Etiopia to jeden z najbardziej fascynujących krajów świata. Można się tu poczuć jak w niebie odwiedzając wykute w skałach wspaniałe kościoły Lalibeli spowite mistyczna aurą, okrzyknięte 8 cudem świata. Albo zejść do piekła i przeżyć oddech ziejącej ogniem, bulgocącej lawą pustyni Danakil, najgorętszego miejsce na naszej planecie. W Etiopii ukryta jest też podobno Arka Przymierza, tutaj Nil Błękitny tworzy spektakularne wodospady, a w dolinie Omo żyją plemiona, które do dziś w niezwykły sposób ozdabiają swoje ciała. Jest ona wreszcie ojczyzną kawy, bez której nie wyobrażam już sobie, podobnie jak zapewne i wy, udanego początku dnia.
Choć wielu Europejczykom wydaje się to nieprawdopodobne, w XXI wieku można umrzeć za wiarę w Jezusa Chrystusa. Dyskryminacja i prześladowanie chrześcijan przybiera na świecie coraz większe rozmiary, a ich obszar występowania rozciąga się zarówno na wschód, jak i na zachód od Wiednia. Wystarczy powiedzieć, że w tym stuleciu zginęło z rąk oprawców 263 biskupów, księży, zakonnic i katechetów tylko wyznania katolickiego, a 75 procent wszystkich aktów dyskryminacji jest skierowanych przeciwko wyznawcom Chrystusa. Dzisiejsze wspólnoty chrześcijańskie znalazły się między młotem a kowadłem: młotem są komunistyczne dyktatury i muzułmański fundamentalizm, a kowadłem – obojętność na czynnik religijny typowa dla zachodniego laicyzmu. Czynnik „chrześcijański” okazuje się drażniący zarówno tam, gdzie należy do mniejszości, jak i w polityczno-kulturowym otoczeniu europejskim.
Przedstawiciel OBWE ds. walki z rasizmem, ksenofobią i różnymi formami dyskryminacji – Mario Mauro wraz ze współpracownikami opisuje przykłady dyskryminacji i prześladowań chrześcijan nie tylko w krajach islamskich, komunistycznych, na Cyprze, w Turcji i w Indiach, ale także w zachodniej Europie.
To nie bollywoodzki sen – to relacja, która obnaża blaski i cienie życia prostytutek i tancerek erotycznych jednej z największych metropolii świata.
Namiętność i przemoc na tle ognistych barw, wśród odurzających zapachów, w obliczu olbrzymich kontrastów, niesprawiedliwości i walki o przetrwanie za wszelką cenę – oto realia nocnego życia Bombaju.
Faleiro, potomkini portugalskich kolonizatorów z prowincji Goa, odsłania kolejną, nieznaną stronę Indii. Przenika do „półświatka” i rejestruje tamtejszy night-life, którego wnikliwym zapisem jest bestsellerowa i wielokrotnie nagradzana Ślicznotka.
To opowieść nie tylko o bombajskim „półświatku”, ale też o wielokulturowości, wieloetniczności i skrajnie zhierarchizowanym kastowym społeczeństwie indyjskim.
To nie bollywoodzki sen ? to relacja, która obnaża blaski i cienie życia prostytutek i tancerek erotycznych jednej z największych metropolii świata.
Namiętność i przemoc na tle ognistych barw, wśród odurzających zapachów, w obliczu olbrzymich kontrastów, niesprawiedliwości i walki o przetrwanie za wszelką cenę ? oto realia nocnego życia Bombaju.
Faleiro, potomkini portugalskich kolonizatorów z prowincji Goa, odsłania kolejną, nieznaną stronę Indii. Przenika do ?półświatka? i rejestruje tamtejszy night-life, którego wnikliwym zapisem jest bestsellerowa i wielokrotnie nagradzana Ślicznotka.
To opowieść nie tylko o bombajskim ?półświatku?, ale też o wielokulturowości, wieloetniczności i skrajnie zhierarchizowanym kastowym społeczeństwie indyjskim.
Czyta Hanna Kinder-Kiss.
Czyta: Marcin Popczyński.
Czy człowiek może być traktowany jako towar i podlegać prawom popytu i podaży? Antonio Salas udowadnia, że tak, bo sam był tego świadkiem.
Jako dziennikarz śledczy, specjalizujący się w reportażu wcieleniowym, przenika w szeregi mafii, by od środka obserwować brutalny świat prostytucji i jego ofiary – kobiety.
Na przykładzie tragicznych losów kilku bohaterek pokazuje mechanizmy działania i bezwzględność bossów tego bardzo opłacalnego biznesu. To oni, posługując się groźbą, przemocą i manipulacjami, czynią z kobiet współczesne niewolnice seksualne.
Ujawniony przez autora proceder nie jest tak rzadki, jak chcielibyśmy sądzić, tym większe robi wrażenie odwaga Salasa, który przez rok udawał handlarza ludźmi, szukając mrocznych powiązań i dowodów przestępstw. Opisał je właśnie w tej książce i w rezultacie do dziś ukrywa swoją tożsamość, ponieważ grożono mu śmiercią. W okrutnym świecie, w którym przebywał, nie ma miejsca na litość...
Sięgając po ten tytuł warto mieć na uwadze, że – jak wynika z szacunków Parlamentu Europejskiego – rocznie ok. 15 tys. osób związanych z Polską jako krajem pochodzenia, staje się ofiarami handlu ludźmi, również w kontekście prostytucji. To bolesna statystyka.
Rekordowe wysokości, rekordowe prędkości, zdobycie siedmiu najwyższych szczytów kontynentów i 14 ośmiotysięczników - wszystko w wydaniu kobiet. Hettie Dyrenfurth, Wanda Rutkiewicz, Gerlinde Kaltenbrunner, Junko Tabei, Lynn Hill - to tylko niektóre postaci opisane w pierwszej kompleksowej pracy na temat historii kobiet w górach.
Cała Polska milczy. Ofiary księży pedofilów mówią.
W tej książce polscy katolicy opowiadają jak w dzieciństwie padli ofiarami księży pedofilów. Opowiadają o samotności, bólu i lęku przed reakcją otoczenia, rodziny i samego Kościoła. Dwanaście świadectw daje kłam przekonaniu, że problem pedofilii nie istnieje w polskim Kościele.
Dlaczego ofiary boją się mówić? Dlaczego media chronią chorych księży, a pomijają odpowiedzialność biskupów? Dlaczego nie ma reakcji instytucjonalnej, jak w innych krajach? Dlaczego wierni akceptują sytuację, w której nie wiadomo gdzie w Kościele kryją się pedofile?
Książka jest skierowana do wszystkich tych, którzy zadają sobie te pytania i chcą się dowiedzieć jak w innych krajach problem pedofilii w Kościele jest rozwiązywany.
Autor od ponad dziesięciu lat jest korespondentem holenderskich i belgijskich mediów w Polsce.Lękajcie się
Spis treści:
Zamiast wstępu
POLSKA MILCZY
Nie w Polsce?
Liczmy, o ile to możliwe
Obrona Kościoła
Gdzie media?
Doświadczenia nie tak daleko od Polski Lękajcie się
OFIARY MÓWIĄ
Blizna
Diabeł
Omerta
Domniemanie niewinności
Plują mi w twarz
Protestant
Pod klucz
Ratował mnie proboszcz
Nie było Teleranka
Zapłata
Kleks
Biskup wie
Wyrusz w podróż życia i otwórz swoje serce na serca innych.
Gdy biblijny patriarcha Jakub uciekał przed gniewem swego brata Ezawa, nie zdawał sobie sprawy, że czeka go niezwykła wyprawa. Dramatyczne okoliczności jednak nie przeszkodziły, by właśnie tam, nie w rodzinnych stronach, Bóg objawił się Jakubowi. Dziś podróżowanie może odbywać się w mniej dramatycznych okolicznościach, ale cel pozostał ten sam.
Podróż do Ziemi Świętej Jacka Święckiego to coś więcej niż turystyczna przygoda. To pielgrzymka śladami patriarchów, sędziów i proroków. To wreszcie poszukiwanie siebie, odnajdywanie innych i nadzieja na Spotkanie. Jedyne w swoim rodzaju.
Stanisław Rakusa-Suszczewski urodził się w 1938 r. Studia ukończył w 1961 r. na Wydziale Biologii i Nauki o Ziemi Uniwersytetu Warszawskiego. Doktorat obronił w 1968 r. w Olsztynie. Po trzykrotnym uczestnictwie w radzieckich i amerykańskich wyprawach antarktycznych stopień doktora habilitowanego uzyskał w 1975 r. w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Zainicjował i współorganizował pierwszą wyprawę na statkach „Profesor Siedlecki” i „Tazar”, która zapoczątkowała samodzielne polskie badania naukowe w Antarktyce i sprowadziła na łowiska antarktyczne polską flotę rybacką. W 1976/77 r. był inicjatorem i kierownikiem wyprawy, która założyła stację im. Henryka Arctowskiego. Kierował naukowo pięcioma wyprawami morskimi statku r/v „Profesor Siedlecki” do Antarktyki. W latach 1986-88 był doradcą przy budowie antarktycznej stacji Hiszpanii Juan Carols I. Za swoją działalność w kraju i współpracę międzynarodową otrzymał odznaczenia polskie, amerykańskie, hiszpańskie i czeskie. Tytuł doktora honoris causa nadały mu Rosyjska Akademia Nauk i Akademia Rolnicza w Szczecinie. Jest członkiem korespondentem PAN.
Stanisław Rakusa-Suszczewski przetłumaczył trzy książki będące dziennikami wypraw polarnych do Antarktyki i Arktyki z początku XIX wieku autorstwa kapitanów F. Bellingshausena, J. Lisiańskiego i O. Kotzebue. Prezentowana pozycja – utrzymana również w konwencji dzienników – opisuje polskie, rosyjskie i amerykańskie wyprawy polarne, w których autor uczestniczył od 1960 do 2009 r. Książka stanowi dokument burzliwych losów, sukcesów i porażek naukowca oraz stanu i roli nauki w dwóch różnych systemach politycznych w Polsce. Jest to historia naszej działalności polarnej pisana w sposób bardzo osobisty, upamiętania wielu ludzi i ogromną liczbę zdarzeń. Barwnym podróżom towarzyszą opisy ciężkiej pracy w warunkach nocy polarnej, w samotności i izolacji. Autor popularyzuje wiele tematów naukowych z wypraw badawczych i związków polskiej nauki, gospodarki i polityki z krajami świata zainteresowanymi eksploracją i eksploatacją zasobów Antarktyki, do których dołączyła Polska dzięki założeniu stacji im. Henryka Arctowskiego i przystąpieniu do Układu Antarktycznego.
To zderzenie sposobu myślenia, doświadczeń, wrażliwości dwóch kobiet. Jednej: nieco kontrowersyjnej, zaczepnej, często atakowanej w tabloidach, ale też niezwykle lubianej przez widzów i czytelników, mimo jej hedonistycznego i nieco egoistycznego podejścia do życia. I drugiej: prawie czterdzieści lat młodszej, trochę nawiedzonej poetycznej czarownicy-anielicy, dziennikarki o szerokich horyzontach myślowych.
Jerzy Turowicz: Wiślna 12 – Tygodnik Powszechny – Kraków – Polska – świat. To niezwykłe, jak szerokie kręgi zataczały działania tego skromnego człowieka. Ta obszerna praca ma przypomnieć – również poprzez kampanię promocyjną – niezwykłą historię Tygodnika Powszechnego, jego Szefa, redaktorów, współpracowników i całego środowiska, a nade wszystko „tygodnikową” myśl. Teraz można w jednym tomie poznać najważniejsze teksty Tygodnika, które zmieniały Polskę i Polaków. Dowiedzieć się o dramatycznych decyzjach redakcyjnych i politycznych, ale i zabawnych, codziennych zdarzeniach. Poznać inną historię Krakowa i polskiej kultury. Ta barwna, anegdotyczna opowieść wiedzie czytelnika od czasów komunizmu do pierwszych lat wolnej Polski. Przez stalinizm i wybuch nadziei roku 1956. Wielki sobór w Kościele katolickim. Dramat kampanii antysemickiej w marcu 1968. Wybór papieża-Polaka. Fenomen Solidarności… I jeszcze blisko półtorej setki biogramów polskich intelektualistów, ludzi kultury i mediów z różnych kręgów, którzy związali się z Tygodnikiem. W tym takich osobowości jak ks. Karol Wojtyła, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Herbert, Leopold Tyrmand czy Paweł Jasienica… A nad wszystkim górujący, uśmiechnięty Jerzy Turowicz, który potrafi też być człowiekiem twardym. To podróż przez pismo, przez historię najnowszą Polski, ale i przez życiorysy ludzi Tygodnika
W świecie kabaretu istnieje kilka prawd oczywistych. Jedna z nich jest tak oczywista, że musimy ją powtórzyć: kabaret to ludzie. Nietypowi, nietuzinkowi, humorzaści, inteligentni i błyskotliwi, twórczy i pracowici, utalentowani i zwariowani, jednym słowem niezwykli. Kontakt z nimi na scenie, ale także poza nią, bywa nie lada przeżyciem, dlatego chcemy ofiarować Państwu piętnaście takich spotkań. Współczesne osobowości polskiego kabaretu rozmawiały z nami o tym, co jest ważne dla każdego z nas. O przyjaźni, marzeniach, sławie, sztuce, seksapilu, podróżach i życiowych celach. I wielu innych, ciekawych rzeczach. Do rozmów zaprosiłyśmy: Artura Andrusa, Abelarda Gizę (kabaret Limo), Marcina Wójcika (kabaret Ani Mru Mru), Roberta Górskiego (Kabaret Moralnego Niepokoju), Grzegorza Halamę, Agnieszkę Sobańską (kabaret Jurki), Joannę Kołaczkowską i Dariusza Kamysa (kabaret Hrabi), Mariusza Kałamagę (kabaret Łowcy.B), Roberta Korólczuka (Kabaret Młodych Panów), Tomasza Jachimka, Władka Sikorę (kabaret Potem i inne) Ireneusza Krosnego, Filipa Jaślara (Grupa MoCarta) i Piotra Bałtroczyka.Zobaczcie, czego nie wiecie o kabarecie.
Z około 2300 łódzkich ulic nazwy pamiątkowe związane z osobami posiada nieco ponad 700 ulic, placów, alei i skwerów. Ich patronami zostawali bojownicy o niepodległość Polski z różnych okresów historycznych, powstańcy, bohaterowie czasów I i II wojny światowej, a po 1989 roku ?żołnierze wyklęci?, ludzie kultury i nauki, działacze społeczni i polityczni, święci i duchowni. Wśród nich pojawiają się również postaci literackie, biblijne oraz legendarne.Łódź ? miasto pełne niespodzianek ? i w tej dziedzinie zaskakuje. W mieście są np. dwie ulice tego samego króla Bolesława ? Śmiałego i Szczodrego Michała Wołodyjowskiego i Małego Rycerza, Piasta i Piasta Kołodzieja.Książka Patroni łódzkich ulic składa się z dwóch części: pierwsza ukazuje proces kształtowania się nazewnictwa łódzkich ulic i polityki historycznej prowadzonej przez władze Łodzi i centralne od XIX wieku po czasy współczesne drugą tworzą biogramy patronów w większości uzupełnione unikatowymi fotografiami.Publikację uzupełniają wykazy ulic, placów i parków, których nazwy zostały zmienione w okresie transformacji po 1989 roku, oraz indeks osobowy.
Przyznaję, gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, nie mogłam w to uwierzyć. Natychmiast pobiegłam do apteki po drugi test i tłumaczyłam nieco zdziwionej farmaceutce, że poprzedni, który mi sprzedała, na pewno źle zadziałał. Drugi pozytywny wynik wywołał lawinę płaczu, a po niej telefon do przyjaciółki. Werdykt ginekologa, do którego mnie zabrała, okazał się jednoznaczny: trzeci tydzień ciąży. Nie muszę chyba wyjaśniać, że nie planowaliśmy dziecka, nie planowaliśmy również, że urodzę je w Nowej Zelandii, odległej od Polski o prawie osiemnaście tysięcy kilometrów, czyli -z mojej perspektywy - położonej na końcu świata.
Kiedy udało mi się przejść przez trudny proces usamodzielniania się, otrzepywania z dobrych porad i lekkiej histerii, że moja córeczka Jena roz-padnie się i zepsuje podczas kąpieli lub przytulania, rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam matki w parku: Nowozelandki, Maoryski, Japonki, Filipinki i Angielki. I nie mogłam przestać się zastanawiać, jak to możliwe, że niektóre z nich, niezrażone widmem zapalenia płuc (bez względu na pogodę!), nie zakładają czapek swoim nowo narodzonym dzieciom. Umieszczają je w chustach przymocowanych do pleców i nie obawiają się, że będą miały skoliozę czy deformację bioder. Z kolei dwulatki biegają boso po trawie, gdy ich rodzice chodzą opatuleni w grube swetry. To wtedy zadałam sobie pytanie o moje przekonania dotyczące pielęgnacji i wychowania dzieci. Tak zaczęłam się spotykać z matkami innych narodowości, by dowiedzieć się, jak one radzą sobie z wyzwaniami macierzyństwa.
Asrini z Indonezji w czasie ciąży i przez pierwszy rok życia dziecka nie opuszczała domu po zmroku i co rano trzymała swoją nowo narodzoną córkę do góry nogami. Shweta powiedziała mi, że hinduskie noworodki przychodzą na świat z owłosieniem na całym ciele, dlatego w Indiach peeling to podstawa pielęgnacji niemowląt. Według Sai w Japonii to honor urodzić naturalnie
i bez znieczulenia, podczas gdy w większości krajów Ameryki Południowej cesarskie cięcie uznaje się za bezpieczniejsze od naturalnego porodu.
Bez wątpienia się różnimy, ale z drugiej strony, natura i nasze ciała nadają nam wspólny rytm, który później wtłaczamy w ramy metod, tradycji i wierzeń. Jesteśmy w ciąży tak samo długo, niezależnie od tego, jakich cyfr i kalendarzy używamy do obliczeń. Okres połogu i obowiązujące podczas niego zasady również są dyktowane biologią i w wielu, jakże odległych od siebie, regionach mówi się o czterdziestu dniach odpoczynku po porodzie. Kamienie milowe dziecięcego rozwoju leżą w tych samych miejscach, chociaż opieka nad niemowlętami w każdym zakątku świata wygląda inaczej. Książka ta mówi o ciąży, porodzie, połogu, metodach pielęgnacji i wychowania dzieci w różnych krajach. Jednak przede wszystkim zabiera w podróż po wewnętrznym świecie kobiet, opowiada o ich macierzyńskich doświadczeniach w kontekście zwyczajów i tradycji praktykowanych w ich rodzinnych domach. Moje liczne spotkania z matkami różnych narodowości zaprowadziły mnie do miejsca, w którym zdałam sobie sprawę, że znane mi święte zasady pielęgnacji czy wychowania bywają sprzeczne z tym, co radzi się w innych krajach. Świadomość ta sprawiła, że poczułam się swobodna w swoich wyborach, zyskałam także dystans do własnych przekonań, a to uczucie wolności jest naprawdę wspaniałe. - od autorki
Mama dookoła świata
Spis treści:
Od autorki
Zimne nóżki, czyli opowieści japońskich mam
Skazane na jedynaka, czyli opowieści chińskich mam
Peeling dla noworodka, czyli opowieści hinduskich mam
W jednym łóżku, czyli opowieści filipińskich mam
Łatwiej jest urodzić we własnej pościeli, czyli opowieści ormiańskiej mamy
Nie pytaj mnie, kiedy urodzę, czyli opowieść litweskiej mamy
Saga rodu Siren, czyli opowieści norweskiej mamy
Mój bohater tata, czyli opowieść kubańskiej mamy
Down under, czyli przystanek Nowa Zelandia
Podziękowania
Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie to niezwykłe świadectwo wypraw Marka Kamińskiego na krańce świata dosłownie i w przenośni. Autor przedstawia swój dziecięcy rejs do Danii i Maroka, młodzieńczą podróż po Europie, na Spitsbergen, Grenlandię, biegun północny i południowy, Kilimandżaro, Atlantyk, Pustynię Gibsona w Australii, absolutnie wyjątkowy wyjazd z niepełnosprawnym Jaśkiem Melą na bieguny Ziemi, „Z Polą przez Polskę” i zimowy spływ Wisłą. Miłość, wiara i nadzieja, wzloty i upadki, determinacja, siła i słabość człowieka w sytuacjach ekstremalnych – o tym pisze. I jak niemożliwe staje się możliwe.
Marek Kamiński - polarnik, podróżnik, filozof. Pierwszy na świecie zdobył w jednym roku dwa bieguny Ziemi bez pomocy z zewnątrz: 23 maja 1995 roku wraz z Wojciechem Moskalem dotarł na biegun północny, a 27 grudnia 1995 roku zdobył samotnie biegun południowy. Uczestnik wypraw w różne zakątki świata, m.in. na Pustynię Gibsona, Kilimandżaro i Atlantyk. Zasłynął także z podróży na bieguny z niepełnosprawnym chłopcem, Jasiem Melą. Ma w swoim dorobku dziesięć książek.
Otrzymał wiele nagród i wyróżnień, między innymi statuetkę Chopina „Za Sławienie Polski i Polaków”, został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Wałęsę. Uzyskał wpis do Księgi Rekordów Guinnessa w dziale „Ludzkie Możliwości”.
2% z każdego sprzedanego egzemplarza książki zostanie przekazane na statutową działalność Fundacji Marka Kamińskiego.
Utrzymana w konwencji bestsellera Candice Millard, River of Doubt, książka Zaginione plemię to opowieść przygodowa o przetrwaniu, poszukiwaniach i odkryciach. Mówi o niezwykłej podróży w najdalsze zakątki Amazonii w poszukiwaniu jednego z ostatnich na Ziemi ?plemion bez kontaktu?. W tej pisanej w pierwszej osobie fascynującej relacji z przygód i walki o przetrwanie, fotoreporter ?National Geographic?, Scott Wallace, podąża razem z 34-osobową grupą w głąb niezbadanych rejonów Amazonii, poznając sekrety lasu deszczowego i równocześnie przybliżając się coraz bardziej do ewentualnego spotkania z tajemniczymi flecheiros ? ?Plemieniem Strzały? ? rzadko widywanym szczepem sprawnych łuczników, o których wiadomo tyle, że bronią swoich ziem deszczem śmiercionośnych strzał, a następnie wtapiają się z powrotem w cienie lasu.
Książka Zaginione plemię, bogata w informacje biologiczne i antropologiczne oraz mogąca pochwalić się gronem conradowskich bohaterów ? każdym z nich kieruje żarliwe pragnienie ocalenia dzikich terytoriów, ale każdego dręczy też strach, podejrzenia i rozpaczliwe pragnienie przetrwania ? ożywia dla nas to ostatnie pole bitwy, jakim stała się Amazonia, wyjaśniając przy tym złożone kwestie dotyczące rdzennych plemion oraz ich znaczenie dla nas wszystkich.
Patron medialny:
National Geographic Polska
Oferta last minute: załap się na podróż do nieba
Miłośnik egzotycznych lotnisk i najgorszych hoteli Szymon Hołownia ? przemierzył setki tysięcy kilometrów, aby odkryć dla nas chrześcijaństwo na nowo.
Kardynał Maradiaga, kandydat na papieża, pilotował dla niego śmigłowiec w Hondurasie. Od księdza komandora US Navy na Guam dowiedział się, że w amerykańskiej armii też można zostać świętym. Miejsca spotkania z koptyjką Mariam nie ujawni nigdy ? w Egipcie wydano na nią wyrok śmierci za porzucenie islamu.
Dotknij chrześcijaństwa w jego niezwykłej różnorodności. Poczuj się częścią wspaniałej wspólnoty, żywej 24h na dobę.
Czy ktoś wierzy, czy nie, czyta się wybornie. Jak dla mnie ? najlepsza rzecz Szymona.
Marcin Prokop
Niezwykła podróż, tak geograficzna, jak i duchowa. Szymon zagląda w zakamarki duszy swoich rozmówców i to jest prawdziwa wartość tej książki.
Kinga Baranowska, himalaistka
Złotówka ze sprzedaży każdego egzemplarza książki zostanie przeznaczona na sierociniec Kasisi Children?s Home w Zambii.
Polecieć na drugi koniec świata, aby męczyć się długą jazdą na rowerze i żywić się kolejnymi porcjami makaronu z makaronem? Pedałować wiele dni przez zaśnieżone góry Alaski, czujnie rozglądając się za głodnymi niedźwiedziami? I w dodatku robić to za własne pieniądze, a co gorsza, dla przyjemności? Dla większości z nas to czyste szaleństwo, ale na szczęście nie dla Piotra Strzeżysza!Rozsiadłem się na niedużym placyku. Zajadałem konserwę, popijając jęczmienną nalewką, kiedy przysiadł się do mnie postawny, barczysty mężczyzna.
(...) skąd jesteś?
Z Polski.(...)
A sól w Polsce jest?
Sól? Tak, mamy sól. Dużo soli.
Dużo macie soli? Ale nie tyle, co w Boliwii, tutaj wszędzie sól.
Tak, tyle to pewnie nie mamy, ale też mamy dużo, tylko że nie w jeziorach.
Nie w jeziorach? Hmmm... A po ile w Polsce kilo soli?
Dwa dolary - mówię i patrzę, jak mężczyźnie zaświeciły się oczy.
Dwa dolary!! Puta madre! Jak mówiłeś? Polska? Jaki piękny kraj! Jadę, dwa dolary!
Puta madre! Daleko do tej Polski? Ile dni samochodem? Sąsiad ma ciężarówkę, załadujemy ją solą i wrócimy bogaci! Dwa dolary za kilogram! Tutaj całe jeziora soli, po horyzont! Powiedz, jak się jedzie do tej Polski? (fragment rozdziału Podróż przez Andy)
O książce:
Polecieć na drugi koniec świata, aby męczyć się długą jazdą na rowerze i żywić się kolejnymi porcjami makaronu z makaronem? Pedałować wiele dni przez zaśnieżone góry Alaski, czujnie rozglądając się za głodnymi niedźwiedziami? I w dodatku robić to za własne pieniądze, a co gorsza, dla przyjemności? Dla większości z nas to czyste szaleństwo, ale na szczęście nie dla Piotra Strzeżysza!
O autorze:
Autor po raz kolejny zadziwia nas swoim zapałem, energią i żelazną konsekwencją w dążeniu do celu. Jest przy tym rzadkim przykładem osoby wręcz emanującej otwartością na wszelkie przygody i chęcią poznawania nowych ludzi. Tym razem postanowił wyruszyć do obu Ameryk, a plonem tych wypraw jest książka opisująca, co przeżył, kogo spotkał na swojej drodze i dlaczego w życiu rowerzysty tak ważny jest tytułowy makaron.
Makaron w sakwach - fragment książki
Rozdział 2
Rankiem, po szybkim śniadaniu, zabrałem się za przygotowanie roweru do dalszej jazdy. Odczepiłem zbędne elementy, takie jak nóżka, dzwonek, światła z dynamem, przymocowałem bagażnik, prędkościomierz, zamocowałem sakwy, torbę na kierownicę i trąbkę. Część rzeczy, takich jak śpiwór, namiot i statyw, upchałem do dużego plecaka. Początkowo myślałem, że plecak zostawię komuś w parku, ale po namyśle postanowiłem go zabrać i większe gabarytowo rzeczy wieźć na plecach.
Na południe od Puerto Montt miałem do wyboru dwie drogi. Albo jechać bezpośrednio trasą zwaną Carretera Austral w stronę Argentyny, albo zwiedzić jeszcze po drodze wyspę Chiloe. Wybrałem tę drugą opcję, kierując się sugestiami sprzedawcy ze sklepu rowerowego, jak też informacjami z przewodnika. Czekał mnie krótki odcinek asfaltowej drogi na południe od miasta i potem kilkaset kilometrów bezdroży już po samej wyspie.
Głębszy oddech, kilka podskoków, parę wymachów ramionami i wreszcie ruszyłem. Obciążony rower nie sunął zbyt lekko. Pocieszałem się w myślach, że pierwsze metry zawsze są najgorsze. Wyjechałem za miasto. Ciepło, zdecydowanie zbyt ciepło i za zielono. Przecież miały być puste przestrzenie, skały i wiatr, jakaś egzotyka, namiastka chociaż, a tutaj krajobraz jak na Mazowszu.
Przerzutki w rowerze działały topornie, ale długich i stromych podjazdów na razie nie oczekiwałem, koła kręciły się znośnie, jechało się całkiem komfortowo. Nawet plecak na ramionach zbytnio nie przeszkadzał, pewnie zacznie po kilku dniach, wtedy go przepakuję.
Po kilkudziesięciu pierwszych kilometrach trzeba wreszcie się zatrzymać, rozprostować kości i coś zjeść. Siedziałem pod sklepem wgryzając się w wielką bułkę, gdy usiadł obok mnie mężczyzna. Miły, subtelny, po raz setny zasłyszane zdania jeszcze nie drażnią, tchną świeżością, człowiek chce odpowiedzieć, porozmawiać, usłyszeć, dowiedzieć się, posiedzieć chwilę, przystanąć, nie ma potrzeby się spieszyć, życie jest za krótkie, żeby się spieszyć.
Widzę, że słowo Polska wzbudziło w nim jakieś wspomnienia.
- Jesteś' z Polski? Dobrzy piłkarze, Deyna, Lato, pamiętam mecz z 1978, spuściliśmy wam wtedy lanie...
Mówię, że wtedy byłem jeszcze mały, do tego nie mieliśmy w domu telewizora i że teraz polscy piłkarze już nie tak dobrzy, zresztą, nie znam się.
— Tak, tak, to był piękny mecz — mężczyzna wyraźnie się ożywił. — Deyna nie strzelił karnego, gdyby strzelił, kto wie, może i byśmy przegrali wtedy.
Mówię, że kompletnie nie wiem i że to mnie naprawdę w ogóle nie interesuje.
- Nie interesuje cię piłka? A Maradonę znasz? Musiałeś coś słyszeć.
— Tak, słyszałem, Maradona bardzo znany w Polsce — odpowiadam.
- A widzisz, to trochę się jednak interesujesz piłką - pan znów się ożywił. - Maradona już nie ten sam, narkotyki go wykończyły, ale wyszedł na prostą, stary jestem, a jeszcze jego plakat w pokoju mam. Sport to piękna rzecz, nawet jak brudny, to i tak piękny.
Przytaknąłem i wgryzłem się w kanapkę.
- A po co ty tutaj właściwie przyjechałeś? - mężczyzna zmienił temat.
- W sumie to tak bez większego celu, ot tak, przejechać się kawałek rowerem w obcym kraju.
— To nie lepiej w domu zostać?
Patrzę na spalony nadgarstek, jakbym miał na nim znaleźć odpowiedź, łydka nie lepsza, wiatr niby chłodny, ale słońce pali mocno.
Opowiadam jeszcze trochę o Polsce, nie, wulkanów nie mamy, tak, morze jest, ale mniejsze, nie, na statkach nie pływałem, choć będąc dzieckiem rysowałem statki na mapie, nie wiem, chyba raczej nie chciałem być marynarzem, bardziej lotnikiem, ale uparcie rysowałem statki na mapie i kiedyś wypatrzyłem taki długi kraj na końcu świata, opływałem go in my mind's eyes, miał żółty kolor, nie wiem, czemu żółty, przemalowałem go na czerwony, może dlatego, że wulkany, a może dlatego, że po tamtej stronie, a zaświaty zawsze częściej kojarzyłem z l'enfer niż le ciel.
Kilka słów na pożegnanie, czas w drogę. Niby nie ma co się spieszyć, ale samo się nie przejedzie. I w końcu sam nie wiem, dlaczego nie skorzystałem z zaproszenia na nocleg, coś mnie pchało dalej, na południe.
W Pargua przesiadłem się na prom, który miał mnie zawieźć na wyspę Chiloe. Wsiadłem na pomarańczowy stateczek i szybko znalazłem się po drugiej stronie wąskiej cieśniny. Tego dnia nie przejechałem już zbyt wielu kilometrów. Skręciłem na zachód, w stronę Caulin i jadąc szutrową drogą, pokonywałem mozolnie dość strome, krótkie
wzniesienia. Zakres przełożeń nie był wystarczający na tyle, abym mógł podjeżdżać, często więc musiałem zsiadać z roweru i pchać go pod górę.
Przenocowałem pod Caulin, na łące, by następnego dnia ruszyć w stronę Ancud. Miasteczko, podobnie jak poprzednie, które mijałem, pełne było tęczowych domków / przepięknymi gontami z drzew araukariowych. Fioletowe, żółte, pistacjowe czy czerwone, mieniły się w słońcu wielobarwnymi kolorami. Siedziałem na nadbrzeżu i chłonąłem spokój płynący z morza.
Może się przejdę, spacer dobrze mi zrobi,-plaża cała pokryta algami i małżami. Może to przez te algi albo małże, ale nagle pomyślałem o jedzeniu, a potem przypomniałem sobie, że miałem przecież w Ancud spróbować miejscowego specjału, czyli curanto.
Curanto to lokalny przysmak, przyrządzany z małży, boczku, kurczaka, kiełbasy, ziemniaków i placków kukurydzianych, do tego przygotowywany w dość szczególny sposób. Otóż najpierw należy wykopać duży dół, którego dno wypełnia się rozżarzonymi do czerwoności kamieniami. Następnie kładzie się na nie owoce morza i ryby, które przykrywa się liśćmi rośliny zwanej pangue, choć podobno zamiennie można też użyć liści kapusty. Potem tworzy się kolejne warstwy, układając jeden po drugim składniki, takie jak mięso, warzywa i ziemniaki, pamiętając, by każdą z nich oddzielić liśćmi pangue. Na koniec wszystko szczelnie się przykrywa i dusi, jak w ciśnieniowym garnku.
Podejrzewam, że curanto, które zamówiłem w niedużej restauracji, było przygotowane mniej wyszukanymi metodami, ale i tak smakowało wyśmienicie. Wygrzebałem tylko niektóre owoce morza, które nie wiem czemu, wyglądały, jakby jeszcze żyły, a resztę pochłonąłem ze smakiem.
I kto wie, może to dzięki małżom na obiad, a może to wiatr tak mi sprzyjał, ale tego dnia udało się pokonać aż dziewięćdziesiąt pięć kilometrów, co napawało mnie wielkim optymizmem, zważywszy, że część drogi, z uwagi na brak odpowiednich przełożeń, pokonywałem pchając rower pod strome wzniesienia.
Miasteczko Castro miało zakończyć moją przejażdżkę po wyspie Chiloe. Według informacji z jednego z przewodników powinny z niego odpływać promy na główny ląd. Niestety, połączenie pomiędzy wyspą a lądem zostało zawieszone, a kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś konkretnego w biurze informacyjnym, pan poradził, abym sobie wyszukał informacje w internecie, dodatkowo płatnym.
Po godzinie poszukiwań udało mi się ustalić, że na szczęście nie muszę wracać do Puerto Montt. Leżące na południu wyspy miasteczko Quellon oferowało połączenia promowe ze stałym lądem. Należało tylko mieć nadzieję, że uda mi się kupić bilet, bowiem według informacji z internetu, wyprzedano już wszystkie na najbliższe dwa tygodnie. [...]
Autor uczestniczył w wyprawie "Long Walk Plus Expedition" śladami polskiego oficera, Witolda Glińskiego i jego towarzyszy, którzy w lutym 1942 roku uciekli z syberyjskiego łagru przez Mongolię, Tybet, Nepal. Podróżując pieszo, konno oraz rowerem trzej reporterzy przebyli trasę, którą siedemdziesiąt lat temu przebyli uczestnicy wielkiej ucieczki.
Wyprawa miała za cel przywrócić pamięć o tej niezwykłej historii, a także oddać hołd wszystkim Polakom, zesłanym na "nieludzką ziemię", z których wiele pozostało tam na zawsze.
Tomasz Grzywaczewski ? łodzianin, z rozsądku absolwent prawa, a z pasji dziennikarz i podróżnik. Z Berberami w górach Atlas jadał kuskus z jednej miski, a na bezkresnych stepach zażywał mongolską tabakę. Rzecznik prasowy Explorers Festival, jednego z największych na świecie festiwali gór, przygody i sportów ekstremalnych. Stały współpracownik działów podróżniczych we "Wprost" oraz "Dzienniku. Gazecie Prawnej". Wraz z Bartoszem Malinowskim i Filipem Drożdżem uczestniczył w wyprawie "Long Walk Plus Expedition", śladami polskiego oficera, Witolda Glińskiego i jego towarzyszy, którzy w lutym 1942 roku uciekli z syberyjskiego łagru przez Mongolię, Tybet, Nepal.
Przepis na rower to relacja z podróży, której celem jest zaprojektowanie i skonstruowanie roweru marzeń. Po drodze Robert Penn zgłębia kulturę, naukę i historię roweru. Od Stoke-on-Trent, gdzie w rzemieślniczym warsztacie budują dla niego ramę, przez Kalifornię, ojczyznę roweru górskiego, gdzie Robert szuka idealnego koła, po Portland, Mediolan i Coventry, miejsc narodzin współczesnego roweru - w każdym punkcie podróży snuje opowieść o miłości do jazdy na rowerze. To historia o doskonałych częściach ? takich, które wyznaczają standardy niezawodności, kunsztu i piękna. Książka opowiada o tym, jak rower zmienił bieg ludzkich dziejów, począwszy od wynalazku ?rumaka ludu? po jego rolę w emancypacji kobiet, i od inżynierskiego geniuszu koła ze szprychami po nieprzemijający urok wyścigu Tour de France. To opowieść o tym, dlaczego jeździmy na rowerze i czemu ta prosta maszyna nadal ma tak wielkie znaczenie w naszym życiu.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?