Autorzy książki zabierają nas w podróż po obecnej i historycznej Palestynie. Krążymy wraz z nimi ulicami Nablusu, Jerozolimy i Jafy. Natykając się na przeszkody i checkpointy, docieramy do rezerwatu przyrody Gamla na okupowanych Wzgórzach Golan i nad brzeg wysychającego Morza Martwego. Zwiedzamy nierzucające się w oczy mauzolea, szukamy śladów wymazanych z mapy wiosek, upamiętnień Nakby i grobów wielkich palestyńskich poetów - Mahmuda Darwisza i Raszida Husajna. Poruszając się po tej coraz bardziej ograniczonej dla Palestyńczyków przestrzeni, przemierzamy całe epoki - od czasów starożytnych po współczesność.Raja Shehadeh i Penny Johnson próbują odtworzyć utracone połączenia: "Niektóre z tych połączeń - piszą - zerwały się wieki temu, ale wciąż przypominają czasy, gdy w naszym regionie krzyżowały się szlaki pielgrzymów, poszukiwaczy przygód i kupców od Bagdadu i Stambułu po Hajfę i Akkę. Inne giną w wirze teraźniejszych spraw, takich jak choćby kategoryczna odmowa uznania Nakby przez Izrael. O dawniejszych czasach szepczą ruiny, na przykład pozostałości architektury bizantyjskiej w At-Tirze, dzielnicy naszego miasta, Ramallah, czy skomplikowane systemy nawadniające z epoki brązu i żelaza oraz piwnice do przechowywania wina odkryte przez archeologów na zboczu wzgórza w pobliżu wioski Dżib, której nazwę nosi dziś izraelski posterunek. Warstwy ludów i cywilizacji - warto pielęgnować pamięć o nich, a nie sprowadzać jej do jednej prostej historii".Ta piękna i melancholijna książka jest próbą ocalenia pamięci o miejscach i zamieszkujących je ludziach. Jest też gestem oporu wobec izraelskiej okupacji, która chce usunąć Palestyńczyków z ziemi między Rzeką a Morzem i wymazać ich historię.
To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele - rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ - rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach - podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości - uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach - aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.Paulina Małochleb otwiera egzystencję macierzyńskim kluczem. Szturcha mnie ta opowieść, trudno ją zapomnieć. Dźwiga ją język, muskularny i migotliwy, do podziwu.Zyta Rudzka
Napisana w 1906 roku niewielka książka była pomyślana jako wprowadzenie do japońskiej estetyki i sztuki życia dla zachodnich czytelników. Japoński autor opowiada o historii i znaczeniu picia herbaty w społeczeństwach Wschodu, rozwijając przy tym wątki dotyczące filozofii, religii i estetyki. Szczególne miejsce poświęca japońskiej ceremonii herbaty, podkreślając jej wpływ na tamtejsze architekturę, sztukę i życie codzienne. Wyrafinowany styl i prostota tej książki zdają się wprost nawiązywać do estetyki, o której opowiada Okakura.
Słynny esej z 1933 roku poświęcony japońskiej estetyce, tłumaczony na wiele języków, studiowany na wydziałach architektury i historii sztuki na całym świecie. Japoński pisarz próbuje zdefiniować w nim podstawy japońskiej estetyki, odwołując się do kategorii cienia jako metafory wieloznaczności, ulotności i przemijalności. Wychodząc od spostrzeżeń dotyczących budowy japońskiego domu czy kształtu przedmiotów codziennego użytku, Tanizaki zastanawia się nad tym, co charakteryzuje japońską estetykę, i jak wyraża się w niej stosunek do egzystencji. Książka poprzedzona wstępem Henryka Lipszyca.
Książka Zofii Król wzięła się z tęsknoty. Tęsknoty za pewnym miejscem, ale i za samym doświadczaniem przestrzeni. To wielowątkowa opowieść o tym, w jaki sposób nawiązujemy relację z trójwymiarem, oswajamy go, a potem przekładamy te doznania na język literatury, malarstwa, filozofii. Autorka przygląda się tekstom, mapom i obrazom, śledzi wędrówki współczesnych artystek, zamyśla się nad kondycją marzącej o wejściu w widok podmiotki. Jednocześnie sama podróżuje w czasie i przestrzeni, przenosząc się płynnie z pagórków południowej Anglii końca XVIII wieku, gdzie przypatruje się pewnej poziomce, na zalane słońcem XV-wieczne burgundzkie uliczki, z dzikich stoków Garganów – na dziewiąte piętro pewnego warszawskiego wieżowca i na szczyt prowansalskiej Góry świętej Wiktorii, skąd roztacza się niezwykły widok. Przewodniczkami w tej podróży są pisarki i pisarze – Wordsworthowie, Haupt, Białoszewski, Miłobędzka, Lebda, malarze – van Eyck, Cézanne, Hockney, filozofowie – Merleau-Ponty czy Berleant, oraz ktoś jeszcze – pomarańczowy ludzik Google Maps. Autorka odsłania również złożoność wirtualnych i zapośredniczonych form doświadczania przestrzeni, odwołuje się przy tym do prac artystów, którzy wykorzystują ich potencjał. Ta oryginalna – erudycyjna, a przy tym napisana z lekkością – książka przychodzi do nas w momencie, kiedy zwykłe czynności, takie jak gapienie się za okno, a nie w ekran telefonu, czy bezinteresowne włóczęgi zyskują status czegoś zupełnie wyjątkowego. Unikając utartych ścieżek i ustalonych schematów myślenia o przestrzeni, autorka proponuje nam własną, osobną o niej opowieść, zachęcając zarazem do uważności i doznawania wszystkimi zmysłami.
Tom esejów, w których James Baldwin mierzy się z kwestiami amerykańskiego rasizmu, afroamerykańskiej i amerykańskiej tożsamości, nierówności społecznych i w których wiele miejsca poświęca roli pisarza. Opowiada o Harlemie po swoim powrocie z Paryża i o podróży na amerykańskie Południe, kiedy wybuchała tam właśnie walka o równouprawnienie w szkołach. Relacjonuje paryski kongres czarnych pisarzy i artystów z 1956 roku, w którym wziął udział. Wdaje się w literackie polemiki, pisze krytycznie o Andr Gidzie i Williamie Faulknerze, kreśli portret Richarda Wrighta, starszego o pokolenie afroamerykańskiego autora, będącego najpierw jego mistrzem, a potem antagonistą. Barwnie przedstawia wieloletnią i pełną napięć przyjaźń z Normanem Mailerem. Teksty, zróżnicowane formalnie: jedne mają charakter intelektualnej spekulacji lub reminiscencji, a inne są podobne do reporterskich zapisków, dają interesujący wgląd w życie literackie lat pięćdziesiątych i atmosferę ówczesnych debat. Jak zawsze u Baldwina, na pierwszy plan wysuwa się jego własna postawa osoby zaangażowanej, ale i samokrytycznej, niebojącej się dzielić swoimi wątpliwościami i wahaniami, próbującej opisywać rzeczy w ich złożoności, nieustannie negocjującej swój status Amerykanina.
Nad światem krąży widmo kryzysu klimatycznego. Eksperci zapowiadają koniec świata, jaki znamy, rządzący dodają, że ceną za przetrwanie będzie pożegnanie się z demokracją, bogacze z 1% twierdzą, że nie stać nas na powszechny dostatek. A może jest zupełnie inaczej? W swej najnowszej książce Przemysław Wielgosz pisze, że gdy globalny kapitalizm zderza się z planetarnymi granicami swej ekspansji, uchyla się okno możliwości. Wbrew pesymistycznej aurze naszej epoki autor Pogody dla rewolucjonistów dowodzi, że w czasie katastrofy da się zmienić świat na lepsze. Co więcej, sięga do historii, by pokazać, że w przeszłości już się to zdarzało. U schyłku średniowiecza katastrofa klimatyczna i epidemia stały się katalizatorami zwycięskiej antyfeudalnej rewolucji w Europie, w XVII wieku w odpowiedzi na podobny zestaw klęsk chińscy chłopi zmusili cesarza do budowy nowożytnego państwa dobrobytu, w latach trzydziestych XX wieku Dust Bowl przyczynił się do radykalizacji socjaldemokratycznej polityki New Dealu F.D. Roosevelta. Autor nie bagatelizuje obecnych zagrożeń. Zachęca jednak, by spojrzeć na globalny kryzys przez polityczne okulary, uznać naturę za pole walki klas i poszukać tych sił, które zdolne są powstrzymać samobójczą trajektorię kapitalizmu, łącząc konieczność ratowania planety z globalną sprawiedliwością.
Projektowały plakaty, okładki książek i płyt winylowych, znaki graficzne, opakowania oraz materiały reklamowe. Okres ich najintensywniejszej aktywności zawodowej przypadł na czasy PRL-u. Dobrze wykształcone, utalentowane, pracowite. Dlaczego ich nazwiska nie zapisały się w historii polskiej grafiki użytkowej?Alicja Kobza przez wiele lat gromadziła materiały archiwalne i rekonstruowała losy projektantek. Rozmawiała z bohaterkami książki, ich współpracownikami i rodzinami. Przyglądała się dorobkowi, próbując zrozumieć powody, dla których ich twórczość była dotąd pomijana lub lekceważona, i dlaczego mówiąc o historii polskiej grafiki, umiemy wymienić wyłącznie nazwiska ich kolegów po fachu, partnerów i mężów. W książce opowiada o dwudziestu siedmiu twórczyniach i przedstawia autorski wybór ich projektów. Przybliża realia ich pracy, dylematy, przed którymi stawały, trudności, z którymi musiały się mierzyć. Pokazuje, jak kształtował się ich styl i co wniosły do świata grafiki.Ta smakowita wizualnie, a zarazem pionierska merytorycznie praca przywraca nam wymazaną część naszej historii – historii PRL-u, historii grafiki użytkowej, herstorii.
Międzyplanetarny Guliwer i kosmiczny Kandyd w jednej osobie, najbardziej niestrudzony podróżnik, jakiego zrodziła ludzka wyobraźnia: Ijon Tichy!Tichy, choć niepoprawny optymista, to człowiek racjonalny i praktyczny. Naprzód gnają go niepowstrzymana ciekawość i żądza przygód. Wiecznie zadziwiony tym, co (wszech)świat ma mu do zaoferowania, bez ustanku wpada w tarapaty i – tak samo jak my wszyscy – próbuje odnaleźć się w rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy się akurat multiplikuje zamknięty w pętli czasowej, spiera z rybicjantami na planecie pokrytej wodą, czy też przemalowuje rakietę na zielono, w jego przygodach odnajdziemy znajome echa własnych zmagań ze światem: ludźmi, ideami, systemami. Dzięki Cyberiadzie dowiedzieliśmy się, co znaczy być robotem; dzięki Tichemu zrozumiemy, co znaczy być człowiekiem.Dzienniki gwiazdowe to barwna, pełna fantazji podróż w świat idei, filozofii i kwestii naprawdę zasadniczych, lecz jeśli przy okazji zwartusiał karkulowsiał, to tym lepiej dla wszystkich: przy tej literaturze nie sposób się nudzić! Niniejsze wydanie uzupełniono ilustracjami Daniela Mroza; niektóre ukazują się drukiem pierwszy raz po ponad półwieczu.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?