KATEGORIE

Kategorie

Okładka książki Słoneczny kataklizm

Słoneczny kataklizm

W jaki sposób Słońce ukształtowało historię i co możemy zrobić, by ocalić przyszłość

  • ISBN: 9788363965037
  • EAN: 9788363965037
  • Oprawa: oprawa: broszurowa
  • Wydawca: Illuminatio
  • Format: 16,5x24 cm
  • Język: polski
  • Liczba stron: 240
  • Rok wydania: 2013
  • Wysyłamy w ciągu: niedostępny
  • Brak ocen
  • 24,01

     zł

    39,90 zł

Artykuł chwilowo niedostępny
Wpisz e-mail, jeśli chcesz otrzymać powiadomienie o dostępności produktu
x

Oto książka, która rzuca nowe światło na tajemniczą, choć tak bliską nam gwiazdę – Słońce. Badając historię cyklów aktywności słonecznej i ich wpływu na historię Ziemi, Lawrence E . Joseph dochodzi do zaskakujących wniosków, które wymagają zastanowienia się nad stworzeniem systemu obrony przed słonecznym atakiem.

Słoneczny kataklizm daje zupełnie nowe wyobrażenie na temat potencjalnego zagrożenia, które kryje się za wybuchami na Słońcu i może doprowadzić do zniszczenia bądź znacznego uszkodzenia świata, który znamy.

Nie jest to jednak opowieść o końcu ludzkości. Nasz los – zarówno jako zbiorowości, jak i indywidualnych jednostek – nie jest totalnie uzależniony od słonecznych kaprysów.

Za pomocą napisanych błyskotliwą prozą fascynujących opowieści Joseph pokazuje, w jaki sposób powinniśmy wykorzystać dostępną nam wiedzę i narzędzia – w tym pozyskane niedawno wyniki badań nad Słońcem oraz najnowsze zdobycze techniki, a także ludzką pomysłowość i instynkt przetrwania – w celu stawienia czoła zagrożeniom, jakie mogą nas spotkać ze strony naszej gwiazdy, a także w celu zabezpieczenia ludzkiej egzystencji, ziemskiej atmosfery, systemu satelitów, sieci energetycznej i infrastruktury jądrowej przed nadchodzącym kataklizmem.


 Wybrany fragment książki

Rozdział 3. Długa i burzliwa historia negowania plam słonecznych

Słońcu ani śmierci nie można patrzeć prosto w oczy.
Fran^ois La Rochefoucauld

Gdy patrzymy prosto w Słońce, bolą nas oczy - zawsze tak było i zawsze będzie. Może potrzeba mrużenia oczu to jeden z powodów, dla których ludzkość z trudem przyswajała fakt, że plamy na Słońcu naprawdę istnieją i mogą być ważne. Z plamami na powierzchni Księżyca nie mieliśmy takich problemów. Bez względu na to, czy nazywamy je kraterami, czy morzami (na przykład Morze Spokoju), miło jest je oglądać i badać. Jednak poruszanie tematu plam słonecznych zwykle oznacza kłopoty.
     Domyślam się, że przedstawiciele naszego gatunku po raz pierwszy zauważyli plamy na Słońcu jakieś 12 000 lat temu w okresie ocieplenia, który zakończył się ostatnią epoką lodowcową. Jak wskazuje ostry skok na początku wykresu Usoskina, aktywność Słońca była wówczas nadzwyczaj wysoka, co oznacza, że na powierzchni naszej gwiazdy utworzyło się więcej plam, niż to obserwujemy dziś. Wiele z nich można było zobaczyć gołym okiem; obecnie jest to możliwe tylko czasami. Zmiana ta była tym bardziej znacząca, że - na ile nam wiadomo - w poprzednich tysiącleciach, gdy Ziemia była zmarznięta i docierało do niej mniej światła słonecznego, Słońce było niemal pozbawione plam na powierzchni.
     Najwcześniejsza pisemna wzmianka o plamach słonecznych pojawiła się na starożytnej babilońskiej tabliczce datowanej na 1000 lat przed Chrystusem. Informuje ona, że plamy na Słońcu pojawiły się pierwszego dnia miesiąca nisan, w babiloński Nowy Rok, który rozpoczął się równo-nocą wiosenną, co czyni ten miesiąc odpowiednikiem marca lub kwietnia. Czy była to jakaś wróżba na przyszłość? Dziś możemy tylko zgadywać, chociaż prawdopodobnie nie oznaczało to niczego nadzwyczajnego, gdyż plamy słoneczne nie stały się tematem kolejnych rzeźb w tamtej części świata. W 364 r. p.n.e. chińscy astronomowie Gan De i Shi Shen stracili wzrok, próbując obserwować Słońce. Zanim jednak całkiem przestali widzieć, udało im się opisać ciemne plamy na powierzchni naszej gwiazdy, które interpretowali jako święte symbole z niebios. Od tamtych czasów nieregularny rejestr plam słonecznych prowadzony był przez dworskich astronomów cesarstwa Chin. Ci badacze nie uznawali plam za dobry czy zły znak. Akceptowali po prostu ich istnienie.
     Zasada nieuznawania istnienia plam słonecznych ma początek w pismach Arystotelesa, który zauważył, że Słońce, Księżyc i gwiazdy nigdy nie spadają z nieba ani się od nas nie oddalają. W przeciwieństwie do nich podstawowe żywioły naszego świata - ziemia, powietrze, ogień i woda - są często w ruchu, wznosząc się lub opadając. Na podstawie tej fundamentalnej różnicy zachowania różnych rodzaj ów materii Arystoteles wysnuł wniosek, że niebo zbudowane jest z całkowicie innego materiału niż Ziemia. Ciała niebieskie są „niewygenerowane sztucznie, niezniszczalne i niepodlegające wzrostowi czy zmianom"1. Arystoteles wierzył także, iż Słońce nie jest naturalnie gorące, lecz wytwarza wysoką temperaturę w wyniku ruchu po orbicie dookoła Ziemi. Wybaczając starożytnym badaczom ewidentne błędy, nie j esteśmy w stanie zignorować faktu, że poprzednik Arystotelesa - Anak-sagoras - trafnie obwieścił, iż Słońce jest ogromną płonącą masą, zaś następca Arystotelesa - Arystarch z Samos - wydedukował, że to Ziemia krąży po orbicie wokół Słońca, nie zaś odwrotnie. Obaj myśliciele okryci byli złą sławą wśród ludzi im współczesnych, skłaniających się ku teorii Arystotelesa.
     Obserwując niebo, wyraźnie widzimy, że Słońce wschodzi i zachodzi nad naszą planetą, a może nawet obraca się wokół niej. Arystoteles wyciągnął ten oczywisty wniosek i rozwinął wokół niego swe teorie z zakresu kosmologii.
Ale podobnie jak niemowlę, które na kolejnych etapach rozwoju stopniowo uczy się, że świat nie zawsze obraca się wokół niego, ludzie w końcu odeszli od wygodnej wizji idealnego kosmosu, w którego centrum znajduje się Ziemia. Ptolemeusz, obywatel Egiptu rzymskiego pochodzenia, zauważył, że do greckiego poglądu stawiającego Ziemię w centrum wszechświata nie pasowały ruchy planet, zwłaszcza tych zewnętrznych, które wydawały się zatrzymywać i poruszać do tyłu, jakby „na wstecznym biegu". W dziele Al-magest Ptolemeusz próbował rozwikłać ten problem, uznając, że inne planety nie krążą wokół Ziemi, lecz poruszają się po spiralnych torach wokół wielkiego okręgu, w którego obrębie leży też nasza planeta2. Według niego to nie Ziemia miała się znajdować w samym środku okręgu (jak twierdził Arystoteles), ale „ekwant" - matematyczny punkt wyrównawczy nieistniejący w formie fizycznej. Teoria Ptolemeusza była naprawdę skomplikowana, bo wprowadzała wszystkie te spirale wijące się wokół wyimaginowanych punktów, ale badacz poparł hipotezę mnóstwem tabel i wykresów. Jeden z nich wskazywał, że Księżyc dwa razy w ciągu swego cyklu obrotowego podwaja odległość względem Ziemi, w odniesieniu do innych okresów cyklu, co oznaczałoby, że powinien być od niej dwa razy większy. Wiemy oczywiście, że tak nie jest. Księżyc w pełni wydaje się tej samej wielkości co Słońce, ale jest to złudzenie spowodowane niewielką odległością naszego jedynego satelity od Ziemi - w rzeczywistości Księżyc jest od Słońca znacznie mniejszy. Chociaż rozumowanie i obliczenia Ptolemeusza były błędne, okazały się pomocne przy przewidywaniu wyglądu niektórych planet, ich elips i tym podobnych zagadnień, dzięki czemu jego praca oraz kosmologiczne teorie przyjmowane były w starożytnym Rzymie za pewnik.
 

Uwaga!!!
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?
TAK
NIE
Oczekiwanie na odpowiedź
Wybierz wariant produktu
Dodaj do koszyka
Anuluj