Po północyIdę spać, bo już mnie prawie zmorzył sen.Gaszę światło. Do łóżka parę krokówNieważne, że mam za sobą dobry dzień:wszystko i tak zawsze się kończy w mroku.
Początek wszystkiego jest trenem napisanym po śmierci matki. Frymorgen przeżywa ją z dziecięcą szczerością, ale prowadzi przez labirynt uczuć dorośle, bez melodramatu. Jesteśmy świadkami stopniowego oswajania żałoby. Autor nazywa ją potworem: Czasami ocieka śluzem, innym razem nosi zatruty pióropusz i wściekle miota ogonem. Może też przybrać postać niewinną łasi się wtedy puszyście, by w ułamku sekundy wbić zęby w aortę. Kronika Frymorgena posiada swój muzyczny rytm i intensywność zróżnicowaną batutą czasu. Wewnętrzne impresje przeplatane są lapidarnymi wspomnieniami. Czasami punktem wyjścia jest złożony pod mikroskopem kadr z rodzinnego albumu, innym razem odległa historia, która uniwersalizuje najprostsze doświadczenia. Momentami brutalna, ale i rozbrajająco czuła książka, jest zapisem bolesnego rytuału przejścia. Dla jednych będzie projekcją nieuniknionego, dla innych powtórką z zaliczanego cierpienia. To emocjonalna transfuzja z żyły do żyły. Warto ją przeżyć.
Książka ta jest czymś w rodzaju, une sorte, marańskiego midrasza do słynnej circonfession Derridy, w którym ten wyznaje, że jest czymś w rodzaju, une sorte, marana francuskiego katolicyzmu: Wyznałem sobie pewnego dnia w Toledo że jestem czymś w rodzaju marana francuskiej kultury katolickiej [une sorte de marrane de la culture catholique franaise]; że mam swoje chrześcijańskie ciało, odziedziczone w mniej lub bardziej pokrętny sposób po SA (Świętym Augustynie), condiebar eius sale [zaprawione jego solą]; że jestem jednym z tych maranów, którzy nie przyznają się do bycia Żydami nawet w najgłębszym sekrecie serca [dans le secret de leur coeur] nie po to jednak, by się w ten sposób uwiarygodnić w swym maranizmie po obu stronach prywatno-publicznej barykady, ale zwłaszcza z tego powodu, że wszystko podają w wątpienie, nigdy nie chodzą do spowiedzi i nigdy nie rezygnują z Oświecenia, bez względu na koszty; i są zawsze gotowi, by spłonąć, prawie-spłonąć, kiedy zdarza im się pisać pod pręgierzem tego straszliwego prawa, które stawia ich wobec niemożliwości bycia twarzą w twarz.
Symbol roku to ??? (bet/szin/hei), co oznacza, że Rosz Haszana przypada w poniedziałek (drugi dzień tygodnia), miesiące cheszwan i kislew mają po 30 dni (szlemim pełne), a pierwszy dzień Pesach przypada w czwartek (piąty dzień tygodnia). Rok ma 355 dni i 50 Szabatów. Jest to siódmy rok w dziewiętnastoletnim cyklu księżycowym i piętnasty rok w dwudziestoośmioletnim cyklu słonecznym. W kalendarzu podano czas rozpoczęcia i zakończenia Szabatów, świąt i postów dla pięciu miast Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia oraz Rzymu, według programu Kaluach. Czas zapalania świec przed Szabatem i świętami 18 minut przed zachodem słońca. W święta podano czas rozpoczęcia pierwszego dnia świątecznego, zakończenia pierwszego dnia świątecznego (co oznacza jednocześnie nastanie drugiego dnia) oraz czas zakończenia drugiego dnia świątecznego. Uwzględniono zmianę czasu na letni (czas przestawiany jest w ostatnią niedzielę października oraz w ostatnią niedzielę marca). W erew Pesach podano czas do kiedy dozwolone jest spożywanie chamecu oraz czas do kiedy wolno chamec posiadać.
...wdzięczna pamięć i obserwacja, anegdota i logos, wejrzenie w siebie, w innych i w historię grają w jednej orkiestrze swój porywający, lekki, choć przez to nie mniej dojmujący, koncert. Jarosław Mikołajewski Kontynuacja esejów Zaraza. Lekcja nieprzerobiona i Statek głupców. Biedni Polacy patrzą na Usnarz. Tekst powstawał podczas długich spacerów po plażach Fuerteventury. Jest o - naturalnym w tym miejscu - przemijaniu, ale i o trwałości pewnych postaw. O jasnym, gorącym dniu, ale i o nagłym cieniu i mrocznych znakach Armagedonu. Tom dedykowany pamięci Jerzego Treli.
Chcecie bajki? Oto bajka... Dawno, dawno temu za górami, za lasami i za siedmioma morzami żył sobie pewien Prezes. Wzrostu był miernego, ale ducha ogromnego. I Prezes ów na jednym z wielu spotkań ze swymi poddanymi, w swym zwykłym krasomówczym ferworze i zarazem w wielkim etycznym wzmożeniu, wypowiedział był te niezwykłe, wiele znaczące, choć bynajmniej nie jednoznaczne, słowa: - Nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe białe. I od tego momentu ta skrzydlata fraza załopotała na partyjnych sztandarach i zaczęła obowiązywać jako pewnik, a zarazem wspólny mianownik, w Krakowie i Pcimiu, Łomży i Zamościu, Kielcach i Radomiu oraz ogólnie między Bugiem i Odrą, Wisłą i Nysą (Łużycką).
Noemi Wigdorowicz-Makower (ur. w 1912 w Warszawie, zm. w 2015 w Sztokholmie) - polska lekarz stomatolog, żydowskiego pochodzenia, wieloletnia pracownik naukowy Akademii Medycznej we Wrocławiu. Ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego.W 1940 r. przesiedlona do getta, gdzie pracowała w gabinecie dentystycznym oraz w ambulatorium gminnym. W getcie poznała męża Henryka Makowera.Po ucieczce z getta oboje ukrywali się w Miłosnej pod Warszawą. Podobnie jak maż w 1944 r. wstąpiła jako ochotnik do Ludowego Wojska Polskiego.Od 1946 r. pracował w Klinice Stomatologii Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie zdobywała poszczególne tytuły naukowe, a w 1977 r. otrzymała tytuł profesora nadzwyczajnego.Henryk Makower (ur. w 1904 r. w Kaliszu, zm. w 1964 we Wrocławiu) - polski lekarz i badacz żydowskiego pochodzenia, profesor mikrobiologii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Studiował biologię na Uniwersytecie Wileńskim, następnie medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po ukończeniu studiów, do wybuchu wojny pracował w Łodzi jako lekarz internista.W 1940 r. został przesiedlony do getta warszawskiego, gdzie był ordynatorem oddziału zakaźnego w Szpitalu Dziecięcym; brał udział w zwalczaniu tyfusu. W 1942 r. wziął ślub z Noemi Wigdorowicz.24 stycznia 1943 nieudanie próbowali wraz żoną wydostać się z getta, ale trzy dni później przejechali z grupą placówkarzy na stronę aryjską. Początkowo małżonkowie przebywali w mieszkaniu rodziny Paluchów, następnie przez 18 miesięcy ukrywali się w Miłosnej pod Warszawą, gdzie opieką otaczali ich przyjaciele i doktor Emil Paluch. W 1944 wstąpił jako ochotnik do Wojska Polskiego w Lublinie.Po wojnie objął stanowisko adiunkta w Zakładzie Mikrobiologii Uniwersytetu Wrocławskiego.Był stypendystą Fundacji Rockefellera; w ramach stypendium w Stanach Zjednoczonych prowadził badania wirusologiczne. Zorganizował pracownię wirusologiczną przy Zakładzie Mikrobiologii Lekarskiej. Pracował jako profesor Zakładu Wirusologii Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej we Wrocławiu. W pracy zawodowej zajmował się wirusologią, epidemiologią i etiologią chorób wirusowych w szczególności grypy.
Na przestrzeni dwudziestu lat moje życie było związane z Tłomackiem 13. Z tego powodu pozwalam sobie pisać o siedzibie Żydowskiego Związku Literatów i Dziennikarzy. Przeżyłem tam wiele radości i niemało goryczy. Bywało, że wściekałem się na Budę, ale teraz nie biorę tego pod uwagę. Teraz pragnę tylko jednego: wywołać z niebytu osoby, które przewinęły się przez Tłomackie 13. [] Przelanie wspomnień na papier wymaga mocnego skupienia. Silnej koncentracji umysłu. Trzeba wywołać z głębi pamięci postacie, osoby i środowiska, w którym te osoby się obracały. Należy też mocno wytężyć słuch, żeby wyłowić głosy tych osób. Kiedy to czynię, ciarki przechodzą mi po plecach. Rwą się myśli. Nie ma ich. Nie ma już tych ludzi, nie ma tych domów, nie ma ulic. Spoglądam w przeszłość przez dziury rozdartej duszy. Ale muszę przecież coś wypatrzyć, coś zobaczyć, bo pragnę coś opowiedzieć.Zusman Segałowicz
O tym, że w Polsce powinna powstać Hagada kobiet, myślałam od dawna odkąd przeczytałam i przetłumaczyłam wiersz Merle Feld Wszyscy staliśmy razem. Musiała jednak powstać wspólnota kobiet, które chciałyby ją napisać. Dlatego chętnie dołączyłam do projektu Kol Isha, do którego zaprosiły mnie jego uczestniczki. Zgodnie z duchem Hagady, która miała powstać, rozumiałam swoją rolę jako położnej, która pomaga przyjść na świat. []Krakowska Hagada kobiet ujrzy światło dzienne. Oby niosła nadzieję na przyszłość, oby zwiastowała wyjście z niewoli ku wolności. A do uczestniczek naszych zgromadzeń, do każdej z osobna, chciałabym skierować błogosławieństwo, sformułowane również przez poetkę Merle Feld: Bądź, kim jesteś i bądź błogosławiona za wszystko, czym jesteś.I have cherished the idea of a women's Haggadah for a long time ever since I read and translated Merle Feld's poem We All Stood Together. But to make it real, a community of women who would like to write it should be created. This is why on the invitation from the participants, I have willingly joined the Kol Isha project. In the spirit of the Haggadah to be created, I saw myself as performing the role of a midwife, helping it to be born. []The Haggadah of Kraków will come to light. Let it bring hope for the future, let it announce the exodus from slavery to freedom. To the participants of our meetings to all of them and to every single one I would like to address the words of the blessing, written by Merle Feld: Be who you are, and be blessed for everything that you are.Bella Szwarcman-Czarnota
Teksty zebrane w tej książeczce zostały nie tyle napisane, co wykrzyczane z rozpaczy, gniewu i bezsilności. Są owocem bardziej reakcji fizjologicznej niż operacji intelektualnej. Nie angażując się bezpośrednio w politykę, tylko w ten sposób mogłem wyrazić swój bunt i niezgodę, na to, co dzieje się w naszym kraju.Próbowałem w nich powiedzieć, co czuję, opisać skalę zniszczeń, wyrazić ból i niedowierzanie, że z cieszącego się wolnością, podziwianego za swe osiągnięcia kraju mogliśmy w ciągu kilku zaledwie lat stać się zapyziałą dyktaturą i pośmiewiskiem Europy. Niech teksty te będą zapisem toczącej nas choroby. Oby mogły też być lekarstwem aplikowanym jako odtrutka.Jerzy Illg
To się nie zmieni terazPo tylu latach;Życie tego nie zmyłoŁzami rozstania;Śmierć nie pogrzebie,Żyć będzieWe wszystkich moich pieśniach dla ciebieKiedy odejdę.Sara Teasdale Któż dzisiaj wie kim była Sara Teasdale, amerykańska poetka przełomu XIX i XX wieku? Przyznam, że jeszcze kilka lat temu i ja nie miałam pojęcia o jej istnieniu.Sara przyszła do mnie sama. To nieprawdopodobne, a jednak tak się stało. Wchodziła w moje życie małymi krokami, niepostrzeżenie. Początkowo pod postacią utworów muzycznych, które do jej wierszy tworzył mój przyjaciel Andrzej Rejman. Wysyłał mi je mailem. Wtedy bardziej interesowała mnie muzyka niż tekst piosenki. Nie starałam się nawet go rozumieć. Zastanawiało mnie jedynie dlaczego swoje utwory Andrzej chce śpiewać po angielsku? Czy w Polsce nie lepiej byłoby tworzyć w języku ojczystym? Ale Andrzej tego nie chciał. W jego reakcji wyczuwałam jakieś dziwne przywiązanie do oryginalnych tekstów, jakiś nieprawdopodobny szacunek do autorki wierszy. Zauważyłam, że nawiązał z nią pewnego rodzaju przyjaźń. Sprowadzał ze Stanów przedwojenne wydania poezji Sary, bo lubił komponować otwierając żywą książkę. Kiedyś w czasie pracy książka upadła i kiedy otworzył ją na przypadkowej stronie, przeczytał wiersz rozpoczynający się słowami: ,,In Warsaw, In Poland half the world away, the one I love best of all thought of me to-day;"" (W Warszawie, w Polsce, stąd o pół świata gdzieś, najukochańszy mój jedyny, pomyślał o mnie dziś).Opowiadał mi o tym, jak bardzo go to poruszyło. Zdziwił się, że na początku XX wieku w amerykańskiej poezji przewija się Polska i Warszawa. Poczuł nagle jakby Sara chciała mu coś powiedzieć. Ale takie słowa? Przeszył go dreszcz. Wprawdzie pracował już jakiś czas z jej poezją, nawet ją polubił. Wyczuwał przesłanie i klimat wierszy. Komponował kierując się ich nastrojem. Ale poczuł, że ona teraz mocniej chwyciła go za rękę i ciągnie do siebie. Jakby chciała powiedzieć: ,,Nie odchodź! Zostań ze mną! Otwieram Ci drogę do pracy nad moimi wierszami, ufam Ci!"".[ze Wstępu Anny Ciciszwili]
Frymografia jest wielowątkowym esejem o postrzeganiu świata i osobistym przeżywaniu fotografii. Korzystając z pretekstu, jakim są zdjęcia, autor opisuje subiektywną relację z rzeczywistością za pośrednictwem aparatu. Kieruje obiektyw na rzeczy duże i małe. Na miejsca i na człowieka. Także na siebie. Prawdziwym bohaterem książki jest życie.W swej ascetycznej prozie Bogdan Frymorgen przenosi nas w czasie i przestrzeni, żongluje historią i współczesnością, opowiada o rytuale przejścia z fotografii amatorskiej do dojrzałej. Frymografia śledzi powstawanie stylu i towarzyszy zdjęciom w ich wielorakich odsłonach. W kilkudziesięciu skromnie ilustrowanych opowieściach wyłania się obraz fotografa pełniącego misję. Frymorgen służy fotografii tak sam siebie określa.Jest dziennikarzem z wieloletnim stażem, londyńskim korespondentem radia RMF FM. Ma na swoim koncie kilka wystaw i albumów. Zajmuje się też nadzorem projektów fotograficznych i literackich. Ojciec i mąż, od niedawna dziadek, ciekawy świata podróżnik. Wszystkie te aspekty znajdują odzwierciedlenie w tekstach. Zdjęcia i proza Frymorgena uniwersalizują człowieka. Opisują jego kondycję w różnych kontekstach. Miejsce akcji nigdy nie jest wyłącznie miejscem. Czas przestaje być linearny. Fotograf tylko pozornie fotografuje. W rzeczywistości porządkuje świat na swoich zasadach.Aparat to młotek, a zdjęcie to gwóźdź podkreśla Frymorgen, stroniąc od fetyszyzowania technicznego aspektu współczesnej fotografii. Unika stereotypów w tej książce nie znajdziecie wiele informacji o sprzęcie. Autor wprowadza natomiast pojęcia kadru pierwotnego i pre-wizualizacji które pomagają mu w uzyskaniu twórczej konsekwencji. Fotografia jest też dla Frymorgena formą terapii. To narzędzie do godzenia się lub rozliczania z przeszłością. To także kryształowa kula, o czym dowiadujemy się często dopiero po latach.Frymografia opowiada również o szukaniu kontaktu z przeszłością: to Lanckorona widziana oczami prababki czy Chorwacja rozliczana z wojennych grzechów surowym obiektywem dziennikarza. To Londyn miasto Frymorgena które sam nazywa potworem i tak je fotografuje. Plac w Marrakeszu staje się dla niego partią szachów, a mazurska wioska opowieścią o nieuchronnych zmianach. Frymorgen, zabiera nas także dosłownie w podróż dookoła świata, choć robi to przewrotnie. Różnicuje swój styl poetycka proza opowiadań przeplata się z reportażowym spojrzeniem. W tle zawsze jest obraz zawsze inny tętniący muzyką, ogłuszający pustką czy ociekający terrorem.Frymorgen umiejętnie dobiera słowa. Podobnie jak w swojej fotografii, także w pisarstwie wyznaje zasadę: mniej to więcej. W końcu rozlicza się sam ze sobą, pisząc o kosztach, jakie z uwagi na jego pasję poniosła cała rodzina. To szczera i odważna proza, w której dużo jest światła i cienia.
Jestem pod urokiem poetyckiej prozy Jakuba Ciećkiewicza.Mitologia dzieciństwa, baśniowe miniaturki o dużym ładunku emocjonalnym poświęcone Olszy i innym zakątkom Krakowa, w których to na poły surrealistycznych miniaturkach zadziwia realistyczna dbałość o detal i szczegół opisywanego świata, zapamiętanego oczami dziecka; galeria dziwaków, proroków, Jezusów, Judaszy, Michałów Aniołów, panów Mechów, Banachów, Cuchaltów i innych postaci z odeszłej epoki, kolorowych ptaków, jakich się już nie spotyka, bo przecież jak zapowiada tytuł tej prozo-poezji jest to rzecz o końcu świata na mojej ulicy.Z przedmowy Józefa Barana
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?