka w Bielsku-Białej.
Czekać na kobietę W agonii oczekiwania na kogoś, kto się nie zjawia, jest pewna przyjemność, jakaś porywająca namiętność, która przypomina smak przegranej w grze, żeton po żetonie, minuta po minucie. Tą przyjemnością doprawiałem teraz moje myśli, opierając się o murek z napisem: KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE?, z fotografiami żołnierzy. Czas mijał, a Marty nie było widać, tutaj, koło kiosku z napojami, gdzie wedle obietnicy miała się ze mną spotkać. Nie nadchodziła, a ja z gorzką zachłannością myślałem o jej ciele wydzielającym różne substancje, o jej plwocinach, sączących się płynach, jej pocie, łzach, wysiękach, o krwotokach skazanej na upływy krwi, o jej triumfalnym krwiopluciu. Jakie to dziwne, zakochać się w ciele, które je, wydziela, wypróżnia się: gęsto pokryte kosmkami, kubkami smakowymi, wysepkami Malpighiego Nazwy z mojego przedwojennego liceum, które sobie teraz powtarzałem, odnajdując je ponad zgiełkiem minionych lat, by badać geologię tego wilgotnego grobowca ciała z wnikliwością generała, który w przeddzień inwazji pochyla się nad mapą nieprzyjacielskiego terytorium Pogrążony w myślach, zobaczyłem ją nagle jak przechodzi przez ulicę, zdziwiony nie tylko z powodu jej ostrożnych kroków i dwukrotnego spoglądania za siebie, ale dlatego, że zjawiła się z innej niż przypuszczałem strony, z bocznego zaułka, który nie wiadomo skąd prowadził. Bardzo nadłożyłam drogi powiedziała przepraszająco i dodała żartobliwie musiałam buscar el levante por el poniente. W tramwaju był Panzera, czarny duch doktora Grifeo, który mnie nie spuszczał z oka, miałam wrażenie, że mnie śledzi. Zauważyłem mimochodem, że nie nazwała Chudzielca Wielkim Chudzielcem, więcej uwagi poświęciłem natomiast jej sukience z liliowej organdyny w białe kropki, z której wystawały chude, nagie ramiona, i linii jej szyi, jej twarzy, zarazem sennej i dumnej, ze źrenicami podobnymi do spłoszonych motyli i pięknymi wygiętymi wargami, w których każde słowo brzmiało jak melodia dawnej pawany.
„Książka Marka Tuszewickiego jest bez wątpienia nowatorska. Zebrany w niej materiał porównawczy jest wyczerpujący i znakomicie oddaje medycynę ludową Żydów aszkenazyjskich. Nakreślone przez niego wierzenia i praktyki zdrowotne oddają ich bogactwo z licznymi powiązaniami kulturowymi i znaczeniami. Są wręcz wzorcowym katalogiem środków i metod leczniczych właściwych kulturze Żydów w środkowej Europie”.
Dr hab. Leszek Hońdo
„Marek Tuszewicki zrekonstruował przekonania i działania odnoszące się do koncepcji zdrowia, choroby, śmierci, reguł klasyfikacji symptomów schorzeń, ich nazywanie, tabu słów. Opisał przekonania o anatomii, fizjologii i patologii, znaczenie dla lecznictwa związków duszy i ciała, traktowanie choroby jako «okazji» do oczyszczenia duszy z grzechu, spopularyzowane w tradycjach żydowskich stare teorie mikro- i makrokosmosu, traktowanie człowieka jako przekroju bytów. Z tym przedstawił związki konceptualizacji chorób z zasadami ich zwalczania, regułami wyboru środków roślinnych i zwierzęcych jako leków. Napisał o patologii humoralnej, astrologii, życiu regulowanym systemami zakazów i nakazów religii, tradycji i obyczajów, których nierespektowanie skutkowało grzechem, chorobą, nieszczęściem, o personifikacji chorób, o związkach lecznictwa z demonologią, czarownictwem, o magicznych sposobach zwalczania nieszczęść”.
Prof. dr hab. Zbigniew Libera
Ależ to jest dynamit! Umysł jak brzytwa, język jak szwajcarski zegarek, tempo koszykarskie, a temat na wagę życia lub śmierci. Nawet jeżeli część z tych tekstów znacie, to wielu najlepszych zapewne nie, bo Sadurski często chowa je w niszowych wydawnictwach. Świetna okazja, by je w tym zbiorze przeczytać. Jacek ŻakowskiPolityka, Collegium Civitas, TOK FM Ostrzegam, że jako fan Autora mogę być nieobiektywny. Wojciech Sadurski w latach pisowskiego mroku pozostaje jasnym światłem. Mało jest dziś osób o takiej cywilnej odwadze. Nie sztuka powtarzać prawda. Sztuka tej prawdy bronić, także w sądzie, gdzie Wojtek notorycznie jest przez władze ciągany. Jego teksty w obronie praworządności, demokracji i wolności obywatelskich znalazły się oto w jednym tomie. To dobrze. Takie świadectwo nie powinno ulegać rozproszeniu. Tę książkę każdy świadomy obywatel powinien mieć, czytać i nosić w sercu. Jarosław KurskiGazeta Wyborcza Blisko 20 lat temu Wojciech Sadurski opublikował zbiór publicystki Liberałów nikt nie kocha. Polska od tego czasu się zmieniła. Przedstawiciele partii rządzącej najchętniej zamknęliby usta Sadurskiemu oraz rzucili go na pożarcie armii trolli i podporządkowanych sędziów. Jednak dla obrońców demokracji Wojciech Sadurski stał się jednym z największych polskich patriotów. Wykorzystując swój potężny aparat badawczy, każdego dnia tłumaczy, wyjaśnia i ostrzega, dlaczego musimy bić się o wolność i nigdy nie możemy odpuścić. dr hab. Adam Bodnarprof. Uniwersytetu SWPS
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?