Pielgrzymka do Mekki Abdallaha Hammoudiego to interesująca opowieść marokańskiego antropologa, od wielu lat pracującego i mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, o jego hadżdżu, pielgrzymce do świętego miasta islamu. Hadżdż to jeden z filarów islamu, obowiązków, które musi wypełnić każdy wierny muzułmanin. Hammoudi pisze jednak, że już w dzieciństwie odszedł od praktykowania islamu, rygorystycznego przestrzegania jego rytuałów, a wiele lat życia na Zachodzie postawiło przed nim pytanie o tożsamość: czy i na ile jest jeszcze muzułmaninem. Dlaczego zatem zdecydował się na odbycie hadżdżu? Na to pytanie czytelnik znajdzie odpowiedź w książce.
Autor przedstawia poszczególne rytuały i etapy pielgrzymki z perspektywy uczestnika, poznajemy więc wiele szczegółów, których próżno szukać w suchych opisach arabistów. Bardzo często jest krytyczny, denerwuje go bałagan na pielgrzymce, drażni biurokracja, nie godzi się z nastawieniem Saudyjczyków na zysk, odczuwa wielkie zmęczenie z powodu intensywności rytuałów. Jednocześnie pielgrzymka staje się dla niego wielkim przeżyciem duchowym, a sugestywny opis uświadamia czytelnikowi, dlaczego jest ona tak odbierana przez większość muzułmanów.
Uproszczeniem jednakże byłoby traktowanie książki Hammoudiego jedynie jako opisu hadżdżu. To przede wszystkim zapis jego duchowych przeżyć i przemyśleń dotyczących tożsamości człowieka wychowanego w tradycyjnej kulturze muzułmańskiej, który pracuje na zachodnim uniwersytecie i w pewnej mierze stał się „człowiekiem Zachodu”. Opis konfliktu między tradycją, religią, rytuałem z jednej strony a nowoczesnością i wartościami innej kultury – z drugiej. Hammoudi stawia wiele pytań o miejsce człowieka żyjącego między dwiema kulturami i na niektóre z nich próbuje odpowiedzieć. Czy przekonująco?
Opowiadania, szkice, myśli i refleksje spisane w wolnych chwilach na misjach w Tanzanii, w Afryce Wschodniej. To, co spotykałem na co dzień, co przynosił czas (.) przelewałem na papier. Z dnia na dzień, z roku na rok wszystko ""ich"" stawało się ""moim"". Nauczyłem się być zadowolony z tego, co mam, a miałem niewiele. Przyzwyczajałem się do codziennego, afrykańskiego życia. Poznawałem zwyczaje, uczyłem się mądrości starców, poddawałem się praworządności ludu, przyswajałem ich mentalność, wrastałem w ich kulturę. Jadałem ręką ze wspólnej misy ugotowane sorgo, piłem wodę z rzek, zażywałem wywarów z ziół, gdy powaliła mnie malaria, słuchałem uważnie czarownika, który ostrzegał mnie przed złym człowiekiem, asystowałem przy obrzezaniu chłopców w czasie rytuału inicjacji, ogłaszałem śmierć najbliższych dziesiątkowanych przez cholerę, godziłem powaśnione strony, płakałem nad śmiercią dzieci umierających z głodu, stawałem bezradny wobec ukąszonych przez węża, żegnałem odchodzących na zawsze do buszu, którzy zostali pożarci przez lwy. Powoli stawałem się jednym z nich jako ""Biały Murzyn""
Książka ta powstała w ciekawych okolicznościach: przed II wojną światową Polska, jak wiele ówczesnych europejskich społeczeństw poważnie myślała o posiadaniu kolonii. Stąd zralizowana w roku 1937 rządowa wyprawa na Madagaskar pod kierunkiem majora Mieczysława Lepeckiego (adiutanta Marszałka Piłsudskiego). Stąd też ""tajna"" misja Fiedlera, który na zlecenie rządu RP - jako niezależny ekspert - badał warunki i opłacalność ewentualnej kolonizacji i polskiego osadnictwa na wyspie. Oczywiście, przede wszystkim Arakdy Fiedler badał zwierzęta, opisywał zwyczaje rdzennej ludności Madagaskaru i... fotografował.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?