Nowe wydanie "Vademecum generała, czyli czego nie robić i co robić, kiedy władza wpadnie ci w ręce" uzupełnione o "Vademecum pokutnika" oraz o "Vademecum kierowcy".
Koniecznie powinni po tę książkę sięgnąć wszyscy szefowie, ale też ci, którzy władzy innych podlegają. Ci drudzy zresztą szczególnie, aby wiedzieli, czego mogą się spodziewać po swoich szefach i czego od nich oczekiwać. Autor z humorem i dystansem podchodzi do swojej funkcji generała Zgromadzenia Księży Marianów, którą sprawował w latach 1993-1998.
Ks. Boniecki postanowił uzupełnić swoje zapiski sprzed lat dwoma tekstami skierowanymi do penitentów oraz do kierowców. Luźne spostrzeżenia wprawnego obserwatora stosunków międzyludzkich mają wielką zaletę ? są krótkie i trafiają w sedno spraw, o których mowa.
Lektura tylko z pozoru zabawna. Zmusza do myślenia i wyciągania własnych wniosków.
Książka przedstawia dzieje zsyłki do sowieckiego łagru ks. Michała Woronieckiego – misjonarza, prowadzącego duszpasterstwo po II wojnie światowej we Lwowie i okolicach. Autor wiernie relacjonuje motywy i sposób swego aresztowania, śledztwo i stawiane mu zarzuty, absurdalny „sąd”, wyrok skazujący na 25 lat łagrów, drogę do łagru Dżezkazgan Rudnik w Kazachstanie, późniejsze przeniesienia do innych oddziałów, wreszcie uwolnienie w 1956 r. Opisuje warunki życia w poszczególnych otdielienijach obozu, rodzaj pracy wykonywanej przez więźniów, wzajemne relacje, kontakty z wolnym światem. Szkicuje też sylwetki ludzi – zarówno łagierników, funkcyjnych, jak i bliskich, wspierających zakliuczonnych poprzez listy i paczki. Jesteśmy świadkami świąt obchodzonych w obozie, a także działań duszpasterskich – sprawowania potajemnych Eucharystii i sakramentu pokuty przez wielu kapłanów, skazanych przez sowietów na „poprawcze obozy pracy”.
Relację ubogacają liczne listy i fotografie z miejsc zsyłki. Tekst wspomnień został zaopatrzony w przypisy tłumaczące rosyjskie skróty i objaśniające ich zawartość, jak również przybliżające nazwy wspominanych miejscowości. Liczne nazwy rosyjskojęzyczne, używane przez autora (i objaśnione), nadają książce posmak autentyzmu i pozwalają odczuć klimat tamtych wydarzeń.
Autobiografia niezwykłej kobiety ? tragiczna, a zarazem inspirująca opowieść o nadzwyczajnej odwadze i szlachetności ludzkiego ducha. Historia, która niesie nadzieję dla tysięcy dzieci i młodych kobiet sprzedawanych w najróżniejszych zakątkach świata do domów publicznych.
Somaly Mam urodziła się w Kambodży w burzliwych czasach niepokojów politycznych, po których nastąpił okres krwawego reżimu Czerwonych Khmerów. Wychowywała się bez rodziców w maleńkiej wiosce położonej w leśnej głuszy, żyjąc z dnia na dzień, jedząc to, co sama znalazła. Z wioski zabrał ja starszy mężczyzna; we wspomnieniach nazywa go ?dziadkiem?. Traktowana jak niewolnica i nieustannie poniżana, została w wieku szesnastu lat sprzedana do burdelu. Przeszła tam piekło ? była bita, brutalnie gwałcona, zmuszana do prostytucji.
W 1993 roku udało jej się zbiec ? zamieszkała we Francji, wyszła za mąż oraz podjęła pracę jako pielęgniarka. Nie zapomniała swojej dramatycznej przeszłości, ani faktu, że ocalenie zawdzięcza przypadkowym ludziom, którzy okazali jej serce i współczucie. Stworzyła dwie znane na forum międzynarodowym organizacje niosące pomoc ofiarom handlu żywym towarem i seksualnej przemocy; stała się jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata.
Wielokrotnie grożono jej śmiercią, a także próbowano zastraszyć, porywając jej córkę. Mimo to znajduje wciąż siłę i odwagę, by swoje zycie poświęcić innym.
Autobiografia niezwykłej kobiety ? tragiczna, a zarazem inspirująca opowieść o nadzwyczajnej odwadze i szlachetności ludzkiego ducha. Historia, która niesie nadzieję dla tysięcy dzieci i młodych kobiet sprzedawanych w najróżniejszych zakątkach świata do domów publicznych.
Somaly Mam urodziła się w Kambodży w burzliwych czasach niepokojów politycznych, po których nastąpił okres krwawego reżimu Czerwonych Khmerów. Wychowywała się bez rodziców w maleńkiej wiosce położonej w leśnej głuszy, żyjąc z dnia na dzień, jedząc to, co sama znalazła. Z wioski zabrał ja starszy mężczyzna; we wspomnieniach nazywa go ?dziadkiem?. Traktowana jak niewolnica i nieustannie poniżana, została w wieku szesnastu lat sprzedana do burdelu. Przeszła tam piekło ? była bita, brutalnie gwałcona, zmuszana do prostytucji. W 1993 roku udało jej się zbiec ? zamieszkała we Francji, wyszła za mąż oraz podjęła prace jako pielęgniarka. Nie zapomniała swojej dramatycznej przeszłości ani faktu, że ocalenie zawdzięcza przypadkowym ludziom, którzy okazali jej serce i współczucie. Stworzyła dwie znane na forum międzynarodowym organizacje niosące pomoc ofiarom handlu żywym towarem i seksualnej przemocy; stała się jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata. Wielokrotnie grożono jej śmiercią, a także próbowano zastraszyć, porywając jej córkę. Mimo to znajduje wciąż siłę i odwagę, by swoje życie poświęcić innym.
Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam w to, co ciągle mi powtarzano: że jestem zła i zasługuję na tortury, bo jestem dzieckiem szatana...
Alloma Gilbert była jedną z ofiar fanatyczki religijnej, która zadawała swoim adoptowanym dzieciom ogromne cierpienie. Książka Gilbert to poruszająca i niezwykle szczera opowieść o drodze z piekła do normalności.
Fragment książki Ocal mnie od złego
ROZDZIAŁ 6
NOWA RELIGIA
Kiedy złe traktowanie przez Eunice Sarah, Thomasa i mnie zaczęło się powtarzać, rozpoczynając się od razów i uderzeń w twarz, a kończąc ciosami w głowę, moi rodzice, zupełnie nieświadomi tego, co się dzieje w domu przy George Dowty, wprowadzili się do mieszkania w tym samym dużym wiktoriańskim domu, który opuściła moja babcia, przenosząc się do miejsca, w którym miała odtąd mieszkać, gdy miałam około czterech lat. Rodziców widziałam jeszcze tylko kilka razy, a wówczas, z obawy przed srogą karą, która wymierzyłaby mi Eunice, wolałam im nie wspominać, że spotyka mnie coś złego. W owym czasie dotarło już do mnie, że poza domem oczekuje się ode mnie zachowania bez zarzutu i wielkiej skromności,
zwłaszcza że wszędzie towarzyszyła nam Eunice, która obserwowała każdy grymas mojej twarzy i rejestrowała każde moje słowo, wskutek czego, wysunąwszy się nieco z szeregu, musiałabym potem słono za to zapłacić. Na sposób myślenia Eunice i na ewangeliczny jeżyk, którego używała, na jej wywody na temat diabła i złych duchów miała wpływ jej dziwaczna interpretacja wiary świadków Jehowy. Wiara stanowiła znaczną część jej życia, a wkrótce stała się znaczą częścią również i mojego, gdyż niedługo potem jak Thomas i ja zamieszkaliśmy w jej domu, Eunice zaczęła zabierać nas na spotkania świadków Jehowy. Już wcześniej wierzyłam w Jezusa, gdyż uczono mnie o Nim w mojej pierwszej szkole. Jako mała dziewczynka naprawdę uważałam, że kocham Jezusa. Ale nie wystarczyło to Eunice, która chciała, by wszystkie jej dzieci podzielały jej przekonania religijne. Thomas i ja byliśmy nowicjuszami w sferze tej religii i Eunice powtarzała nam, że wywodzimy się od satanistów; mieliśmy uczestniczyć razem z nią w spotkaniach religijnych, by podjąć próbę ocalenia naszych przesiąkniętych złem dusz.
Eunice uczęszczała na odbywające się w Tewkesbury spotkania świadków Jehowy trzy albo cztery razy w tygodniu, zabierając nas wszystkich ze sobą. Chodziliśmy na niedzielne spotkania w Sali Królestwa, w czasie których słuchaliśmy mowy wygłaszanej przez starszego zboru oraz studiowaliśmy numery „Watchtowera". W tygodniu odbywały się jeszcze trzy inne spotkania: jedno, w trakcie
którego szkolono dorosłych w zakresie głoszenia religii metodą domokrążców; we wtorki Eunice szła do domu pewnego małżeństwa, w którym zbierały się małe grupy, by razem studiować książki religijne; w czwartki zaś udawała się do Sali Królestwa, żeby posłuchać wystąpień na temat przemawiania w miejscach publicznych.
W czasie tych spotkań nam, dzieciom, zawsze kazano siedzieć w milczeniu i dobrze się zachowywać; podczas gdy dorośli zgłębiali księgi, my udawaliśmy, że studiujemy nasze. W jednej z książek wyczytałam, że Jezus nie został ukrzyżowany, wbrew temu, czego uczono mnie w szkole, lecz że umarł na słupie, co wydało mi się dziwaczne i niepokojące.
Czasami dostawałam książkę z obrazkami zawierającą historie z Biblii, choć w owym czasie czytałam już dość dobrze. Ale obrazki dostarczały mi przynajmniej przez pewien czas jakiejś rozrywki. W końcu jednak spotkania te zupełnie mnie znudziły i bardzo nie lubiłam sytuacji, kiedy miałam czytać jakiś paragraf z książki, a potem mówić na ten temat przed zgromadzonymi. Nazywało się to „wyjaśnianiem". Bardzo się bałam tego „wyjaśniania" i byłam wtedy bardzo skrępowana, zwłaszcza że Eunice wbijała wtedy we mnie swój stalowy wzrok, tylko czekając, aż popełnię błąd, za który mogłaby mnie potem ukarać w domu.
Świadkowie Jehowy uczyli nas, że Jezusa nie należy czcić ani się do Niego modlić, ponieważ jest On synem Boga, lecz nie jest równy Bogu, a wskrzeszony został jedynie duchowo. Nie wierzą w piekło ani w to, że ludzie mają nieśmiertelną dusze, która po ich śmierci trafia do nieba. Jednak ludzie mogą zostać wskrzeszeni przez Boga. Wiele też rozprawiano o tym, że żyjemy w czasach ostatecznych, że zbliża się Armagedon, a kiedy nadejdzie, jedynie sto czterdzieści cztery tysiące namaszczonych trafią do nieba. Pozostali świadkowie Jehowy (wraz z resztą ludzi) będą żyli w raju, tu, na ziemi.
Obchodzenie dni świątecznych, takich jak Boże Narodzenie, Wielkanoc, a nawet urodziny, było zakazane z racji ich pogańskiej genezy. Świadkowie Jehowy nauczali również, że w miarę możliwości powinniśmy utrzymywać kontakt jedynie z członkami sekty, ograniczając do minimum styczność ze „światem zewnętrznym" i innymi ludźmi. Wszystkich świadków Jehowy trzeba było nazywać „bratem" albo „siostrą", chociaż nie byli naszą prawdziwą rodziną.
Dziwaczny bzik Eunice na punkcie religii stanowił dla niej dogodny pretekst do ciągłego dręczenia nas, mieszkających z nią dzieci. Eunice uporczywie tłumaczyła nam, że dyscyplina jest częścią religii. Sądzę jednak, że dyscyplina dla samej dyscypliny była religią Eunice, która mówiła, że muszę być grzeczna, że muszę być uczciwa, że nie wolno mi kłamać, w przeciwnym razie umrę. Jej wyjaśnienia dotyczące wszystkiego, co wiązało się ze świadkami Jehowy, były zawsze bardzo dramatyczne, pełne grozy i wszelakich okropności. I nie chodziło tylko o to, że umrę, ale o to, że umrę naprawdę straszną, powolną i bolesną śmiercią. Eunice roztaczała wizje pełne piekielnego ognia, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Przerażone dzieci to dzieci posłuszne: myślę, że o to mniej więcej jej chodziło.
Eunice straszyła nas, że umrzemy, jeśli nie będziemy słuchać Boga i bać się Go. Jednak, dodawała, umrzemy również wówczas, gdy będziemy Mu posłuszni jedynie ze strachu. W takiej sytuacji, mawiała, umrzemy tak czy owak, ponieważ czujemy lęk, nie zaś miłość do Boga - wszystko to było bardzo deprymujące.
Eunice zwykła nas straszyć opowieściami o Armage-donie, kiedy to przyjdą po nas żołnierze i nas pozabijają. Nasze oczy rozpłyną się, nasza skóra się spali, my zaś będziemy czuli najstraszliwszy, przeszywający ból, jaki potrafimy sobie wyobrazić. Myśląc o tym, miewałam koszmarne wizje, nienawidziłam też zamieszczonych w czasopismach obrazków przedstawiających Armagedon. Eunice kazała nam oglądać horrory, byśmy mogli mieć wyobrażenie na temat Armagedonu i piekła. Filmy te nie były przeznaczone dla osób w naszym wieku i były niezwykle przykre, a wręcz wywoływały w nas traumę.
Thomas i ja często strasznie się ze sobą biliśmy, a pewnego razu, kiedy go uderzyłam, Eunice powiedziała mi, że Thomas umrze od zarazków, którymi go zaraziłam. To przez nią zaczęłam myśleć, że jestem chora i że Thomas może umrzeć, ponieważ raz go ugryzłam. Latami w to wierzyłam, czując się fatalnie i mając wobec niego poczucie winy. Sama myśl, że za pośrednictwem krwi przenoszą się nie tylko złe cechy charakteru, lecz również zarazki, stanowiła punkt newralgiczny wszystkich przekonań Eunice. Ona naprawdę wierzyła, że jestem dzieckiem diabła, złym i zdeprawowanym do szpiku kości z racji mojego pochodzenia, i bez końca usiłowała mi to wbić do głowy. Według niej miałam w sobie zbrukaną, złą, zepsutą krew.
Rodzice Eunice, Katie i John, również byli oddanymi świadkami Jehowy i Eunice wzrastała w tej wierze. Pewnego razu w domu Eunice, w jednej z szuflad znalazłam coś, co wydało mi się dziwne, zważywszy fakt, że po-zamałżeński i przedmałżeński seks był zakazany. Było to zdjęcie przedstawiające ją w łóżku z dwoma mężczyznami i w kusej bieliźnie. Bez wątpienia oddawali się oni jakimś czynnościom seksualnym, robiąc do zdjęcia gest będący znakiem zwycięstwa. Nigdy nie wypytywałam Eunice w związku z tym zdjęciem, tak samo jak nie pytałam jej o nic innego, poza tym trudno byłoby mi się przyznać, że gmerałam w szufladzie albo że znalazłam takie zdjęcie. Z pewnością zostałabym wtedy ukarana. Niemniej jednak zapadło mi ono w pamięć jako kompletnie dla niej nietypowe. A może wcale takie nie było? Później odkryłam, że raz już wyrzucono ją z sekty- „pozbawiono członkowstwa", jak to nazywano - za jakieś przewinienie, lecz Eunice w jakiś sposób zdołała odzyskać utracone względy. Potrafiła być bardzo elokwentna, bardzo uwodzicielska. W końcu, zanim ją spotkałam, udało jej się skutecznie uwieść dwóch mężczyzn.
Chcąc mi zaimponować, mówiła mi, że jest najlepszym z tutejszych świadków Jehowy: że jest najwierniejszym z wyznawców, gdyż nie szczędzi dzieciom kar cielesnych. Częstokroć szydziła z innych świadków Jehowy, z którymi mieliśmy kontakt, mówiąc nam, że nie są to prawdziwi wyznawcy, ponieważ są zbyt miękcy. W rzeczy samej przekonałam się później, że byli we wspólnocie bardzo oddani świadkowie Jehowy, którzy nie popierali bicia i dręczenia dzieci. Wierzyli w oddanie sprawie, lecz nie w skrajne okrucieństwo i nadmierny rytualizm, będące udziałem Eunice. Jednak przekonałam się o tym dopiero znacznie później, gdy zło już się dokonało. Jak na ironię losu, w ostatecznym rozrachunku wdzięczna byłam tym świadkom Jehowy, którzy w opinii Eunice byli „miękcy".
Nadal próbuję zrozumieć, czy zachowanie Eunice wynikało z przeświadczenia natury religijnej, że oto musi „dać nam nauczkę", czy też wierzyła ona naprawdę, że to, co każe nam robić albo co sama nam robi, „udoskonali" nasze charaktery, poskutkuje poprawą naszego zdrowia i pozwoli nam zbawić znieprawioną duszę. Tak czy owak, przyjęła karzącą, rygorystyczną postawę, w ramach której istnieje tylko czerń i biel; tylko dobro i zło. Ona, Eunice, była sędzią. Przez większość czasu byliśmy na straconej pozycji: jeśli przyznaliśmy się do jakiegoś „grzechu", czekała nas kara, a jeśli się nie przyznaliśmy (co również było grzechem), także zostawaliśmy ukarani. W obu przypadkach mieliśmy się z pyszna.
Jan Paweł II i jego nauczanie w oczach jego bliskiego współpracownika.
Chyba każdy Polak zna anegdoty o papieskich kremówkach, spływach kajakiem czy parę fragmentów z jego przemówień wygłoszonych podczas pielgrzymek do ojczyzny. Niewielu z nas jednak tak naprawdę zna jego nauczanie, a przede wszystkim encykliki. A przecież w tych wyjątkowych dokumentach odbija się styl pontyfikatu i sprawy dla ich autora najważniejsze.
Czternaście encyklik ogłoszonych przez Jana Pawła II przybliżają rozmowy prowadzone z ks. Adamem Bonieckim - wieloletnim redaktorem naczelnym polskiej edycji „L'Osservatore Romano” oraz „Tygodnika Powszechnego”, byłym generałem Zgromadzenia Księży Marianów, autorem m.in. bestsellerowej książki Lepiej palić fajkę niż czarownice. Rozmowy przeprowadziła znana dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN).
Dialog, w którym refleksja przeplata się z anegdotą, wprowadza w najważniejsze wątki nauczania i działalności Jana Pawła II, a przy okazji staje się pasjonującą rozmową o sprawach wiary.
Obecne wydanie zostało wzbogacone o nowy wstęp oraz obszerną rozmowę na temat dziedzictwa i świadectwa, jakie pozostawił nam Papież, przeprowadzoną po jego śmierci.
Najbardziej osobisty portret Benedykta XVI.
Kiedy na placu Świętego Piotra padły słowa Habemus papam! (...) Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Ratzinger!, Georg poczuł wielkie przygnębienie. Tak wielkie, że następnego ranka nie odebrał telefonu od swojego brata - nowego papieża...
Tylko Georg Ratzinger zna wszystkie przyzwyczajenia, słabości i tajemnice swojego młodszego brata - Josepha. Dzięki temu powstała jedyna w swoim rodzaju biografia Ojca Świętego Benedykta XVI.
Dramatyczna ucieczka z koszar Wehrmachtu, niemiecki kardynał u boku polskiego papieża, ale też słabość do watykańskich kotów i ulubiony serial telewizyjny - Benedykt XVI oczami najbliższej mu osoby
Jako nastolatka Sarah została umieszczona przez rodziców w kościele Tadford Charismatic. Nie zdawali sobie sprawy, że oddają córkę w ręce sekty, która wbrew jej woli zmusi dziewczynkę do posłuszeństwa. Ponad dekadę później nadal pozostawała uwięziona w kościele, wraz z czwórką własnych dzieci. Sarah cierpiała katusze, patrząc, jak każde z jej dzieci było bite i siłą zmuszane do jedzenia. Jednak odizolowana od świata i poddana praniu mózgu, była przerażona wyobrażeniem, co stanie się z jej rodziną, jeśli spróbuje uciec lub przeciwstawić się tyranii.
Wtedy zobaczyła, jak jej ośmioletni synek Paul został brutalnie pobity. Stanęła przed straszliwą alternatywą: pozostać z mężem, w zgodzie z własnymi przekonaniami i jednocześnie patrzeć, jak jej dzieci są maltretowane, lub uciec do świata, który uważała za siedlisko wszelkiego zła.
Pozwól mi odejść to szokująca, ale też inspirująca prawdziwa historia desperackiej walki matki o uchronienie swoich dzieci przed życiem pełnym nieszczęścia i krzywdy.
Nowa książka autorki bestsellerowego Kwiatu pustyni! W kolejnej autobiograficznej książce Waris Dirie opowiada o swym pobycie w Wiedniu, w którym zamieszkała po nieudanej próbie powrotu do ojczyzny. Jak powstawał film, kręcony na podstawie jej „Kwiatu pustyni”? Co naprawdę przydarzyło się w Brukseli, gdzie przeżyła porwanie? W jaki sposób Waris wspiera mieszkanki Afryki, prowadząc swą fundację? Opowieść o odwadze i tęsknocie, wiele anegdot z prywatnego życia i refleksje na temat współczesnego świata i miejsca, jakie zajmują w nim kobiety, te biedne, wciąż poniżane i czekające na pomoc.
Dwóch zakonników w habitach, autostopowiczów w drodze do Macedonii, to niecodzienne zjawisko. Ta wyjątkowa podróż, która była szeroko komentowana, budziła zainteresowanie, zaskoczenie, ale też krytykę. Ojcom: Krzysztofowi i Maciejowi możemy teraz towarzyszyć we wspomnieniach z tej niezwykłej drogi do Matki Teresy. Podróż ta została przepięknie zilustrowana grafikami autorstwa Jolanty Franus.
Krzysztof Pałys, dominikanin, ur. 1979 w Sanoku. Pracował jako operator betoniarki, kopacz rowów w bieszczadzkich lasach, zamiatacz ulic, bileter na hokejowych meczach. Przez rok studiował na wydziale Wiertnictwa, Nafty i Gazu, gdzie po semestrze dyscyplinarnie wyrzucono go z akademika. Ukończył resocjalizację i teologię. Na wskutek intelektualnych deficytów wysłany przez Zakon na kolejne studia z zakresu socjoterapii. Pracuje w Fundacji Przeciwdziałania Uzależnieniom ?Dominik?. Mieszka w Łodzi.
Z wody i ducha i to autobiografia Some’a stanowi porywający opis doświadczeń, jakich doznał wkraczając w dwa odmienne światy. Zarówno jako naukowiec (trzy fakultety, dwa doktoraty), jak i szaman oraz wróżbita plemienia Dagara, zabiera czytelnika do źródeł afrykańskiej mądrości ukazując mu niepowtarzalny obraz wróżb, obrzędów oraz trudów własnej inicjacji. Efektem tej podróży między dwiema kulturami jest jego posłannictwo, w myśl którego dzieli się z zachodnim światem wiedzą swego ludu. Książka Z wody i ducha jest obrazem afrykańskiej tradycji, ofiarowanej ze współczuciem tym, którzy zmagają się ze współczesnym kryzysem duchowości.
Fragment książki Z wody i ducha
Rozdział 6
Życie zaczyna się w Nansi
Szkoła z internatem była jak forteca, państwo w państwie, oaza ładu w chaosie afrykańskiej dżungli. Rzędy domów, piękniejszych nawet od tych w misji, stały w ogrodzie między drzewami, wzdłuż ścieżek, przy których rosły kwiaty. Kamienne lub betonowe ściany tych domów pomalowane na oślepiająco biały kolor szokowały i onieśmielały nowo przybyłych. Wszystkie miały blaszane dachy, większość - drewniane sufity. Najwyższy był kościół, który stał obok rezydencji nauczycieli. Jego ściany wzniesiono z betonowych pustaków, a na metalowej więźbie spoczywało blaszane poszycie dachu, które dźwięczało głośno, gdy uderzały w nie krople deszczu. Za nim stały budynki szkoły oraz internaty, z których każdy mieścił ponad setkę spartańskich żelaznych łóżek. Każda z klas była tak duża, by mogło do niej wejść osiemdziesiąt osób, a podczas porannych zajęć tłoczyło się ich tam nawet sto. W instytucji tej przebywało łącznie ponad pięciuset uczniów w wieku od dwunastu do dwudziestu jeden lat.
Ten olbrzymi przybytek religijny był spełnieniem marzeń uczestników misyjnej krucjaty, którzy przybyli na kontynent afrykański w ślad za imperializmem. Uczniowie pochodzili z każdego zakątka Francuskiej Afryki Zachodniej: z Mali, Nigerii, Togo, Wybrzeża Kości Słoniowej, Beninu. Niektórzy wcześniej byli baptystami przez kilka lat poddawanymi praniu mózgu. Inni ukończyli prywatne szkoły jako protegowani misjonarzy i wciąż tęsknili za swymi białymi ojcami.
Ten uniwersytet religijny składał się z dwóch części, Kam-pusu Rzymskiego i Kampusu Greckiego, które nazywaliśmy wydziałami. Kampus Rzymski zajmowało około trzystu dzieciaków w wieku od dwunastu do szesnastu lat. Tworzyły ją: ogromny budynek szkoły, dwa internaty i aula wykładowa. W auli spotykaliśmy się co wieczór o siódmej, by słuchać wykładów księdza na tematy religijne. Zazwyczaj mówił on o życiu jakiegoś europejskiego świętego, któremu poświęcony był ów dzień. Uczniowie noszący imię tego świętego obchodzili tego dnia urodziny. Było tak dlatego, że chrzest oznaczał odrodzenie pod czystszą postacią, „właściwe narodziny".
Wieczorne wykłady uważaliśmy za nużące. Słuchanie słowa bożego z pustym żołądkiem było jak powstrzymywanie się od śmiechu na widok małpich figli. Wytrwanie do końca wykładu stawało się możliwe dzięki jedynej wolności, jaką mieliśmy- marzeniom na jawie. Jeśli sprawialiśmy wrażenie skupionych i byliśmy cicho, ksiądz nie zwracał większej uwagi na to, co robimy.
W budynku szkoły znajdowały się trzy klasy. Pierwsza z nich, zwana septieme, była przeznaczona dla nowo przybyłych, którzy mieli się uczyć wszystkiego, od pisania wypracowań i geografii po matematykę i nauki przyrodnicze. Nauka odbywała się w języku francuskim. Z drugiej klasy, sixieme, korzystali ci, którym udało się przetrwać pierwszy rok w tej instytucji. W trzeciej, dnquieme, przygotowywano się do przejścia na Kampus Grecki. Wszyscy uczyliśmy się tych samych przedmiotów, ale zakres i trudność materiału były dostosowane do naszego poziomu.
Chłopcy z wyższego wydziału - zwani Grekami - mieli do dyspozycji pięć sal lekcyjnych zamiast trzech i zamieszkiwali dwa internaty podobne rozmiarami do tych z Kampusu Rzymskiego. Budynek ich szkoły przylegał do naszego. Stołówka była oddalona od wszystkich zabudowań i podzielona na dwie sekcje. Służyła studentom obydwu wydziałów.
Grecy nie lubili towarzystwa Rzymian, czyli chłopców z niższego wydziału. Poza tym nie dopuszczano, aby jedni i drudzy mieli ze sobą styczność po lekcjach. Grecy mieli wykłady w auli położonej obok swojej szkoły i swojego budynku warsztatowego, gdzie w każde czwartkowe i niedzielne popołudnie uczyli się szycia, wyplatania, obróbki drewna i metalu. Tam też mieli gimnastykę. Na wyższy wydział chodziło od stu do dwustu nastolatków i studentów mniej więcej dwudziestoletnich. Przed budynkiem szkoły były boiska do koszykówki i piłki nożnej oraz bieżnia lekkoatletyczna. Nie urządzono biblioteki, lecz każdy nauczyciel dysponował pokaźnym zbiorem książek, które odpowiadały intelektualnym i duchowym potrzebom jego uczniów. Każdy nauczyciel prowadził zajęcia z jednego przedmiotu, wszystkie podręczniki były w języku francuskim. Uczono nas również angielskiego, chociaż nie mieliśmy odpowiednich podręczników. I obowiązkowo łaciny, ale i do niej nie było podręczników. Nie mieliśmy lekcji niemieckiego ani żadnego innego języka europejskiego. Uczniów zachęcano, aby pożyczali książki od nauczycieli.
Jedna rzecz jest pewna. To liczne zgromadzenie członków nie tylko tego samego plemienia, lecz także różnych wspólnot plemiennych stanowiło dowód, że mimo dużego zróżnicowania możliwe jest osiągnięcie jedności. Okazało się nagle, że język francuski, który pozwala nam czytać i pisać, oddaje nam poza tym znacznie cenniejsze usługi. Stał się środkiem porozumienia między nami. Był jedyną rzeczą, która spajała nas w obrębie tej zróżnicowanej społeczności stworzonej przez jezuitów. Nie trzeba nas było zmuszać do mówienia po francusku ani karać za posługiwanie się lokalnymi językami. Większość z nas nie pamiętała już języka swojego plemienia, a poza tym kto by taki język zrozumiał? Moi pochodzący z plemienia Dagara przyjaciele ze szkoły misyjnej rozproszyli się wśród masy dzieci w seminarium, więc nie było nam łatwo trzymać się razem.
Seminarium w Nansi przywłaszczyło sobie nazwę i tereny wioski zamieszkiwanej przez plemię, którego członkowie w niemym osłupieniu obserwowali rozwój wydarzeń. Byli zszokowani, gdy uprzejmie ich poproszono, aby opuścili swoje własne ziemie. Jezuici dopuścili się kradzieży. Me czy sami tak to oceniali? Któż ośmieliłby się sprzeciwić ich zakusom? Studenci nie spotykali się z miejscową ludnością. Jedynie ksiądz prowadzący seminarium miał z nią kontakt podczas nabożeństw w wioskowym kościele.
W naszej instytucji panował imponujący francuski ład, który groźnie, acz majestatycznie górował nad uporczywie trzymającą się życia dziczą. Nawet architektura ze swymi stalowymi konstrukcjami mówiła każdemu studentowi o potędze Boga, któremu służyli biali. Seminarium przekształciło nawet naturę. Stworzono tu murowane domy, proste ścieżki, wypielęgnowane trawniki, ukwiecone ogrody, symetryczne kanały i zadbane parki — nowe piękno, któremu biały człowiek poświęcał się z taką gorliwością, gdyż pochodziło od Boga.
Za murami szkoły mogliśmy wdychać niczym niezmącony zapach natury, obserwować jej tajemniczy ład. Często wychodziliśmy na wycieczki botaniczne, podczas których rozpoznawaliśmy i badaliśmy niezmierzone bogactwo miejscowej roślinności.
Daleko od seminarium, starannie odseparowane, znajdowały się budynki nowicjatu - podobnej, lecz mniejszej instytucji przeznaczonej dla dziewcząt. Dopiero po latach było mi dane poznać to miejsce.
- Oto dzień cudu. Dzień, w którym nasz Pan, Jezus Chrystus, udowodnił raz jeszcze, że nie na próżno oddał życie na krzyżu. Umarł, ponieważ chciał ocalić swe dzieci przed wiecznym potępieniem. Teraz powstał z martwych, aby pokazać, że taki był jego zamiar, że jego cierpienie było ofiarą. Pan umarł z myślą o was. Dlatego jesteście jego wybranymi uczniami obdarzonymi powołaniem do kapłaństwa. Macie jak apostołowie ratować zbłąkane dusze swych braci i sióstr, kierując ich na drogę zbawienia.
Trwał upalny wielkanocny dzień. Msza była bardziej uroczysta niż zwykle, ponieważ Wielkanoc wyznacza szczytowy okres w kalendarzu, czasem ceniony nawet wyżej niż Boże Narodzenie, gdyż narodziny są czymś powszechnym, a zmartwychwstanie nie. Przede wszystkim nadchodził koniec Wielkiego Postu, który dla większości z nas był okresem marnego wyżywienia. Przechodziliśmy wtedy na wegetarianizm, co dla wielu było przerażające. Mamy jeść trawę dlatego, że Bóg cierpi i chce, abyśmy go wspierali jakimiś wyrzeczeniami?
Mszę celebrował Ojciec Przełożony, asystowało mu całe grono pedagogiczne złożone wyłącznie z jezuitów. Ubrany w majestatyczny ornat, na którym z przodu i z tyłu widniał krzyż, Ojciec Przełożony każdym ruchem ujawniał swój talent sceniczny. Można było odnieść wrażenie, że to on - a nie Jezus — znajduje się w centrum wydarzeń. Inni kapłani również wyglądali na zaangażowanych. Znali swe role tak doskonale, że odgrywali je niemal mechanicznie.
Przez ostatnich dziesięć lat Ojciec Przełożony zawsze odprawiał mszę rezurekcyjną w Nansi jako dyrektor tej szacownej instytucji. Wygłaszał również kazania po odczytaniu ewangelii przez innego księdza.
Zazwyczaj mówił o znaczeniu tego chrześcijańskiego święta. Często porównywał zmartwychwstanie do nawrócenia Afryki na chrześcijaństwo i nigdy nie przeoczył okazji, by wychwalać zakon jezuitów za jego wspaniałe dokonania. Dla niego każdy człowiek przyprowadzony do chrzcielnicy był zmartwychwstałą istotą podążającą za przykładem Chrystusa. Jednak tego dnia z jakiegoś powodu złamał swoje zasady i postanowił mówić o naszym powołaniu. [...]
Z wody i ducha
Spis treści:
Przedmowa
Wstęp
Rozdział l. Powolne powstawanie
Rozdział 2. Pożegnanie z dziadkiem
Rozdział 3. Pogrzeb dziadka
Rozdział 4: Nagłe rozstanie
Rozdział 5: Świat białych ludzi
Rozdział 6: Życie zaczyna się w Nansi
Rozdział 7: Rodzi się bunt
Rozdział 8: Nowe przebudzenia
Rozdział 9: Początek długiej podróży
Rozdział 10: Podróż do domu
Rozdział 11: Trudne początki
Rozdział 12: Próby powrotu do życia wioski
Rozdział 13: Spotkanie w kapliczce
Rozdział 14: Pierwsza noc w obozie inicjacyjnym
Rozdział 15: Nauka patrzenia
Rozdział 16: Świat ognia i pieśń gwiazd
Rozdział 17: W ramionach zielonej pani
Rozdział 18: Powrót do źródła
Rozdział 19: Otwarte przejście
Rozdział 20: Po drugiej stronie
Rozdział 21: Świat na dnie sadzawki
Rozdział 22: Pogrzeby, nauka i podróże
Rozdział 23: Podróż do podziemnego świata
Rozdział 24: Misja w podziemnym świecie
Rozdział 25: Powrót z podziemnego świata
Rozdział 26: Powrót do domu
Epilog: Powrót pełen obaw
W pierwszą rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem ukazała się książka "12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie" - rozmowy Joanny Racewicz z kobietami, które 10 kwietnia 2010 r. straciły bliskich. Wśród pasażerów tragicznego lotu był również Mąż autorki, kpt. Paweł Janeczek – funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, szef ochrony Prezydenta RP. Książka "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności", to 2 część dyptyku autorstwa Joanny Racewicz - tym razem o stracie opowiedzą mężczyźni - wśród nich Wojciech Wasserman, Maciej Komorowski, funkcjonariusze BOR.
Joanna Racewicz – karierę dziennikarską rozpoczęła, współpracując z lokalnymi mediami w Zamościu.
W latach 1999–2006 pracowała na stanowisku reportera i prezentera w „Panoramie” (TVP2). W październiku 2006 odeszła z TVP. Od 17 marca 2007 prowadziła cykl „Dom otwarty” w programie „Dzień Dobry TVN”. Od stycznia 2011 ponownie w TVP jako prezenterka „Panoramy”.
12 rozmów o pamięci Oswajanie nieobecności fragment ksiażki
Dariusz Bielas Janosik
Kiedy się poznaliście?
To był początek 1998 roku. Zacząłem pracę w Biurze Ochrony
Rządu dosłownie rok wcześniej, tuż przed Pawłem. Wtedy sztuką
było się nie znać. Było nas mało. Garstka ledwie. BÓR liczył nie więcej
niż siedemset osób. Zadaniem większości była ochrona tak zwanych
obiektów. Kancelarii prezydenta, premiera, budynków ministerstw,
rządowych agencji... Około setka pracowała w ochronie osobistej.
Jak przychodził jakiś „nowy", wystarczyło nie więcej niż trzy miesiące
i wszyscy go znali. Jeśli nie z imienia i nazwiska, to na pewno z „ksywy".
Spotykaliśmy się też prywatnie, w wolne dni, weekendy. Rodzinne
klimaty. Dzisiaj jest już inaczej. Biuro to moloch. Ze wszystkimi
tego konsekwencjami.
Bałagan? Marne zarządzanie?
Wybacz, nie chcę o tym mówić.
Bo...?
Bo taka jest zasada w służbach. Byłego borowika też to obowiązuje.
Mam swoje zdanie na ten temat, dobrze je znasz. I niech tak zostanie.
Nie mogę i nie chcę ogłaszać go wszem i wobec. Śmiało natomiast mogę
powiedzieć, że wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, Biuro było
jednostką elitarną. Nie, nie przez cały ten sztafaż i rekwizyty — słuchawkę
w uchu, garnitur i ciemne okulary. Właśnie przez fakt, że funkcjonariuszy
było tak niewielu... Dostać się do grupy ochronnej było jak wdrapać się
na K2. Znaczyło to, że jesteś dobry, bracie.
Mogło się „przewracać w głowach"?
Niektórym pewnie tak, ale Paweł na sto procent do takich ludzi nie należał.
Przecież wiesz. Raczej pierwszy tępił wszelkie przejawy wody sodowej
uderzającej kolegom do głowy. Wypalał to gorącym żelazem, choć —
spokojnie, Joasiu - bez przemocy.
Domyślam się. Pamiętasz, w jaki sposób zwrócił twoją uwagę?
Był facetem, którego natychmiast się zauważało. Wyróżniał się w tłumie.
I fizycznie, i osobowością. Wysoki, postawny, wyprostowany jak struna.
Bez odrobiny zadęcia, za to z wielkim dystansem do świata i siebie.
Wzbudzał sympatię. Nie dało się Go po prostu nie lubić. Uśmiechnięty.
Żartowniś. Ludzie do Niego lgnęli, chcieli przy Nim być. Miał taki
niesamowity rodzaj charyzmy. Takiej niewymuszonej, naturalnej, jakby
nosił ją w genach. Wchodził do pokoju — i nie było człowieka, który by
tego nie zauważył. Mało tego. Najczęściej przewodził dyskusjom i sprawiał, że ludzie zaczynali słuchać, co ma do powiedzenia. To był lider, Joasiu. Kto wymyślił „Janosika"?
Trudno powiedzieć. Wiesz jak to jest z pseudonimem — broń Boże nie można samemu go sobie wybrać. Bo jak się bardzo chce, to jest dokładnie odwrotnie. Ktoś chce być „Orłem", a zostaje „Wróblem", marzy o tym, żeby kumple mówili do niego „Piorun" albo „Burza", to zostaje „Zefirkiem". Albo jakoś tak. Prawdziwe pseudonimy, które przyrastają do człowieka jak druga skóra, na ogół tworzy cała grupa. Zbiorowość, tak zwane osoby trzecie. Często od nazwiska, w nawiązaniu do jakiejś sytuacji, zdarzenia. Mechanizm jest zresztą taki sam jak w dziesiątkach innych środowisk. Z urzędnikami włącznie. Paweł, odkąd pamiętam, był „Janosikiem". Paweł też nie mógł sobie przypomnieć, kto Go tak „ochrzcił". Podejrzewałam kolegów z jednostki antyterrorystycznej w Radomiu, w której służył, zanim pojawił się w BÓR...
Nie, myślę, że „Janosikiem" został u nas. Wyglądał inaczej niż wszyscy. Dłuższe włosy, mocne spojrzenie, wielka klata... Wyglądem przypominał właśnie tego filmowego Janosika.
Dzisiaj w korespondencji radiowej posługujemy się kryptonimami urzędowymi, numerycznymi. Takimi z gatunku „J-23, zgłoś się". Kiedyś częściej używano tych naszych, wymyślonych ksywek. Było tak, że od pierwszego dnia, kiedy tylko ktoś nowy przychodził, dostawał pseudonim. Później się okazało, że w przypadku Pawła trafiony był w dziesiątkę. On rzeczywiście okazał się prawdziwym Janosikiem. Walczył ze złem, odbierał bogatym, dawał biednym. OK, to w przenośni, ale na pewno wiesz, co chcę przez to powiedzieć. Był do bólu sprawiedliwy. Kiedy był jakiś konflikt — jak to między facetami — potrafił ze spokojem wysłuchać obu stron i rozsądzić, kto ma rację. Zawsze Go za to podziwiałem. Uczciwość miał „wdrukowaną" do samych trzewi. Pamiętał o kumplach, zabiegał o nich. Dbał o ich szkolenia, ciągłe podnoszenie kwalifikacji. Potem — o awanse, o to, żeby pracowali tam, gdzie chcieli. Czasem robił to wszystko pod prąd i samemu się narażając. O siebie nie dbał. Awanse, gwiazdki, ordery - to Go niespecjalnie obchodziło. Mógł wiele, a zupełnie tego nie wykorzystał w swojej sprawie.
Pamiętam jak zobaczyłam Pawła pierwszy raz. W rządowym jaku, który wyglądał tak, jakby nie był w stanie oderwać się od ziemi... Pawła i całą Jego grupę ochraniającą premiera Leszka Millera. Jesień 2002 roku. Zobaczyłam herszta bandy niesamowitych ludzi, którzy pójdą za Nim w ogień. To było urzekające. Jak bajka o rycerzach króla Artura. Zawsze będę myślał o Pawle, że był jak skała, jak fundament, na którym można zbudować wszystko. Wielu z nas Go podziwiało. Wielu starało się Go naśladować. Każdy szef komórki organizacyjnej czy szef ochrony któregoś z VIP-ów chciał mieć Go u siebie. Mało tego, osoby ochraniane, nasze VIP-y, też natychmiast Go zauważały i pytały, gdzie jest Janosik. Ludzie chcieli z Nim pracować. Chcieli, żeby ich ochraniał. Ale nie dlatego, że był przymilny czy był lizusem. Do tego typu historii było mu bardzo daleko. Był zawodowcem, jak nikt znał się na fachu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak sentymentalna laurka... Ale On naprawdę miał w sobie coś takiego, taki rodzaj spokoju, takie nieuchwytne COS, co sprawiało, że i na grupę ochronną, i na osobę ochranianą zwykle spływał spokój. Paweł dawał poczucie bezpieczeństwa... Dokładnie wiedział, co robi. Wiedział, co powinien zrobić. Błyskawicznie reagował na każdą sytuację i nie wahał się podejmować ryzyka brania decyzji na siebie. To nie jest częsta cecha.
Czy lekcja religii może być interesująca? Łukasz Malinowski w swoich wspomnieniach udowadnia, że tak. Przeczytaj, jak wyglądała religia z księdzem Twardowskim!
"Miałem to wielkie szczęście, że Ksiądz Jan Twardowski wpisał się w moje życie od najwcześniejszych lat. A cosobotnie lekcje religii w zakrystii kościoła Sióstr Wizytek w Warszawie były dla mnie tak oczywiste, jak bajka na dobranoc".
Łukasz Malinowski
Ryan Knighton miał 18 lat, gdy dowiedział się, że cierpi na retinopatię barwnikową ? nieuleczalną chorobę, która w przeciągu kilku lat ma pozbawić go wzroku. Od teraz jego życie i plany na przyszłość mają być dyktowane przez nieuchronną ślepotę i ograniczane w takim samym stopniu jak jego pole widzenia.
Książka Oko na Maroko, w której Ryan opisuje swoją historię, nie jest dramatycznym, wyciskającym z oczu łzy opisem walki z niedającą się zwalczyć chorobą, ale ? nierzadko dowcipną ? próbą pokazania, że życie nie kończy się wraz z utratą wzroku i że można być szczęśliwym nawet wtedy, gdy się tego szczęścia nie widzi. Z ironią i niespotykaną błyskotliwością Knighton zaprzecza stereotypowi niezdarnego ślepca, nieustannie potrzebującego pomocy i wykluczonego ze społeczności osób zdrowych, udowadniając, że jakakolwiek niepełnosprawność nie musi być synonimem nieporadności, niedoli ani ułomności .
Losy Ryana Knightona ukazują, jak ważne jest, aby zrozumieć i zaakceptować swoją chorobę, pogodzić się z tym, co nieuniknione i żyć dalej bez względu na wszystko. Wielką, ale nie niewykonalną sztuką jest, aby swoją chorobę dostosować do życia, a nie życie do choroby.
Czy można kochać człowieka, którego nienawidzi cały świat?
Gdy Nadżwa miała piętnaście lat, dowiedziała się, że zostanie wydana za swojego kuzyna. Nie buntowała się przeciwko tej decyzji, bo pokochała starszego od niej o rok Osamę Bin Ladena.
Dla Osamy gotowa była zacząć zasłaniać twarz i wyjechać daleko od domu. Początkowo wspaniałe życie zaczęło się zamieniać w koszmar, gdy mąż zaangażował się w działalność ekstremistyczną. Po zakazie posiadania lodówki przychodzi czas na wychowywanie synów poprzez długie wyprawy (bez wody!) na pustynię, aby udowodnić im, że co ich nie zabije, to wzmocni. Ceną za spełnienie marzenia Osamy o dżihadzie była zamiana dostatniego życia w Arabii Saudyjskiej na pobyt w górskiej fortecy Tora Bora - bez łóżek, elektryczności i bieżącej wody.
Nawet najwięksi zbrodniarze mają bliskich: braci, małżonków, dzieci. Bin Ladenowie - żona Nadżwa i syn Omar - przerywają milczenie i opowiadają o tym, jak wyglądało ich życie. Z pomocą dziennikarki Jean Sasson - autorki bestsellerowej Księżniczki - wprowadzają nas w prywatny świat wroga publicznego. To niezwykłe wyznanie odsłania również szokujące fakty o codziennym życiu kobiet w świecie islamu.
Wspomnienia obejmujące okres 1939-1940.
Uzupełnieniem wspomnień jest rys biograficznych autora oraz historia rodu Jałbrzykowskich i wspomnienie o abp. R. Jałbrzykowskim. W książce znajdują się 64 archiwalne fotografie.
Publikacja powstała we współpracy z Muzeum historii Polskiego Ruchu Ludowego i Urzędem ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.
Zbiór błyskotliwych i finezyjnych esejów inspirowanych religią i kulturą antyku i narodu żydowskiego, obrazami wielkich mistrzów renesansu i pierwszych fotografów oraz własnymi przeżyciami i obserwacjami z wędrówek po Paryżu, Korsyce i Krakowie.
Kapłaństwo było decyzją świadomą, której nigdy nie żałowałem. Inaczej rzecz się ma z celibatem. Kiedy wstępowałem do seminarium, nie za bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, na co się decyduję.
Kościół często bardzo mocno, i słusznie, wypowiada się na tematy moralne, wymaga od ludzi odpowiedniego zachowania. Nie stosuje jednak takich samych kryteriów do samego siebie. Jeśli chce on pouczać innych, niech zacznie od siebie. Skoro tego nie czyni, to teraz za to płaci spadkiem zaufania czy właśnie niesprawiedliwymi ocenami.
Jestem antykomunistą, i to jest główny element mojej tożsamości. Jestem przeciwnikiem tego, co określane jest mianem michnikowszczyzny. Opowiadam się przeciw politycznej poprawności. W dużym skrócie, choć żadna z partii nie reprezentuje w pełni moich poglądów, to popieram Prawo i Sprawiedliwość, z którym nie zgadzam się tylko w sprawie ludobójstwa na Wołyniu i Podolu.
Dla Kościoła najlepszą sytuacją jest, gdy lekko się go prześladuje. Nie mocno, bo wtedy bywa sparaliżowany, ale lekko powinno się nas od czasu do czasu podszczypywać, bo to daje nam siłę i dynamizm, wyrywa z drzemki i uświadamia, że nie ma nic za darmo.
Księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Jest to, bez wątpienia, najbardziej znany ksiądz diecezjalny w naszym kraju. Zasłynął walką o oczyszczenie archidiecezji krakowskiej z agentów. To on rozpoczął nigdy niedokończoną lustrację w polskim Kościele. To on ostrzegał przed mianowaniem biskupa Wiktora Skworca metropolitą katowickim. To on osobiście protestował, gdy Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie przyznał doktorat honoris causa Adamowi Michnikowi. To on od dawna walczy o upamiętnienie rzezi wołyńskiej. To on spiera się, niekiedy ostro, z tymi Ukraińcami, którzy za swojego bohatera narodowego uważają Stepana Banderę.
Sprowadzenie działalności księdza Isakowicza-Zaleskiego tylko do protestów, walki czy sporów ideowych byłoby wielką niesprawiedliwością. Od lat 80. duchowny ten znany jest także jako społecznik, który całe swoje życie poświęcił osobom niepełnosprawnym. Dla nich prowadzi Fundację im. Brata Alberta i ośrodek w Radwanowicach, w którym zresztą mieszka. Wielu pamięta go jako odważnego opozycjonistę, mocno prześladowanego przez bezpiekę. Są tacy, dla których jest on przede wszystkim duszpasterzem Ormian, od lat przemierzającym Polskę, by dotrzeć z ormiańską mszą do tych, którzy takiej posługi potrzebują. Wymienione aktywności wcale nie wyczerpują działalności krakowskiego duchownego. Jest on także felietonistą „Gazety Polskiej" (to chyba zresztą jedyny duchowny diecezjalny, który ma własną cotygodniową rubrykę w świeckim, ogólnopolskim tygodniku), blogerem, którego strona jest jedną z najpopularniejszych stron kapłańskich w sieci, i wreszcie autorem książek i poezji. Jeśli do tego dodać częste wizyty w telewizjach i rozgłośniach radiowych oraz rozmowy z licznymi dziennikarzami, aż trudno uwierzyć, że czas na to wszystko znajduje jedna osoba.
Tak duże spektrum zainteresowań nie jest jednak jedyną cechą charakterystyczną księdza Isakowicza--Zaleskiego. Równie istotne jest także to, że nie ma niemal nikogo, komu by się ten duchowny nie naraził. Jego własny metropolita, kardynał Stanisław Dziwisz, nie znosi go za lustrację, a także za wytykanie (bardzo wytrwałe) politycznego, proplatformer-skiego zaangażowania nie tylko samego kardynała, ale także jego najbliższego otoczenia. Prymas Polski kardynał Józef Glemp określał go „nadubowcem" (także za lustrację). Dla hierarchii greckokatolickiej jest wrogiem publicznym numer jeden. Unicki arcybiskup przemysko-warszawski w listach kierowanych do metropolity krakowskiego domagał się zrobienia z księdzem Tadeuszem porządku. Podobne emocje żywią wobec duchownego także ukraińskie władze, które nie wpuściły go na polskie uroczystości do Lwowa. Niedopatrzeniem byłoby pominięcie emocji, jakie niekiedy żywią wobec niego także politycy czy komentatorzy z prawej strony sceny politycznej. Ksiądz Isakowicz-Zaleski wielokrotnie narażał się choćby Prawu i Sprawiedliwości, ostro i jednoznacznie krytykując prezydenta Lecha Kaczyńskiego za jego postawę w sprawie rzezi na Wołyniu czy wspieranie Wiktora Juszczenki. Nie przepadają za nim także liderzy PJN, którzy uważają, że przeszkadza on w pojednaniu polsko-ukraińskim.
Z drugiej jednak strony ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski ma prawdziwych fanów (a niekiedy wręcz wyznawców). Na sprawowane przez niego msze ormiańskie ściągają tłumy. Często są to osoby, które z ormiańskością nie mają nic wspólnego, ale utożsamiają się z wizją Polski i polskiego Kościoła, jaką prezentuje krakowski duchowny. Tłumy gromadzą się także na licznych spotkaniach z księdzem Isakowi-czem-Zaleskim. Sam uczestniczyłem tylko w kilku. Część z nich poświęcona była lustracji, część Wołyniowi czy szerzej Kościołowi. Zawsze miałem wrażenie, że ludzie wręcz spijają każde słowo z ust księdza Tadeusza. Długotrwałe oklaski po niemal każdej wypowiedzi też nie pozostawiają wątpliwości, że ze zdaniem księdza ci ludzie, niekiedy wcale nie będący blisko wiary, naprawdę się liczą. I gdyby było trzeba, poszliby za nim w ogień. Skąd taka siła przekonywania? I dlaczego ten duchowny budzi tak silne emocje? Odpowiedzią jest przede wszystkim jego odwaga i otwartość, z jaką mówi o najtrudniejszych nawet sprawach. Ksiądz Isakowicz-Zaleski jeśli uznaje, że coś trzeba zrobić, jeśli dostrzega rażącą niesprawiedliwość, nie siedzi z założonymi rękami. Działa. Nie liczą się przy tym koszty, także osobiste. Jeśli dostrzeże gdzieś prawdę, bez wątpienia się nią zajmie. Można się niekiedy nie zgadzać z jego metodami, można nie podzielać jego diagnoz, ale nie sposób odmówić mu szczerości, odwagi i wierności rozpoznanej przez siebie prawdzie.
Ta książka jest próbą zrozumienia, dlaczego ksiądz Isakowicz-Zaleski angażuje się w takie a nie inne sprawy, skąd bierze się jego silą, a także jak rozumie on swoje kapłaństwo. Rozmawiałem z księdzem Tadeuszem wiele godzin pod altanką w Radwanowi-cach, bo chciałem się dowiedzieć, „o co księdzu tak naprawdę chodzi?". I dowiedziałem się. Chodzi o prawdę, o sprawiedliwość, o pamięć. Z pewnymi diagnozami czy opiniami nadal się nie zgadzam, ale nie zmienia to faktu, że teraz lepiej rozumiem nie tylko przyczyny zaangażowania księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, ale także polski Kościół. Z ra-dwanowickiego wzgórza widać naprawdę sporo.
I choć perspektywa to odmienna od biskupiej, i z pewnością daleka od hurraoptymizmu, to warto się z nią zapoznać. Choćby po to, by zrozumieć, dlaczego tak mało księży diecezjalnych angażuje się w życie publiczne, dlaczego mamy problem z przywództwem w Kościele, a także by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy grożą nam skandale seksualne na miarę tych z Europy Zachodniej.
Tomasz P. Terlikowski – Wstęp do ksiażki Chodzi mi tylko o prawdę Duchowny do zadań specjalnych – ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski – ma odwagę mówić głośno o tym, o czym inni tylko szepcą. To nie jest grzeczny wywiad – dotyka trudnych tematów:
niedokończonej lustracji w polskim Kościele
homoseksualizmu części duchownych
zasadności celibatu
zaangażowania politycznego duszpasterzy
relacji biskupów z podwładnymi
działalności księdza Natanka
ludobójstwa na Kresach Wschodnich
Z książki dowiesz się ponadto: co wyróżnia kościół ormiański w Polsce, dlaczego księża zrzucają sutanny, czy nauczanie religii w szkołach ma sens, czy Lech Kaczyński powinien spoczywać na Wawelu oraz jak działa Fundacja im. Brata Alberta.
Ta książka pomoże nie tylko zrozumieć, o co chodzi księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu, ale także lepiej poznać Kościół w Polsce.
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski (ur. 1956), duchowny archidiecezji krakowskiej, duszpasterz Ormian, opiekun osób niepełnosprawnych intelektualnie oraz współzałożyciel i prezes Fundacji im. Brata Alberta i Oświatowego Towarzystwa Integracyjnego w Radwanowicach. Poeta, pisarz, publicysta i bloger, stały felietonista „Gazety Polskiej". W latach 70. współpracownik opozycji demokratycznej i prasy niezależnej, a w latach 80. podziemnej „Solidarności" i Duszpasterstwa Ludzi Pracy w Nowej Hucie--Mistrzejowicach. Dwukrotnie pobity przez tzw. nieznanych sprawców. Autor głośnej książki Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej (Nagroda im. Józefa Mackiewicza - 2007) oraz publikacji o Kościele ormiańskim i Kresach Wschodnich, m.in. Przemilczane ludobójstwo na Kresach, Nie zapomnij o Kresach, Moje życie nielegalne.
Wielokrotnie nagradzany za bezkompromisowe dążenie do prawdy (m.in. Nagroda im. Pawła Włodko-wica, Kustosz Pamięci Narodowej). Za pracę na rzecz osób niepełnosprawnych otrzymał Order Uśmiechu (1998) i Nagrodę Lodołamacz 2008. Od 2010 roku jest proboszczem parafii ormiańskokatolickiej pw. Świętej Trójcy dla Polski południowej, z siedzibą w Gliwicach, oraz przedstawicielem mniejszości ormiańskiej w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych.
Chodzi mi tylko o prawdę
Spis Treści
Wstęp
Życie po lustracji
Kapłaństwo
Służba
Kościół
Ormianin
Ukraina
Nie jest to typowa książka na temat wychowania dzieci. Autorka, przelała na papier swoje doświadczenia i techniki wychowawcze, jakich nauczyła się, przeżywając swoje codzienne problemy z Bogiem. Ukazuje ona Boga jako doskonałego rodzica, który wychowuje i zmienia serca ziemskich rodziców oraz uczy ich wychowania ich własnych dzieci.
Dlaczego bilbord? Młody Karol Wojtyła, gdy patrzył przez okno swojego rodzinnego domu, widział zegar słoneczny z napisem: "Czas ucieka, wieczność czeka". Tak właśnie wyglądał ten "ulubiony bilbord Papieża". Kilka prostych słów, które wywarły niezwykły wpływ na życie Jana Pawła II. Opowiada o tym ojciec Leon Knabit - mnich benedyktyński z Tyńca.
Ojciec Leon spotkał się z Karolem Wojtyłą po raz pierwszy w 1957 roku w Beskidzie Żywieckim. Ich serdeczna znajomość trwała aż do końca życia Papieża. Ostatni list od niego ojciec Leon otrzymał w lutym 2005 r. Łączyła ich nie tylko pasja wędrowania po górach i świecie, ale również niezwykłe poczucie humoru i dobry kontakt z młodzieżą.
Opowieść ojca Leona o Janie Pawle II to nie tylko osobiste, pełne ciepła wspomnienia niezwykłych spotkań z nim w Polsce i w Rzymie, ale co ważniejsze - głośne i mocne przypomnienie najważniejszych słów Papieża, jakie wypowiedział on do swoich rodaków. Słów, które do dziś nie tracą nic ze swojej aktualności.
Autor ma nadzieję, że każdy Czytelnik znajdzie wśród nich swój "ulubiony bilbord". I pozwoli, aby wywarł niezwykły wpływ na jego życie...
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?