"Pewnego dnia wielka fala zmywa dom młodej bobrzycy Kory, oddzielając ją od rodziny i skazując na wygnanie. Zrozpaczona i przestraszona, musi wyruszyć w podróż, by odnaleźć bliskich, a także Wierzbową Łąkę, gdzie się wychowała. Wędrówka, która ją czeka, będzie pełna niespodzianek i zaskakujących spotkań, a każde z nich okaże się lekcją na całe życie. Bobrzyca kilka razy wpadnie w tarapaty, zyska przyjaciół, czasem pomoc nadejdzie z zupełnie niespodziewanej strony. Czy Korze uda się wrócić do domu? I co w nim zastanie?
Wodyseja to opowieść z sąsiedztwa wielkiego miasta – widziana oczami tych, których zwykle nie dostrzegamy, choć mieszkają nieopodal nas. Opowiedziana tak, byśmy i my ją zrozumieli. Niezależnie od tego, czego szukamy i jak wiele zakrętów ma nasza własna droga.
„Ależ to jest wspaniała opowieść! Wodyseja udowadnia, że każdy ma przed sobą własną drogę – warto poszukać w sobie odwagi, aby nią podążać”. Martyna Wojciechowska
Tekst książki powstał w ramach stypendium
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego"
Czym jest puszcza? Gdy człowiek słyszy to słowo, od razu stają mu przed oczami majestatyczne dęby, których korony zasłaniają niebo. Stare i grube albo martwe i gnijące. Musi być ciemno i wilgotno. Gdzieś w tle przebiegnie łoś, a nocą zawyją wilki. A to przecież zupełnie nie tak. Mówiąc o puszczy, nie można mieć na myśli tylko drzew.
Bo puszcza to tak naprawdę mozaika. Na przykład boru, bagna i łąki. Mogą się w niej kryć średniowieczne grodzisko na skraju wielkiego moczaru i zgliszcza tartaku, gdzie słychać jeszcze echa wielkiej wojny. Albo most, na którym biesiadowali kiedyś mieszkańcy nieistniejącej już wsi. Czy piwnice, w których trzymali kiszonki, a w których dziś zimują gacki.
Mieści się w niej też uczucie, które sto lat temu zakiełkowało pośród mokradeł między parą obiecujących naukowców. I sosnowy las, który razem zasadzili na progu europejskiej stolicy, gdy ta dopiero podnosiła się z ruin. A potem obwołali go parkiem narodowym. Tym wszystkim jest Puszcza Kampinoska, zielona siostra Warszawy.
Dziesięcioletni chłopiec stoi na bałtyckiej plaży i pyta o horyzont. Czym jest? Czy można go dotknąć? Co się za nim kryje? Trzydzieści lat później jako dorosły wyprawia się za morze, by samemu odpowiedzieć na te pytania. Chce, by każde z dziewięciu państw nadbałtyckich – Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Finlandia, Szwecja, Dania, Niemcy i Polska – opowiedziało mu o własnej perspektywie, z jakiej patrzy na najmłodsze morze świata. W rezultacie, wzorem poety Tomasa Tranströmera, opisuje nie jeden, lecz wiele Bałtyków. Widzi mozaikę siedlisk i krajobrazów: słonawych lagun, piaszczystych plaż, wydm, klifów oraz skalistych archipelagów. Podąża wzrokiem za kluczami migrujących ptaków, a potem zagląda pod wodę, do świata morświnów, a także większych waleni, które czasem zaglądają w te strony. Wędruje po zamarzniętej zatoce, wchodzi do latarni morskich i studiuje trasy słynnych wypraw. Wreszcie dociera tam, gdzie granice morza i lądu się zacierają – czy to za sprawą niepowstrzymanych sił geologii, czy wyłącznie ludzkiej fantazji. Każdy z narodów, które geografia zaślubiła z Bałtykiem, pozostaje w związku jedynie z jego fragmentem. Choć obsiedliśmy to jezioro niczym stado kruków rozdziobujące truchło sarny, każdy z nas interesuje się wyłącznie jedną kończyną, głową, tułowiem albo zadem. Prawdę mówiąc, nie ma wśród nas zgody nawet co do jego imienia. Niemcy mówią Ostsee, Morze Wschodnie. Według Estończyków zwie się Läänemeri, Morze Zachodnie. Jeszcze więcej zamieszania wprowadzają Finowie: nazwa Itämeri wskazuje na wschód, choć z perspektywy linii brzegowej Finlandii Bałtyk leży na północy, zachodzie i południu. Wszędzie, tylko nie na wschodzie. Polakom z kolei jednoznacznie kojarzy się z północą. Fragment książki
Według przeciętnego turystycznego opisu Polska to morze, jeziora, pasek gór i kilka najciekawszych miast pomiędzy. W literackim debiucie Adam Robiński zbacza z tych utartych szlaków i wydeptuje własne ścieżki w poszukiwaniu krajobrazowej egzotyki. Wędruje przez polską Saharę, płynie największą z dzikich rzek, a godzinę jazdy od Warszawy odnajduje Arktykę. Czyni to z pokorą dawnych krajoznawców: pieszo, kajakiem, na nartach. Ale najczęściej po prostu przystaje, żeby zobaczyć więcej: ślady tych, którzy przed wiekami wytyczali pierwsze drogi i znakowali szlaki, zdziczałe sady w miejscach wyludnionych wsi, drzewa tak stare, że mogłyby być tolkienowskimi entami.
W „Hajstrach” – niczym w niezrealizowanym dokumencie Wernera Herzoga – krajobraz to nie lista miejsc, które trzeba zobaczyć, ale suma zachwytów. Rzadko tak się pisze o Polsce. A jeszcze rzadziej się taką Polskę ogląda.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?