Leciałem z moim Adiutantem nad frontem na wysokości 6000 m, kiedy zobaczyłem przed nami dwa punkty, oświetlone od tyłu na ogromnym cumulusie z oślepiającej bieli, podkreślonym przez złote światło zachodzącego słońca. Podeszliśmy z pełną prędkością. Kiedy się zbliżaliśmy, wydawało mi się, że widzę samoloty z silnikami gwiazdowymi, ale światło zniekształcało sylwetki. Te dwa samoloty leciały w linii prostej w nienagannym szyku, podobnym do naszego, do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać, czy to nie nowe Focke-Wulfy 190 ze Schlachtgeschwader 1 majora Alfreda Druschela, które widziałem tylko na zdjęciach przedstawiających je na ziemi.Powietrze było czyste, ale światło raziło mnie w oczy. Nie potrafiłem rozróżnić koloru tych samolotów, ani ich znaków rozpoznawczych. Dla mnie były to po prostu dwie czarne sylwetki na tle białych chmur. Byłem bardzo blisko i jeden z nich już wypełniał mój celownik. Aby lepiej widzieć, a przede wszystkim z powodu większej prędkości nie znaleźć się przed nieznanymi samolotami, skrętem w prawo poderwałem się świecą po ich lewej stronie.Wtedy zobaczyłem, że są zielone i mają czerwone gwiazdy! To były Ławoczkiny! Moja prędkość była za duża. Gdybym kontynuował mój manewr z pewnością bym je wyprzedził i znalazł się w środku ich celowników. Musiałem zaatakować, nie było innego wyjścia. Pchnąłem drążek. Pierwszy był jakieś 50 metrów niżej ode mnie, nieco z przodu. Zanurkowałem i oddałem serię, która trafiła w okolice kabiny. W tym momencie przewrócił się na bok, skręcając w lewo i unosząc w górę prawe skrzydło. Aby go uniknąć, gwałtownie pociągnąłem za drążek. Messerschmitt uniósł nos, ale leciał dalej jak cegła tym samym prawie płaskim kursem, więc usiłowałem go jak najszybciej poderwać. Nagle usłyszałem niesamowity trzask. Mój samolot z góry spadł na Ławoczkina, odcinając śmigłem jego prawe skrzydło. Następnie moja 109-tka, gnana prędkością, prześlizgnęła się po nosie rosyjskiego myśliwca, którego śmigło rozcięło mój kadłub. Nigdy nie zapomnę dźwięku i uczucia uderzenia. Ławoczkin wpadł w korkociąg i już z niego nie wyszedł. Powyższy opis pochodzi od Wydawcy.
Niedługo po bardzo silnym ostrzale Flaku nad celem i zrzucie bomb, po raz pierwszy zauważyłem samotnego żółtonosego sukinsyna, który będąc na "godzinie 12" dał nam fantastyczny pokaz kunsztu pilotażu i lotniczej akrobacji, z korzyścią dla wszystkich lotników 40. CW. Ten arcymistrz pokazał nam wszystko - ósemki, zwroty przez skrzydło o 180, korkociąg - wszystkie te cudowne rzeczy, które naprawdę lubią piloci. Mógł to być Kommodore "Pips" Priller, "Wutz" Galland, Karl Borris lub którykolwiek z ich asów. Albo pozostałe myśliwce się spóźniały, albo niemieccy kontrolerzy na ziemi nie mogli zgadnąć jak głęboko zmierzamy, gdy ich idealnym planem było uderzenie na nas nad IP i tuż za nim, żeby utrudnić nam bombardowanie. Ale nie było wątpliwości co do tego, że będzie to dla nas trudny "taniec". Mój współlokator-bombardier, Jim Miller, który właśnie wykonywał swój pierwszy lot, skończył podstawowe szkolenie pilotażowe i był zachwycony pokazem Niemca, ale ja przyglądałem się tym powietrznym towarzyszom harcownika, którzy podciągnęli w lewo, zajmując pozycje do drugiego aktu. Po takiej solówce wszyscy wiedzieli, co będzie dalej. W końcu sukinsyn wyrównał lot na "godzinie 12" ze swoim skrzydłowym lecącym bardzo blisko z tyłu, po czym po wykonaniu beczki otworzył ogień do prowadzącego grupę, a jego samolot błyskał jak choinka. Pociski smugowe wyglądały niewiarygodnie. Każda półcalówka z naszego skrzydła, która mogła trafić w te dwa cele, wystrzeliwała pociski jak w ogromnym czerwonym stożku, ale wydawało się to w żaden sposób nie odstrasza ich ani na jotę. Chociaż wszyscy wiedzieli, co się dzieje, ktoś zapiszczał przez interkom: "Myśliwce na 12-tej na naszym poziomie!" Jim Miller trzymał dłonie na swoich podwójnych półcalówkach od dłuższego czasu i obserwował uważnie co się dzieje. Szybko odpowiedział "Roger!". Nie miałem pod ręką żadnego kaemu, więc bezmyślnie postanowiłem oglądać cały ten spektakl zza pleksiglasowego nosa. W tym czasie całe niebo było rozświetlone przelatującymi obok pociskami. Teraz nawet nasz pilot Joe Chely się zdenerwował i krzyczał: "Zdejmij tego sukinsyna, Miller!". Serce podchodziło mi do gardła, gdy rzuciłem się na podłogę, krzycząc: "Rozwal go! Rozwal go Jim!". Te dwa Fw 190 praktycznie przeleciały przez nasze dywizjony mijając nas o metry i jak ostrza noży ze świstem pomknęły w dół. Nie potrafię powiedzieć dokładnie, o ile metrów nas minęły, bo w tym czasie miałem zamknięte oczy i leżałem płasko na pokładzie samolotu. To było dla mnie zbyt brutalne, aby na to patrzeć. Wierzcie lub nie, ale nasz bombardier Walter Miller nie oddał ani jednego strzału! Opis pochodzi od Wydawcy
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?