Czy można napisać filozoficzną książkę z przymrużeniem oka i na dodatek w sposób trafiający do szerokiej publiczności?
Tomasz Mazur, filozof, stoik, wykładowca ze stopniem doktora w Instytucie Filozofii UW, ulubieniec mediów, za swój cel postawił upowszechnienie stoickiej myśli i pokazanie, że nauka Marka Aureliusza może być bardzo współczesnym narzędziem życia.
Robi to w sposób przebiegły, a miejscami nawet pikantny ? tworząc postać Tony?ego Kysto, którym może być każdy z nas.
Fiasko to przewrotny antyporadnik, który pokazuje wykroczenia współczesnego człowieka przeciwko samemu sobie, prowadzące go do klęski. W trzynastu rozdziałach ? Nie lubić siebie, Uważać, że inni nas nie lubią, rozpamiętywać przeszłość, robić zbyt wiele rzeczy na raz, stawiać sobie zbyt ambitne cele, romansować, pogrążać się w lęku, wieść jałowe życie, nie szukać dla siebie pomocy, nie starać się dogadać z innymi ludźmi ? autor stawia bezkompromisową diagnozę i odpowiada na pytania: Jakie są powody naszych niepowodzeń? Czemu marnujemy życie?
Opowieść można odczytać na wielu poziomach. Z jednej strony ? na tym zupełnie podstawowym: jako zabawną relację z nieudanego, marnego życia ? ale też można ją zinterpretować głębiej, np. jako zachętę do postawy stoickiej lub przewrotną próbę pokazania, że warto sobie radzić z przeciwnościami.
Fiasko to także obraz współczesnych społeczeństw, które pochłania konsumpcjonizm, rosnąca niepewność i brak wartości, a ludzka egzystencja pozbawiona jest sensu ? przedstawiony w ironiczny i parodiujący poradniki sposób.
Daleko byśmy odbiegli od tematu niniejszej książki, gdybyśmy chcieli rozważać objawione Prawdy Boże i wchodzić w ocenę komentarzy ludzkich. Łatwo przedstawić sobie można uśmiech lekceważącego pobłażania na ustach uczonych w Piśmie ojców Kościoła, z jakim traktują dyskusję teologiczną dyletanta, który podejmuje się przyznawać jednym rację, wytykać błędy innych w sprawach stanowiących temat dla laika niedostępny, przez rzeczoznawców, w łasce i niełasce Ducha św., debatowanej od dwóch bez mała tysięcy lat.
To nie jest celem tej pracy. Celem jest zarejestrować fakty dla laika dostępne, oczywiste dla oka, świadomości i sumienia prostego człowieka, aby podjąć próbę ustalenia rzeczy, jak się one mają w ich stosunku do obecnej rzeczywistości ziemskiej.
Józef Mackiewicz
Wznowienie Zwycięstwa prowokacji, różniące się jednak od poprzednich wydań londyńskich, bowiem poszerzone przez wydawcę o uzupełnienia, które autor przygotował w 1981 roku, zamyślając kolejne wydanie książki i analizując materiał egzemplifikacyjny. Owe uzupełnienia Józefa Mackiewicza, poza zaprojektowaną przez autora funkcją ilustracji wywodu i rolą argumentacyjną, są dziś dla piszących o literaturze emigracyjnej czy o poglądach pisarza istotne o tyle, że nie pozwalają mieć wątpliwości co do negatywnych Mackiewiczowskich ocen elementów historii najnowszej tak istotnych, jak ruch ?Solidarności? czy pontyfikat Jana Pawła II w sferze politycznych jego oddziaływań. Do chwili obecnej zdarzało się, że różnie spekulowano na temat stanowiska Mackiewicza w tych kwestiach ? pojawiały się nawet próby dowodzenia, że pisarz spojrzałby inaczej (tzn. w zgodzie z powszechną w Polsce opinią) na bieg najnowszych zdarzeń, gdyby dane mu było np. prześledzić rozwój i zasięg oddziaływań papieża-Polaka. Spekulacje takie znajdowały rację bytu, gdyż ?drażliwe? poglądy pisarza pozostawały ukryte w nie publikowanej korespondencji. Teraz, dzięki dołączeniu do Zwycięstwa... autorskich uzupełnień, sytuacja zmienia się zasadniczo, a sfera interpretacyjnych dowolności znacznie się zawęża.
Nikt nie rodzi się zorientowany seksualnie na tę samą płeć. Ludzie stają się homoseksualistami w wyniku wydarzeń, przez jakie przeszli w swym dzieciństwie. Mogą to być wydarzenia związane z wykorzystaniem seksualnym lub zerwaniem prawidłowych relacji wewnątrz rodziny.
Szczególnie ważna jest tu rola rodziców. Jest ona bowiem czymś więcej niż zwykłym przekazywaniem wzorców zachowań i postaw. Liczy się głęboka więź łączącą rodziców z ich dzieckiem. Dzięki niej tożsamość płciowa w dziecku może zostać właściwe obudzona i odpowiednio pokierowana we wzroście. Dr Moberly podkreśla, że na rozwój tendencji homoseksualnych ma wpływ:
- zerwanie więzi z rodzicem tej samej płci
- przemoc rodzicielska, emocjonalna lub fizyczna nieobecność rodzica
- śmierć, choroba, zaniedbanie
- obciążanie dzieci osobistymi problemami rodziców.
Zerwanie więzi z rodzicami może zablokować zdolność dziecka do budowania autentycznej zażyłości z drugą osobą i do identyfikacji z własną płcią, co z kolei uniemożliwia bezpieczny rozwój płciowości. Gdy w końcu osoby zmagające się z homoseksualnymi skłonnościami uświadomią sobie, że u źródeł ich orientacji kryje się ta naturalna dziecięca potrzeba bliskości, wówczas zaczynają rozumieć, że wyrażają swoje pragnienia w fałszywy sposób. Ta świadomość staje się punktem wyjścia do odzyskania wolności i pomaga w zaspokojeniu swoich potrzeb we właściwy, zdrowy sposób. Gwoździem konfliktu, jaki w swym wnętrzu przeżywają osoby zmagające się z homoseksualizmem, jest bowiem fakt, że nie rozumieją, iż innych ludzi nie można używać do tego, by zastąpili im utraconą w dzieciństwie relację z matką lub ojcem.
Tej walki nie można wygrać w pojedynkę. Potrzeba jest pewnego towarzysza, który nie będzie podsycać homoseksualnej iluzji. Jest nim Bóg, gdyż tylko On może prawdziwie przekonać człowieka o tym, co dzieje się w jego duszy. Niezbędna na tej drodze jest też obecność wierzących ludzi, którzy będą wspierać osobę pragnącą uwolnienia z homoseksualizmu.
Rytm życia zawiera eseje z pogranicza filozofii i medycyny, rozważające mechanizm powstawania i rozwoju patologicznych form ludzkiego postępowania w różnych sytuacjach życiowych np. sprawowania władzy czy uwięzienia. Antoni Kępiński (1918-1972)- legendarny lekarz, jeden z najwybitniejszych polskich psychiatrów i filozofów współczesnych, życie poświęcił bez reszty chorym psychicznie, dwa lata przed śmiercią, nieuleczalnie chory, zapisał przemyslenia wieloletniej praktyki lekarskiej. Tak powstały klasyczne nie tylko w psychiatrii, ale i we współczesnej humanistyce książki: Psychopatologia nerwic, Rytm życia, Schizofrenia, ż psychopatologii życia seksualnego, Melancholia, Lek, Psychpatie.
Czy w XXI wieku powstało nowe, sieciowe społeczeństwo, buntujące się przeciwko starym niewydolnym strukturom państwa tkwiącego ciągle w XX, a nawet XIX wieku? Książka Edwina Bendyka została zainspirowana protestami przeciwko porozumieniu ACTA, choć pracę nad nią autor rozpoczął już wiele lat temu. Obserwując przemiany społeczne i kulturowe w Polsce i na świecie zadawał sobie pytania o to, jak nowe formy uczestnictwa w kulturze, które umożliwia m.in. Internet mogą przełożyć się na nowe formy mobilizacji społecznej i politycznej. Pytanie o możliwość zrywu znalazło szybko odpowiedź. Nikt nie przewidział skali i intensywności manifestacji organizowanych głównie przez ludzi młodych o różnych przekonaniach politycznych, o różnym statusie społecznym, mieszkających w miastach dużych i małych. To pierwsza taka mobilizacja w III Rzeczpospolitej. "Czy Polska przetrwa do 2030 roku?" to kluczowe pytanie książki. Oczywiście pytanie to nie jest prognozą, lecz zachętą do refleksji nad światem, w którym najważniejsze role odgrywać będą dzisiejsi protestujący z ulic polskich miast. Co zrobić, by nie zmarnować ich energii i umiejętności?
Pierwsza w Polsce książka o tańcu współczesnym. Spojrzenie na jego korzenie oraz proces rozwoju, a także związki z innymi dziedzinami sztuki. Do tego sylwetki najważniejszych twórców. Niezastąpiony przewodnik po eksperymentach, których podmiotem jest ciało w ruchu. Różnorodne zastosowanie: jako podręcznik, ale i do poduszki. Dla początkujących, jak też zaawansowanych. Pozycja obowiązkowa.
Premier. Tajemnica Poliszynela to książka z internetu. Została bowiem oparta na cyklu fikcyjnych relacji z życia rządu, które już od półtora roku rozśmieszają czytelników na popularnym serwisie społecznościowym Twitter. Autor książki, ukrywający się pod nickiem Znienacek, wciela się w rolę zaufanego współpracownika premiera. Wysoka pozycja daje mu możliwość zaglądania za kulisy władzy próbującej w coraz bardziej absurdalny sposób radzić sobie z trudami rządzenia. W jego opowieści przewija się korowód postaci znanych nie tylko ze świata polityki - obserwujemy premiera w przeróżnych formalnych i nieformalnych sytuacjach, podczas narad z ministrami, spotkań z prezydentem czy gospodarskich wizyt w kraju i za granicą. Znienacek nie ukrywa swojego uwielbienia dla przełożonego i nie zwracając uwagi na chichot czytelników, maluje mocno podretuszowany portret szefa rządu. Premier nie zalicza porażek, miewa wyłącznie sukcesy, jest nieomylny, sprawiedliwy i gotów do największych poświęceń dla kraju. Społeczeństwo ufa mu bez zastrzeżeń. Czytelnicy na Twitterze natychmiast wychwycili ironiczny styl, mocno absurdalny humor i liczne nawiązania do bieżących wydarzeń. A spisane w tej książce perypetie niezastąpionego premiera i jego świty stały się przypowieścią o otaczającej nas, coraz bardziej nienormalnej, polskiej rzeczywistości.
Ta książka jest rozmową i spotkaniem dwóch osób, które wiele różni, ale łączy wola dialogu, pragnienie poznania i zrozumienia. To zetknięcie się dwóch światów, dwóch punktów widzenia i dwóch osobowości, które podejmują próbę określenia, czym w istocie jest niepełnosprawność i wykluczenie.
Kristeva i Vanier wierzą w potrzebę dokonania cywilizacyjnej korekty. Oboje zdają sobie sprawę, że ?Kościół podupada i zajmuje coraz mniej miejsca w naszych społeczeństwach i w umysłach ludzi?. Trzeba budować nowy humanizm, taki, w którym ?wiara religijna niekoniecznie będzie miała swoje miejsce?. Będą go tworzyć ateiści razem z wierzącymi, w imię wartości wspólnych dla humanizmu i Ewangelii. O tym mówi ta książka. Na tym polega jej rewelacyjność. Ten dwugłos nie ma odpowiedników na polskim gruncie. Vanier mówi głosem, jakiego nie słychać w naszym Kościele. Kristeva ma inną perspektywę niż polski neo-ateizm. To są głosy przyszłości, w które warto się wsłuchać.
z przedmowy Tadeusza Sobolewskiego
Julia Kristeva znana lewicowa intelektualistka pisząca po francusku i mieszkająca we Francji, zainteresowana szczególnie rolą kobiety, a także opcją na rzecz ubogich i niepełnosprawnych obecną na różne sposoby w historii Kościoła. Zaangażowana w ruch społeczny walczący o podmiotowość osób niepełnosprawnych. Prywatnie matka upośledzonego umysłowo mężczyzny.
Jean Vanier założyciel rozsianych po całym świecie wspólnot L?Arche, w których osoby upośledzone żyją i pracują razem z opiekunami różnych narodowości, kultur i wyznań. L?Arche dokonała ?przewrotu kopernikańskiego?: Do tej pory mówiliśmy, że należy pomagać ludziom ubogim, lecz L?Arche daje świadectwo o tym, że to ubodzy nam pomagają.
Najbardziej oczekiwana książka roku!
Jerzy Stuhr znów pisze! Wydawnictwo towarzyszy znanemu aktorowi w kontynuowaniu pracy literackiej. Po historiach rodzinnych – wyznania osobiste, z trudnego czasu dla aktora. Gdy jesienią 2011 roku pojawiła się informacja o poważnej chorobie Jerzego Stuhra, cała Polska wstrzymała oddech. Uwielbiany przez publiczność aktor rozpoczął walkę o życie... i zaczął pisać. W zeszycie podarowanym przez córkę niemal każdego dnia, w szpitalu i w domu, w każdej wolnej chwili spisywał swoje myśli, refleksje i obserwacje. Tak powstał niezwykły dziennik, który jest nie tylko zapisem walki, ale też świadectwem miłości do życia. We wszelkich jego przejawach.
Jerzy Stuhr komentuje w "Tak sobie myślę..." aktualne wydarzenia polityczne w Polsce i Europie, czasem z przekąsem, a czasem bardzo serio śledzi wydarzenia sportowe. Ale najwięcej miejsca poświęca kulturze. Pisze o swej karierze i swej aktorskiej misji, zastanawia się, co to znaczy być aktorem we współczesnym świecie. Momentami zamienia się nawet w krytyka filmowego i dogłębnie analizuje oglądane filmy.
A choroba? Oczywiście jest, ale jakby w tle. Jerzego Stuhra najbardziej zajmuje to, co za szpitalnymi oknami. Im bliżej końca książki, tym coraz dłuższe odstępy między notatkami. Zaznacza się w ten sposób powrót aktora do życia zawodowego, a tym samym zbliża się do końca ta niezwykła rozmowa Jerzego Stuhra z samym sobą i czytelnikiem równocześnie.
O autorze
Jerzy Stuhr – (ur. 1947 r.) jeden z najpopularniejszych i najbardziej wszechstronnych aktorów polskich, reżyser filmowy i teatralny, w latach 1972-1991 związany z krakowskim Teatrem Starym, wykładowca krakowskiej PWST i rektor tej uczelni, jest laureatem wielu prestiżowych nagród, członek Europejskiej Akademii Filmowej przyznającej Felixy.
Tak sobie myślę – fragment książki
GLIWICE, 10 X 201 I
Dziwny nastrój! Dlaczego akurat dzisiaj pociągnęło mnie to pióro? No ale skoro pociągnęło, to brnijmy w te strzępy, migawki, skrawki tego, co jeszcze być może dane będzie mi przeżyć. Dzisiaj jest pierwszy dzień po wyborach. Zacznie się może coś nowego. Zwycięzcy! Daję wam szansę. Będę was też śledził przez cztery lata - jeśli dożyję. Po raz kolejny zaczynam wszystko od nowa. Tym razem jest to poważna walka o życie. Teraz nie ma już moich dokonań, uznania u publiczności, pozycji, popularności. Jestem tylko ja i choroba. I jest jeszcze moja żona Basia. Poświęciła mi się całkowicie. Choruje razem ze mną. Jest październik. Dajemy sobie czas do maja na pokonanie choroby. Jeśli nam się uda, oczywiście. Wierzymy w to głęboko, mimo że Basia ma z pewnością więcej złych wieści od różnych zespołów lekarskich. A więc i ta moja pisanina do maja. Tak się ze sobą umawiam, bo potem już muszę wrócić. Ma-rianko, nie stracę siły.
Ale jakoś mimo choroby mam coraz wyraźniejsze poczucie, że okres mej aktywności mija i nawet - co dziwniejsze - nie tęsknię za nim, pozwalam mu odejść. Role zagrane, kilka myśli osobistych rzuconych do ludzi w postaci filmów - studenci wyuczeni gorzej, lepiej, ale jednak, setki wywiadów udzielone, nagrody odebrane, paręset metrów czerwonych dywanów przechodzone, nic mnie nie gna.
Pomału, z własnej woli, zamieniam się w obserwatora rzeczywistości. I może dlatego warto dla samego siebie to zapisać.
Profesor Bardini kiedyś, w wywiadzie, na pytanie: „Co pan robił przez ostatnie dziesięć lat?", odpowiedział: „Przygotowywałem się do starości". Podoba mi się. Jestem w fazie przygotowywania. Zbieram książki, których nie zdążyłem przeczytać, filmy nieobejrzane, rozmowy z najbliższymi nieprzeprowadzone, wyznania miłości nigdy z braku czasu, nastroju, skupienia niewypowiedziane. Jest co robić!
Całe młode i dojrzałe życie służyłem ludziom. Bawiłem, wzruszałem, szokowałem. Teraz myślę, żeby ludzie posłużyli trochę mnie. Ale tylko trochę, abym mógł ich obserwować, wyciągać i układać z tej obserwacji swoje fantazje. Przyglądać się ludziom - oto rnoja rozrywka.
GLIWICE, II X 201 I
Niepotrzebnie napisałem wczoraj, że będę śledził polityków. Przez następną kadencję. Właściwie mało mnie to obchodzi, czasem jeszcze śmieszy. Ważne staje się to, co blisko wokół mnie, i jak to we mnie przenika, co powoduje.
Specjalnie piszę piórem w zeszycie podarowanym mi przez córkę w trudnych dla mnie chwilach. Właściwie robię to dla niej, i myślę, że w ten sposób mój Megalomanio nie pogna mnie z tym do Wydawnictwa Literackiego czy Znaku.
Kiedyś, przemierzając wraz z moją Marianną ponure, pełne boleści korytarze gmachu Centrum Onkologii, modliłem się: Boże, daj, żeby ta choroba przeszła na mnie, ja już sobie pożyłem, świat zobaczyłem, sukcesy odniosłem, a przed nią wszystko stoi otworem, do zdobycia. I sprawdziło się! Wysłuchano! Ona jest zdrowa, spodziewa się dziecka, a ja przemierzam korytarze w Gliwicach. W kwietniu 2012 Marianna urodzi nam wnuczkę lub wnuczka. Zacząłem przygotowania do tej premiery. Muszę być w formie.
Tak sobie obiecywałem, że nie podrażnia mnie już polskie prowincjonalne aktualności. No i nie da rady, nie potrafię... kiedy czytam dzisiaj w „Gazecie Wyborczej", że polski GWIAZDOR jest oskarżony o handel kobietami. Okazuje się, że jest to GWIAZDOR... Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym (SIC!). On gwiazdor i ja poniekąd gwiazdor. I to „G. W", nie jakaś tam szmata. Przypomniałem sobie - to taki obleśny facecik z kitką, warkoczykiem. Czekał zawsze na mnie pod Grandem w Łodzi, szedł za mną kilkadziesiąt metrów, żeby wszyscy widzieli, że niby to my, gwiazdorzy, na przechadzce, a kumpel robił mu zdjęcia.
Boże! Daj, żeby nigdy już w tym kraju nikt nie nazwał mnie gwiazdorem. To jeszcze jeden powód, aby zająć już pozycję obserwatora.
GLIWICE, 12 X 201 I
Zaczynam się bać młodych. Nie młodzieży. Młodzieży często zazdroszczę - beztroski, spontaniczności, pocałunków na Plantach, zazdroszczę w taki, powiedzmy, gombrowiczowski sposób. A kto to są ci młodzi, których się boję? Zacznę od banalnych obserwacji: boję się tych, którzy nie kłaniają mi się na korytarzu w szkole, chociaż wiedzą, kim jestem (a może nie?), tych, którzy w tramwaju nie ustępują miejsca pani w moim wieku, tych, którzy nie znają słowa „przepraszam", którzy robią „co chceta". A z poważniejszych spraw: tych się boję, którzy zaczynają zastępować mnie w zawodzie, którzy gardzą moją opinią na temat naszej profesji - człowieka teatru, którzy moje opinie wyśmiewają, czasem publicznie, którzy moich argumentów a priori nie przyjmują, nie daj Boże, jak jeszcze będę się starał dowodzić, że płyną one z doświadczenia - to już budzi pusty śmiech, dla których moja argumentacja już nie jest po prostu anachroniczna (to jeszcze bym zrozumiał), ale śmieszna i głupia, których kompletnie nie obchodzi moja przeszłość. Tych, których kompletnie nie interesuje, co mówię. Być może młodzi czują tę niechęć i trochę ją odwzajemniają. Circulus vitiosus! Jeszcze jeden punkcik na mapie mojej podróży w cień. Swoją drogą, mógłby to być ciekawy temat na film. Trzeba pomyśleć.
GLIWICE, 13 X 201 I
Jeszcze o młodych. Zauważyłem natomiast, kiedy zaczynam im być potrzebny, kiedy na zajęciach nadstawiają ucha. Otóż wtedy, gdy podpowiadam im rzeczy techniczne związane z zawodem aktora czy reżysera. Jak opanować tremę, jak zrobić, żeby nogi nie drżały na scenie, jak dyskretnie sprawdzić rozporek... no, ale to chyba trochę mało jak na profesora zwyczajnego, belwederskiego?...
„Święte szyfry” Adama Szostkiewicza to książka dla wierzących i niewierzących. Dla religijnych i bezreligijnych. Autor nie nawraca ani na wiarę, ani na niewiarę. Bez gniewu i uprzedzenia, lecz z ciekawością zagląda z czytelnikiem za zasłonę mitu, legendy, filozofii i historii religii, proponując rozmowę o jej różnych kształtach i rozumieniu. Teksty zawarte w książce są próbą lektury „świętych szyfrów”, która szanuje tożsamość i wrażliwość wierzących i niewierzących. W tym sensie książka jest „ekumeniczna”, nieniszcząca swojej tożsamości, lecz promująca rozmowę o jej różnych kształtach i rozumieniach.
Pytanie o sens bycia Martina Heideggera, ucieczka od wolności Ericha Fromma, przebudzenie Buddy. Autor ukazuje swe doświadczanie związane z fenomenem tworzenia siebie wedle idei pochodzących z czystego kantowskiego rozumu. Doświadczenia z własnego życia, absurd, alienacja, patetyczność, pytanie ?kim jestem, skąd pochodzę??, zrzucenie pancerza, martwej powłoki, iluzji. Dzięki wyborom, sile i intuicji doszukuje się ludzkiego bytu. Forma dzieła koresponduje z otwartością oraz przekonaniem, że nie ma wartości stałych i należy wybierać w nieskończoność, nie zwracając uwagi na przeszłość, żyć w niepewności, być obecnością, istnieniem. Książka jest zapowiedzią kolejnych przemyśleń, już nie tyle związanych z losem jednostki, tylko z otoczeniem, z jakim przychodzi jej się zmierzyć.
Holenderski historyk psychologii Douwe Draaisma (ur. 1953) zajmuje swoim pisarstwem szczególne miejsce między nauką, jej popularyzacją i literaturą. Uprawia właśnie ?pisarstwo?, głęboką eseistykę dotyczącą kwestii istotnych zarówno dla nauki, jak i dla zwykłego człowieka. W ?Księdze?? podejmuje efektowną dialektykę pamiętania i zapominania, wydobywa jej paradoksy i zwalcza stereotypy. Przypomina zapominanie, o którym zapomnieliśmy, troszcząc się o pamięć. Tymczasem nie byłoby jej, gdyby nie zapominanie. Pamięć nie dźwiga wszystkiego, selekcjonuje materiał do zachowania. Niewiele wiemy o tych procesach, tym bardziej fascynujące są więc opisywane w książce badania neuropsychologów czy praktyki psychoanalizy. Złe teorie pamięci przyczyniają szkód psychice: lobotomię wykonywano ?na ślepo?, Freudowska koncepcja ?wyparcia? jest nadużywana, jeśli w ogóle prawdziwa. Draaisma rozważa różne przejawy zapominania (dlaczego tak słabo zapamiętujemy sny? czy naprawdę pamiętamy swoje pierwsze wspomnienia?) i nie ogranicza się w tym do psychologii. Z właściwym sobie literackim talentem przywołuje dramatyczne zdrady pamięci, niespodziewane wypisy z księgi rzeczy zapomnianych: odnalezione zdjęcia, czytane po latach niedoręczone listy czy akta tajnych agentów. Zapominanie ma także swoją historię społeczną.
Znam piękne i dalekie od cukierkowej wizji zdjęcia robione przez matkę własnym dzieciom. Znam fotoreportaże z ciąży i z rodzinnego porodu. Znam nawet fotografie dokumentujące wygląd brzucha po ciąży. Ale nie znam takiego cyklu zdjęć, w którym na jednym potargana matka gotuje, a niemowlę na niezbyt czystej podłodze bawi się pokrywką słoika; na innym matka ziewa czytając pięćdziesiąty raz tę samą książeczkę; na jeszcze innym podczas spaceru gapi się tępo przed siebie. Czy coś w tym stylu. Rozmyślając o tych fotografiach uświadomiłam sobie, że to właśnie próbuję zrobić. Opisać macierzyństwo bez fikcji. Prawdziwe.
Joanna Woźniczko-Czeczott
Z tą książką jest tak jak z dzieckiem. Nie chcesz jej zacząć czytać, bo wiesz czego się spodziewać. I to się nawet potwierdza, ale i tak już nie możesz przestać. Rzadko się zdarza, by obalona królowa tak lekko i tak szczerze opowiadała o tym, jak ścięto jej głowę.
Tomasz Kwaśniewski
Kula ziemska otoczona koordynatami zawiera w sobie życie ludzi i wszystko z tym związane.
Metaforyczna nazwa, jaką prof. Samuel Pohoryles nadał swojej książce ? Zielona koordynata ? prowadzi Czytelnika zielonym szlakiem, którym kroczył Autor w Izraelu i na świecie, działając na rzecz rozwoju rolnictwa, współpracy międzynarodowej tej dziedzinie, szukając sposobów użyźniania pustyni i wdrażania nowych technologii.
Akcja tej pasjonującej książki toczy się na różnych płaszczyznach ? od Iranu do Chin, od Egiptu do Gruzji, od Indii do Kanady. Za każdym razem jestem pełen podziwu dla pracy Pohorylesa i jego twórczych możliwości intelektualnych.
Autor zapoznaje szerokie rzesze Czytelników z globalnymi problemami głodu i wyżywienia oraz pisze o roli wielkich tego świata w zapewnieniu mieszkańcom Ziemi bezpieczeństwa żywnościowego. Nie mniej ciekawe są fragmenty o działalności dyplomatycznej ? często tajnej, która doprowadziła do nawiązania oficjalnych stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Tak było np. w przypadku Chin. Pohoryles opisuje konferencje na najwyższym szczeblu w Casablance, Kairze i Ammanie, tajne spotkania z przedstawicielami Arabii Saudyjskiej i Tunezji. Bardzo często jego relacje niepozbawione są wątków sensacyjnych, jak np. opowieść o zakulisowej działalności Autora w Egipcie. Doprowadziła ona do izraelsko-egipskiej umowy o współpracy w rolnictwie, mającej charakter modelowy i określającej nieznane wcześniej w tej części świata zasady, na których opiera się współpraca miedzy wczorajszymi wrogami. Ten model został wykorzystany później do nawiązania współpracy z Jordanią, Palestyńczykami, Marokiem i innymi państwami Bliskiego Wschodu, które formalnie znajdowały się w stanie konfliktu z Izraelem. W książce nie brakuje ciekawych opisów spotkań Autora z As-Sadatem i Mubarakiem, Szaronem i Beginem, królem Abd Allahem i Gorbaczowem, Hajle Syllasje i Szewardnadzem, Wałęsą, Kwaśniewskim i Kaczyńskim. Oprócz opisów działalności zawodowej i jej merytorycznych podstaw niezwykłe są te fragmenty książki, które zawierają wątki autobiograficzne i przedstawiają filozoficzne poglądy i refleksje Autora. Pohoryles jest bliżej do Johna Kennetha Galbraitha niż do Miltona Friedmana i nie zawsze jest bezkrytyczny wobec teorii wolnej gry sił rynkowych w rolnictwie. Jednocześnie nie wyklucza możliwości interwencji rządu, gdy gospodarka wolnorynkowa może spowodować szkody społeczne. Dlatego w każdej sytuacji należy sprawdzić minimalność szkód każdego przedsięwzięcia. Zdaniem Pohorylesa również globalizacja wymaga ciągłej kontroli, jak to wykazały wydarzenia ostatnich lat. Według niego globalizacja nie może być pozbawiona ?ludzkiej twarzy?.
Autor zdecydowanie odrzuca teorię Malthusa, i współczesne tendencje neomaltuzjańskie, twierdząc, że świat nie tylko może z powodzeniem wyżywić całą ludzkość, ale również znacznie większą populację. Opinię tę opiera on na wynikach wspólnej działalności z prof. Normanem Borlaugiem w Indiach i Chinach. Niezwykle wrażliwy na scenerię świata prof. Pohoryles proponuje, aby zaklasyfikować ?piękno? jako składnik bogactw naturalnych. Tego typu myśl zrodziła się pod wpływem jego przemyśleń, zagranicznych misji i wieloletnich doświadczeń.
Traktat o postrzeganiu świata ? percepcji, oraz o jej zmianach wywołanych substancjami psychoaktywnymi. Autor opisał w niej dokładnie swój eksperyment z meskaliną. Starał się jak najdokładniej zinterpretować swoje wizje. Książka ta stała się "biblią" hippisów. Tytuł książki został zaczerpnięty z utworu Williama Blake'a The Marriage of Heaven and Hell. Do koncepcji "drzwi percepcji" nawiązuje również nazwa grupy The Doors.
Viktor Frankl znany jest milionom czytelników na całym świecie jako autor Człowieka w poszukiwaniu sensu, wstrząsającego świadectwa czasu Holokaustu. „Czytelnicy tej krótkiej autobiograficznej relacji często prosili mnie o pełniejszy i bardziej szczegółowy wykład” – przyznał niegdyś Frankl i tym właśnie jest niniejsza książka. Autor Boga ukrytego wyjaśnia założenia filozofii, dzięki której wbrew wszystkim przeciwnościom losu udało mu się przeżyć w kolejnych obozach koncentracyjnych. Z wiarą, że egzystencja człowieka to coś więcej niż tylko zewnętrzne pozory, Frankl daje wyraz głębokiemu przekonaniu, iż nie jesteśmy szlachetnymi bestiami, lecz spętanymi aniołami. Frankl pochyla się nad najważniejszymi kwestiami w życiu człowieka, poczynając od analizy snów aż po kwestię istnienia Boga, by na koniec wskazać drogę do odnalezienia prawdziwego sensu i udowodnić, że życie ma nam do zaoferowania o wiele więcej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać. Znakomita książka! Dzięki niej otrzymujemy wyjątkową szansę uczestniczenia w bogatym doświadczeniu Frankla i obcowania z jego mądrością. Elisabeth Kübler-Ross, autorka Rozmów o śmierci i umieraniu Viktor Frankl twierdzi, że zło i cierpienie nie mogą nas zniszczyć w sensie ostatecznym. Brian Keenan, irlandzki pisarz, autor An Evil Cradling Bardzo ważna książka. Harold Kushner, amerykański rabin, autor bestsellera Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom Prawdziwy skarb dla (…) wszystkich zmagających się z kwestiami ostatecznymi, którzy szukają Boga zarówno w pytaniach, jak i w odpowiedziach. Michael Berenbaum, amerykański rabin, uczony, pisarz, reżyser filmowy, autor After Tragedy and Triumph Viktor Frankl to jeden z autorytetów moralnych XX wieku. Jego przemyślenia związane z zagadnieniami wolności człowieka, jego godności oraz poszukiwania sensu życia mają głęboki wymiar humanitarny i moc przemieniania ludzkich serc i umysłów. dr Jonathan Sacks, Naczelny Rabin Wielkiej Brytanii Viktor E. Frankl (1905–1997) – profesor neurologii i psychiatrii na wydziale medycznym Uniwersytetu Wiedeńskiego, twórca trzeciej wiedeńskiej szkoły psychoterapii (obok psychoanalizy Freuda i psychologii indywidualnej Adlera) – logoterapii. U jej podstaw leży przekonanie, że każdy człowiek poszukuje w życiu sensu, a jego odnalezienie ma uzdrawiający wpływ na ludzką psychikę. Więzień niemieckich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Dachau. Jest autorem 32 książek, które przetłumaczono na wiele języków. Jego najsłynniejsza książka, Człowiek w poszukiwaniu sensu, sprzedała się w milionach egzemplarzy.
Fragment książki Bóg Ukryty
Istota analizy egzystencjalnej
Arthur Schnitzler, słynny wiedeński poeta współczesny Zygmuntowi Freudowi, powiedział kiedyś, że istnieją tylko trzy cnoty: obiektywizm, odwaga oraz poczucie odpowiedzialności. Byłoby interesujące przyporządkować każdej z tych cnót filozofię jednej z trzech szkół psychoterapii zrodzonych na gruncie wiedeńskim.
Jeśli chodzi o cnotę odwagi, niewątpliwie najłatwiej przypisać jej założenia psychologii adlerowskiej. Wyznawcy tej szkoły całe postępowanie terapeutyczne sprowadzają przecież do próby ośmielenia pacjenta. Ośmielenie to ma służyć jednemu celowi: przezwyciężeniu przez pacjenta poczucia niższości, które psychologia adlerow-ska uważa za czynnik zdecydowanie chorobotwórczy.
W podobny sposób psychoanalizie Freuda możemy przyporządkować inną cnotę - cnotę obiektywizmu. Co innego niż obiektywizm mogło skłonić Zygmunta Freuda, żeby niczym współczesny Edyp spojrzał w oczy Sfinksa -ludzkiej duszy - i podjął próbę rozwikłania jej zagadek, nie zważając na to, że odkrycie może się okazać w najwyższym stopniu przerażające? W owym czasie było to niezwykłe przedsięwzięcie i równie niezwykły sukces. Psychologia, a zwłaszcza tak zwana psychologia akademicka, odrzucała wcześniej to wszystko, co Freud uczynił głównym przedmiotem zainteresowania swojej filozofii. Tak jak anatom Julius Tandler żartobliwie określał nauczaną w wiedeńskich szkołach średnich „somatologię" mianem „anatomii z wyłączeniem narządów płciowych", tak Freud mógłby powiedzieć, że psychologia akademicka to psychologia z wyłączeniem kwestii libido.
Jednakże psychoanaliza nie tylko przyjęła cnotę obiektywizmu za swoją, ona się jej podporządkowała. Obiektywizm doprowadził koniec końców do obiektywizacji czy inaczej urzeczowienia. Innymi słowy, z żywej istoty, jaką jest człowiek, uczyniono obiekt, rzecz. Z punktu widzenia psychoanalizy pacjentem rządzą „mechanizmy", terapeuta zaś to ktoś, kto posiadł odpowiednią technikę doprowadzania do porządku zakłóconych mechanizmów.
Pojmowanie psychoterapii jako zwykłej techniki podszyte jest wszakże cynizmem. Terapeuta może być uznany za technika wyłącznie wtedy, gdy przedtem przyjmiemy, że pacjent jest swego rodzaju maszyną, albowiem tylko homme machinę - „człowiek maszyna" potrzebuje mede-cin technicien - „lekarza technika".
Jak jednak doszło do tego, że psychoanaliza przyjęła tak techniczno-mechanistyczny punkt widzenia? Łatwo to zrozumieć, jeśli weźmie się pod uwagę intelektualny klimat epoki, w której wyrosła, jak również ówczesne środowisko społeczne - pełne daleko posuniętej pruderii. Mechanistyczny punkt widzenia psychoanalizy stanowił automatyczną reakcję na ową pruderię, obecnie zaś pod wieloma względami jest przestarzały. Jednak Freud nie tylko reagował na specyfikę swoich czasów, lecz również działał w ich duchu. Tworząc swoją filozofię, pozostawał całkowicie pod wpływem rodzącego się wówczas asocja-cjonizmu, który później miał zdominować psychologię.
Sam asocjacjonizm był zaś produktem naturalizmu, ideologii końca dziewiętnastego stulecia. Naturalizm jest szczególnie widoczny w dwóch podstawowych składnikach doktryny psychoanalitycznej: jej atomizmie psychologicznym i teorii energii psychicznej.
Psychoanaliza postrzega całość ludzkiej duszy w sposób atomistyczny, jako złożoną z poszczególnych elementów, to jest rozmaitych popędów, na które z kolei składają się tak zwane popędy cząstkowe. Tym samym dusza zostaje nie tylko zatomizowana, ale także zanatomi-zowana, to znaczy analiza tego, co duchowe, zmienia się w anatomię. W ten sposób zniszczeniu ulega całość ludzkiej istoty. Można powiedzieć, że z jednej strony psychoanaliza depersonalizuje człowieka, a z drugiej - personifikuje poszczególne, pozostające często ze sobą we wzajemnym konflikcie aspekty pojmowanej jako całość struktury duchowej. Bywa, że są one nie tylko personifikowane, lecz wręcz demonizowane, jak choćby w przypadku id czy superego traktowanych tak, jakby stanowiły stosunkowo samodzielne, pseudoosobowe byty.
Psychoanaliza burzy zatem to, co jest w człowieku jednolitą całością, stawiając sobie w końcu za zadanie zrekonstruowanie go z poszczególnych części. Ten atomistyczny punkt widzenia widać szczególnie wyraźnie we freudowskiej teorii zakładającej, że ego jest zbudowane z „popędów ego". Zgodnie z nią to, co tłumi i cenzoruje popędy, samo jest popędowością. Przyjrzyjmy się następującemu stwierdzeniu Freuda zaczerpniętemu z jego Trzech rozpraw z teorii seksualnej: „Produkcja pobudzenia seksualnego (...) dostarcza zapasów energii wykorzystywanej w większości do celów innych niż seksualne, to znaczy (...) (za sprawą wyparcia (...]) do budowania późniejszych ograniczeń seksualnych". W moim odczuciu równie dobrze można by utrzymywać, że budowniczy, który wzniósł gmach z cegieł, sam jest z nich zbudowany, bowiem to, co ma ograniczać seksualność, nie może jednocześnie samo być seksualnością. W porównaniu tym uderzający jest materializm przenikający psychoanalityczny sposób myślenia, który też ostatecznie tłumaczy charakteryzujący je atomizm.
Obok atomizmu drugim ważnym elementem składowym psychoanalizy jest energetyzm. Rzeczywiście operuje ona w sposób stały pojęciami energii popędowej oraz dynamiki uczuć. Popędy oraz popędy cząstkowe działają podobnie do sił w znanym fizyce równoległoboku sił. Na co jednak oddziałują? Odpowiedź brzmi: na ego. W ujęciu psychoanalizy ego to igraszka popędów; możemy też powtórzyć za Freudem: ego nie jest panem we własnym domu.
Zjawiska psychologiczne zostały tym samym sprowadzone do popędów i instynktów, a co za tym idzie, są przez nie całkowicie determinowane, czyli powodowane. Psychoanaliza z założenia interpretuje byt człowieka jako byt poddany popędom, jest to także zasadniczy powód, dla którego należy następnie zdekonstruowane ego ponownie z tych popędów rekonstruować.
Przyjmując taką atomistyczną, energetyczną i mechanistyczną koncepcję człowieka, psychoanaliza postrzega go w ostatecznym rozrachunku jako automatycznie działający aparat duchowy. I to jest właśnie ten moment, kiedy na scenę wkracza analiza egzystencjalna. Przyjmuje ona obraz człowieka całkowicie odmienny od koncepcji
psychoanalitycznej. Zamiast jak psychoanaliza koncentrować się na automatyzmie aparatu duchowego, skupia się raczej na autonomii egzystencji duchowej (używając w tym miejscu przymiotnika „duchowy", chciałbym uniknąć jakichkolwiek skojarzeń religijnych; chodzi mi wyłącznie o podkreślenie faktu, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem właściwym człowiekowi, w przeciwieństwie do doświadczeń będących udziałem wszystkich zwierząt. Innymi słowy, poprzez „duchowy" należy rozumieć to, co ludzkie w człowieku).
W ten sposób powróciliśmy do naszego punktu wyjścia, to znaczy listy cnót Schnitzlera. I tak jak psychoanalizie mogliśmy przyporządkować cnotę obiektywizmu, zaś cnotę odwagi psychologii adlerowskiej, tak samo możemy do analizy egzystencjalnej odnieść cnotę odpowiedzialności. W ostatecznym rozrachunku postrzega ona bowiem egzystencję człowieka i samej istoty ludzkiej w kategorii bycia odpowiedzialnym. Kiedy w 1938 roku po raz pierwszy wprowadzaliśmy pojęcie „analizy egzystencjalnej", ówczesna filozofia posługiwała się słowem „egzystencja" dla określenia szczególnego sposobu istnienia człowieka, charakteryzującego się poczuciem odpowiedzialności.
Gdybyśmy mieli pokrótce prześledzić drogę, jaka doprowadziła do uznania przez analizę egzystencjalną poczucia odpowiedzialności za istotę egzystencji, musielibyśmy zacząć od odwrócenia pytania o sens życia człowieka. Dokonałem tego w swojej pierwszej książce, Arz-tliche Seelsorge, gdzie przekonywałem, że rolą człowieka nie jest zadawać pytanie: „Jaki jest sens mojego życia?", lecz na nie odpowiadać, ponieważ pytanie to stawia mu samo życie, człowiek zaś musi na nie odpowiedzieć, odpowiadając za swoje życie - musi na nie odpowiedzieć, będąc odpowiedzialnym. Innymi słowy, jest to siłą rzeczy „odpowiedź poprzez działanie".
Odpowiadając „czynem" na stawiane nam przez życie pytania o sens naszego istnienia, odpowiadamy zarazem „tu i teraz", zawsze jako konkretna osoba, która znalazła się w konkretnej sytuacji. Tym samym nasza odpowiedzialność za byt jest zawsze odpowiedzialnością ad per-sonam i as situationem.
Analiza egzystencjalna stosowana w formie logotera-pii jest metodą psychoterapeutyczną, ponieważ w sposób szczególny dotyczy neurotycznego sposobu istnienia, a jej celem jest uświadomienie człowiekowi - szczególnie neurotykowi - jego odpowiedzialności. Zarówno w wyniku psychoanalizy, jak i analizy egzystencjalnej człowiek staje się czegoś świadomy. Dzięki psychoanalizie uświadamia sobie swoje popędy, a dzięki analizie egzystencjalnej albo logoterapii staje się świadomy tego, co duchowe, swojej duchowej egzystencji. Postrzeganie bytu ludzkiego w kategorii odpowiedzialności jest bowiem możliwe wyłącznie z punktu widzenia ludzkiej duchowości czy wymiaru egzystencjalnego. A zatem tym, co uświadamiamy sobie dzięki analizie egzystencjalnej, nie są popędy ani instynkty, nie to, co przynależy do id albo do ego, ale nasze „ja". W tym przypadku to nie id zostaje uświadomione ego, lecz raczej ego staje się świadome samego siebie. Bóg ukryty W poszukiwaniu ostatecznego sensu Spis treści
Przedmowa Claudii Hammond
Słowo wstępne Swanee Hunt
Wstęp
Wstęp do pierwszego wydania anglojęzycznegc
Podziękowania
1. Istota analizy egzystencjalnej
2. Nieświadomość duchowa
3. Egzystencjalna analiza sumienia
4. Egzystencjalna analiza snów
5. Transcendencja sumienia
6. Nieuświadomiona religijność
7. Psychoterapia a teologia
8. Nowe badania w dziedzinie logoterapii około roku 1975
9. W poszukiwaniu ostatecznego sensu
Posłowie Alexandra Batthyany'ego
Bibliografia
O autorze
Inne książki Yiktora E. Frankla
Przypisy
Indeks haseł
Czy to Ja? Czy nie ja? Staję bezradny wobec lat, wydarzeń i tych wszystkich słów, które może miały jakiś sens a może nie miały. Jakże mogłem uniknąć straszliwej pychy i wiary w samego siebie, jak mogłem nie odrzucić lęku przed śmiesznością? To prawda, wierzyłem w siebie, rościłem sobie prawo do własnego losu, a moje psychiczne napięcie wciąż było wzmagane przez jakiś wir, w którym były i dzikość, i wyrafinowanie.
Wśród dzisiejszych anglojęzycznych krytyków kultury nie sposób znaleźć kogoś ważniejszego niż Eagleton.
?The Guardian?
To wyjątkowa okazja, by rozkoszować się sztuką krytyki kultury społeczeństwa w najczystszej postaci! [...] Koniec teorii wskazuje nie tylko na to, co nastąpi po zmierzchu ponowoczesnych studiów kulturowych. To też wspaniały przykład teorii, która będzie żyła jeszcze długo po ?śmierci teorii?. Slavoj Žižek
Ogłosiliśmy już śmierć Boga, człowieka, podmiotu i autora ? czy nadszedł też czas na ogłoszenie śmierci teorii? Czy po postmodernizmie, postkolonializmie, poststrukturalizmie żyjemy w epoce post-teoretycznej? Terry Eagleton odpowiada: ?Nie możemy być nigdy ?po teorii?, ponieważ nie istnieje refleksyjne ludzkie życie bez niej?.
Koniec teorii to polemika ze współczesną fantazją o niezależnym, kierowanym wolą mocy podmiocie. Jest to też próba opisu świata globalnego kapitalizmu i ?wojny z terrorem?, w którym postęp ciągle oznacza przede wszystkim postęp technik panowania i wyzysku. Eagleton przystępuje do tego poważnego zadania z lekkością felietonisty, swadą gawędziarza i pasją zaangażowanego intelektualisty.
Brytyjski profesor rozprawia się z ograniczeniami współczesnej myśli, krążącej ciągle jałowo wokół problemów ?klasy, rasy i genderu?. Sięga po Arystotelesa i Marksa, Freuda i św. Augustyna. Upomina się o wspólnotowy wymiar ludzkiej egzystencji. I o miłość. Miłość stawia ponad autonomię, Jezusa ? ponad Fausta, dobre życie we wspólnocie ? ponad wolę mocy. Łącząc Marksa z Grekami, socjalizm z chrześcijaństwem Eagleton stawia nas wszystkim przed fascynującym wyzwaniem. Nie tylko intelektualnym.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?