"Kwantofrenia" Cezarego Lewanowicza jest niczym system zarządzania życiem, w którym każdy organizm - od człowieka po jętkę i jemiołę - dostaje swój kod i zostaje wciągnięty w chłodną logikę katalogu. Efekt jest niepokojący. Bo kiedy człowiek pojawia się tu jako jeden z wpisów: powtarzalny, wariantowy, pozbawiony uprzywilejowania, coś zaczyna się kruszyć. Ta pozycja, perspektywa, z której zwykle opowiada się o świecie. To już nie antropocentryczne gadanie przez mikrofon, to automatyczny raport z wszechistnienia. Autor gra w podwójną grę. Z jednej strony podszywa się pod kwantofrenicznego naukowca, stąd te wszystkie numery, indeksy i taksonomie. Z drugiej podkłada pod to miękką, lepką materię: ciało, rozpad, przemoc, niepokój, coś bardzo pierwotnego, nieklasyfikowalnego. I właśnie tam, w tym zgrzycie, ten zbiór zaczyna swoją mrówczą pracę. Nie ma tu jednak "piękna przyrody". Jest jej bezwzględna obojętność. Nie ma tu też pocieszenia. Co najwyżej świadomość, że jesteśmy tylko jednym z rekordów. A może to w zupełności wystarczy?
To ogród złożony z pikseli i popiołu, z kodów i mitów, z nagich błon i przepalonych metafor. To miejsce, gdzie język przestaje być przezroczysty, a wiersz przypomina komendę w terminalu: nie zawsze ją rozumiesz, ale czasem dzięki niej uruchamia się świat operacyjny.
Lewanowicz tnie wers jak chirurg skórę: precyzyjnie, bez znieczulenia. Tworzy poezję post-ludzką, a jednak głęboko cielesną. To biopoetyka na ekranie kontrolnym, ślad odciśnięty między skanem a świtem.
Uwaga: możliwy kontakt z rdzeniem.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?