To klasyczne już i najlepiej znane z dzieł nestora francuskich historyków Jeana Delumeau (ur. 1923) stara się pokazać, że wbrew rozpowszechnionym przekonaniom renesans nie był wcale odrodzeniem. Nic się tam nie odradzało, za to wiele rodziło. Renesans nie zrywał ze średniowieczem, lecz je kontynuował jeśli nieco mniej religijny, to nie na zasadzie antyreligijnego odrodzenia, lecz nowych, bardziej liberalnych prądów. Delumeau nie ogranicza się do sztuki, najbardziej spektakularnego oblicza renesansu, lecz omawia całe spektrum tej kultury z cywilizacyjną, gospodarczą i przemysłową stroną włącznie. Pokazuje jedność twórczości w ówczesnym rozumieniu czy to malarskiej, czy wynalazczej. Leonardo malował, a zarazem projektował maszyny (co było wtedy dość popularne, a on sam, wbrew mitowi, nie był najzdolniejszym z renesansowych inżynierów). Spoglądając w swej monumentalnej monografii z perspektywy historycznej, socjoekonomicznej i ideologicznej, autor przedstawia odrodzenie nie jako powrót do jakiegoś mitycznego humanizmu wypartego rzekomo przez średniowiecze, lecz jako przedproże naszej nowoczesności. Przedproże przy całym geniuszu epoki osiągane mozolnie: nauka stopiona z magią, religia eksperymentująca z pogaństwem, jednak wynalazki (druk), odkrycia geograficzne czy nawet reformacja sprawiają, że naszej współczesności łatwiej się rozpoznać w epoce odrodzenia niż w jakiejkolwiek innej przed nią.
Ten zbiór filozoficzno-religijnych myśli i aforyzmów Lwa Tołstoja (1828–1910) powstał w ostatnim roku jego życia. Składa się z tekstów uzupełnionych sentencjami innych myślicieli w swobodnej adaptacji autora. Taką metodą Tołstoj stworzył spójną całość stanowiącą jego życiowe kredo i dzieło, które sam bardzo sobie cenił. Choć napisana w ciągu kilku miesięcy 1910 roku, Droga życia jest owocem i ukoronowaniem jego wieloletnich rozmyślań na tematy przede wszystkim religijne, które podjął, gdy swoją wcześniejszą twórczość literacką uznał za błahą. Teraz Tołstoj rozważa kwestie fundamentalne i głosi radykalne rozwiązania w duchu ascezy służącej samodoskonaleniu moralnemu. Nie religia, bo wszelką religię odrzuca, lecz rozpoznawalny przez każdego Bóg kieruje jego zdaniem ludzką drogą życia. A tom zebranych tu myśli ma służyć za przewodnika tym, którzy na taką drogę chcą wejść. Okazuje się ona niełatwa nie tylko ze względu na radykalizm nauk Tołstoja, lecz także z uwagi na tkwiące w nich ekwiwokacje, jakie powstają choćby ze zderzenia ostrej krytyki polityczno-społecznej z ideą powszechnej miłości i altruizmu. Nad wszystkim góruje wszelako żarliwość autora, która w połączeniu z jego geniuszem literackim może przekonać nawet bardzo nieprzekonanych – jeśli nie do praktyki, to przynajmniej do teorii.
„Zmierzch Zachodu” (1918–1922) należy do „kultowych” współczesnych traktatów z dziedziny filozofii kultury. Autor Oswald Spengler (1880–1936), niemiecki polihistor i wizjoner, przeciwnik demokracji, konserwatysta sceptyczny wobec nazizmu po 1933 roku, w księdze tej szuka diagnozy dla świata, posługując się „morfologią historyczną”. Kultury powstają, rozkwitają i zamierają, przeradzając się w pewnym momencie w cywilizacje, czyli perfekcyjne formy kultury „wyczerpanej”. „Morfologia” kultur ma pozwalać na porównywanie ich poszczególnych etapów i przewidywanie dzięki temu biegu własnej formacji. Taki historyzm i w sumie pesymizm (w porównaniu z ideą trwałego liniowego rozwoju) nie hierarchizuje, a Zachodowi przepowiada „zmierzch” wzorem każdego innego organizmu. Te koncepcje, dla jednych genialne, dla innych dyletanckie, od bez mała stu lat budzą wielkie emocje, gdyż dotykają pytania o sens ludzkich działań, o „koniec historii” i perspektywy postępu jakkolwiek pojętego. Kto jednak nie chciałby zanurzać się w taką metafizykę dziejów, znajdzie w „Zmierzchu Zachodu” kompendium wiedzy i oryginalnych interpretacji ze wszystkich dziedzin od matematyki po sztukę, zapozna się z poglądem autora na „pseudomorfozę” (nowe kulturowe wino w starych bukłakach) chrześcijaństwa czy Rosji, związek matematyki z Faustem, analogie przemian w świecie Indian, Chińczyków i Hindusów, a zainspirowany tym myśleniem, odnajdzie może Unię Europejską gdzieś u kresu cesarstwa rzymskiego. W ostatecznym rozrachunku analizy i spekulacje Spenglera, nawet jeśli dyskusyjne, zapewniają ćwiczenie ze świadomości historycznej, jakiego próżno szukać w innych dziełach.
Daniel Bell (1919–2011, pierwotnie Bolotsky, z rodziny polskich emigrantów żydowskich w USA) jest klasykiem socjokulturowej diagnozy współczesności. Jako jeden z pierwszych pół wieku temu dostrzegł „kontrkulturę” i początki postmodernizmu/ponowoczesności. Należał do proroków epoki poprzemysłowej i społeczeństwa wiedzy. W 1967 roku przewidział czasy internetu, gdy mówił o połączeniu domowych i biurowych komputerów z centralnym źródłem „usług bibliotecznych i informacyjnych”. „Kulturowe sprzeczności kapitalizmu” (1976) stanowią dziś kanon myśli drugiej połowy XX wieku. Times Literary Supplement zaliczył tę publikację do stu najbardziej wpływowych książek powojennych. Bell wydobywa i uzasadnia bogatym opisem odnośnych zjawisk ze swojej epoki podstawowy konflikt wartości społeczeństwa postindustrialnego. Z jednej strony „purytański” kapitalizm nakazuje „opóźnienie gratyfikacji”, odsuwanie spożycia owoców pracy na bliżej nieokreśloną porę, a z drugiej kreowane przez ten sam kapitalizm kulturowa postawa konsumpcjonizmu i ideologia osobistej wolności każą jednostce już teraz „używać życia”. Polityka musi godzić sprzeczności między ekonomią a kulturą. Ideowo-polityczny wymiar rozważań Bella okazuje się dość złożony, ponieważ sam autor deklaruje się jako socjalista w gospodarce, liberał w polityce i konserwatysta w kulturze. Mimo swego liberalizmu ubolewa nad regresem „transcendentnej etyki”.
Reay Tannahill (1929–2007), szkocka pisarka znana u nas z bestsellerowej Historii seksu, zapoczątkowała „Historią kuchni” badania nad światowymi kulinariami, stanowiące już dziś pełnoprawną dyscyplinę akademicką. Trywialna formuła „człowiek jest tym, co je” nabrała nowego sensu. Okazało się, że żywność i jej przyrządzanie wywierały istotny wpływ na kształt systemów i instytucji społecznych. W niniejszej książce cała ta bogata historia znalazła odzwierciedlenie w zwięzłej charakterystyce poszczególnych epok aż po XXI wiek. Obfitość niezwykłych faktów dotyczących kuchni i żywności autorka wzbogaciła jeszcze przepisami z różnych okresów. Zakres książki jest imponujący także przestrzennie: obejmuje kulinaria całego świata ze szczególnym naciskiem na świat arabski i Chiny. Monografia Tannahill jest dziś klasyką: pierwsza wersja ukazała się w 1973, a ostatnia modyfikacja i rozszerzenie nastąpiły w 2002 roku. Dane zostały zweryfikowane u źródeł, bo na przykład wielu Francuzów uważało, że ich ziomkowie nigdy nie jedli palcami, a przekonanie to było tak silne, że preparowano przeczące mu dawne teksty. Tannahill nie oszczędza czytelnika, bezlitośnie opisując higieniczną grozę dawnych biesiad, demaskując pozór smakowitości ich dań, polityczne szaleństwo na punkcie różnych produktów (pieprz przyczynił się do upadku Rzymu…) aż po szaleństwo na punkcie choroby szalonych krów. Głód wiadomości i sensacji znajdzie przy tej lekturze godziwe nasycenie.
Mikołaj z Kuzy (właśc. Nicolaus Krebs, 1401–1464, niemiecki teolog i kanonista, kardynał, pełen ducha ekumenizmu żywy umysł średniowiecza/renesansu) pisał śmiało o Bogu, z góry zapowiadając, że wie o nim najwięcej, ponieważ nic nie wie. Ta paradoksalna strategia teologii apofatycznej – negacje mówią prawdę, a afirmacje nie wystarczają – opiera się na „niewiedzy”. W niniejszej „De docta ignorantia” (1440) taka „docta” ignorancja nie ma, wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, charakteru „uczonej” niewiedzy, a więc wiedzy pozornej, pseudowiedzy. Niewiedza jest właśnie pozytywnym stanem sprzed wszelkiej wiedzy. Kiedy zostanie „pouczona”, „oświecona”, niewiedza-przed-wszelką-wiedzą staje się źródłem poznania Boga, czyli – poznania niewiedzy o Bogu. Dla Mikołaja z Kuzy Bóg jest „przed” wszystkim, nawet przed sprzecznością, jako ten, który w ogóle wszelką wypowiedź, prawdziwą lub fałszywą, umożliwia. Ta kłopotliwa dla dogmatyki pod względem ducha, ale nie negująca jej litery wizja Boga jako Bytu poza wszelkim określeniem znajduje żywy wyraz w metaforyce matematycznej, jako że Kuzańczyk był biegły także w tej dziedzinie. Produktem ubocznym „oświecenia” są więc efektowne, prekursorskie rozważania z zakresu rachunku nieskończonościowego, a nawet odkrycie na drodze spekulatywnej, że Ziemia nie jest centrum wszechświata. Dla poszukujących bardziej uchwytnej teologii autor przeznaczył trzecią, chrystologiczną część swojego dzieła.
Peter Sloterdijk (ur. 1947), dziś chyba najbardziej, obok Jürgena Habermasa, wpływowy niemiecki intelektualista, filozof kultury, od kilku lat publikuje teksty dotyczące religii jako zjawiska społecznego i postawy myślowej. Niniejsza książka stanowi kontynuację rozważań z „Gorliwości Boga” (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2013) i innych jego religioznawczych prac. W tym tomie bogatszym o doświadczenie trudności operowania pojęciami w rodzaju „monoteizm” czy „religie Abrahamowe” Sloterdijk sięga po inną strategię i rozpatruje społeczeństwa religijne od strony „ćwiczenia” religii. To nie naród wybiera sobie religię, lecz religia dobiera sobie wyznawców składających się na „naród” (przypadek starożytnego Izraela). „Całkowite członkostwo”, o którym mowa w podtytule, to właśnie „przynależność do religii”. Religia wymaga „całkowitej” przynależności, oddania bez reszty, a odstępstwo surowo karze, jak pokazuje paradygmat w postaci opowieści o złotym cielcu i karnym wygubieniu części Izraelitów przez Mojżesza. Ten „schemat spod góry Synaj”, egzekwowanie „całkowitego członkostwa” może być źródłem ksenofobii monoteizmów i występować w najrozmaitszych religiach. W takiej przynależności, wewnętrznej dyscyplinie religii tkwi źródło przemocy inne niż rywalizacja między religiami o monopol na prawdę. Na ile chroniczne jest to źródło, jak długi cień rzuca góra Synaj, oto pytanie.
Trudno byłoby znaleźć wśród historyków kogoś o takich jak Fernand Braudel (1902-1985) zasługach dla rekonstrukcji początków i natury systemu, w jakim żyjemy: gospodarki rynkowej. Braudel, członek Akademii Francuskiej, posiadacz licznych doktoratów honoris causa, przywódca grupy skupionej wokół słynnego czasopisma ,,Annales"", twórca fundamentalnych dzieł o początkach kapitalizmu, w tym niewielkim tomiku zawarł esencję dziesiątek lat swoich badań. Czytelnik, który jeszcze nie przedarł się przez wielotomowe historie kultury materialnej tego autora, i czytelnicy mający tę podstawową lekturę już za sobą otrzymują w Dynamice kapitalizmu kompendium tych wyników - syntezę, lecz nie streszczenie, bo niniejsza książka stanowi samoistny wywód. Czym jest kapitalizm? Jak się ma do gospodarki rynkowej? Czy się z nią pokrywa, czy może jest osobnym zjawiskiem, które w innych okolicznościach mogło nie wystąpić, i jakie to okoliczności sprawiły, że wystąpiło? Braudel jest historykiem ,,totalnym"", opisując i wyjaśniając, sięga do rożnych dziedzin wiedzy o danej epoce, a także do samego podłoża ludzkiego życia, do jego codzienności, naprawiając błąd wcześniejszej historiografii, dla której człowiek ,,nie je ani nie pije"", a życie wypełniają mu zamachy, przewroty, bitwy i rewolucje. Taki ,,jedzący i pijący"" człowiek, pytanie, co ,,jadł i pił"" w danej epoce, fascynuje Braudela i fascynuje czytelnika, który dopiero dzięki tej perspektywie zaczyna rozumieć dawny świat.
Jedno z najsłynniejszych współczesnych dzieł hermetyzmu, napisane w latach 60. XX wieku i opublikowane anonimowo. Stanowi ukoronowanie dziejów mistyki, gnozy i magii, jest swoistą teologią mistyczną. Mimo nawiązań do rozmaitych nurtów w tych dziedzinach, także do kabały i hinduizmu, są to medytacje chrześcijańskie, a nawet katolickie. Ich podstawą jest symbolika kart do gry w tarota (marsylskiego). 22 karty (21 „arkanów wielkich” i Głupiec) tworzą system opisujący świat. Sens ich symboli autor wykłada w duchu hermetyzmu – dla którego bóg Hermes Trismegistos uosabia magiczno-mistyczną jednię wszelkich intelektualnych działań umysłu – ale zmodyfikowanego w duchu chrześcijańskim, gdyż opartego na „sercu” i miłości. Choć „Medytacje…” są dziełem zasadniczo religijnym, zawierają niezmiernie bogatą treść „kulturową”, odnosząc się do najważniejszych zjawisk w dziejach człowieka aż po najnowsze problemy. To historyczne tło łączy się z osobistymi doświadczeniami autora w dziedzinie medytacji i „magii świętej”. Wprawdzie książka ukazała się anonimowo, ale dziś jej autorstwo nie jest już tajemnicą: Valentin Tomberg (1900–1973) urodził się w Rosji, w luterańskiej rosyjsko-estońsko-niemieckiej rodzinie i po przebyciu drogi przez prawosławie i antropozofię zbliżył się po II wojnie światowej do katolicyzmu. Ożeniony z Polką, działał w Estonii i Holandii, od 1944 roku w zachodnich Niemczech, by w 1948 roku osiąść na resztę życia w Anglii. Jego główne dzieła ukazały się pośmiertnie.
Reay Tannahill (1929–2007) była szkocką pisarką, której publikacje, zarówno powieści, jak i monografie historyczne, do dziś pozostają bestsellerami. Absolwentka historii i socjologii o bogatym życiorysie zawodowym, sukces osiągnęła najpierw książką „Food in History” (1973). Pierwsze wydanie, potem uzupełniane, „Historii seksu” pochodzi z 1980 roku. Styl pisarski Tannahill jest atrakcyjny zarówno dla oczekujących akademickiego wykładu, jak i dla zwolenników efektownej opowieści o osobliwościach (staroegipska antykoncepcja z krokodylego łajna), zarówno dla poszukujących systematyki, jak i dla lubiących pisarstwo pełne pasji. Autorka zapewnia to wszystko odpowiednio do niejednoznaczności samego hasła „sex”. Można by tu mówić także o historii płci: płci pojętej jako sfera seksualna, a zarazem jako społeczna kategoria podziału na kobiety i mężczyzn, z naturalną przewagą bardziej interesującej – i bardziej dramatycznej – kobiecej strony tej historii. Tannahill śledzi ewolucję obyczajów z zakresu życia płciowego w nierozłącznym związku z sytuacją kobiety – w społeczeństwie, rodzinie, systemie prawnym. W ten sposób okazuje się, że „historia seksu” obejmuje tyleż dzieje walki o prawo do uprawiania seksu „jak się komu podoba” co dzieje walki na przykład o prawa wyborcze kobiet. Tym samym książka ta zapewnia szeroką panoramę problematyki i fascynującą lekturę dla tych feministek i feministów, którzy nie akceptują seksualnego uprzedmiotowienia kobiety.
Peter Sloterdijk (ur. 1947), jeden z kilku najważniejszych dziś intelektualistów niemieckich, filozof kultury, w pierwszej dekadzie XXI wieku poświęcił kilka swoich prac kwestii religii. Niniejsza książka jest pod tym względem najbogatsza treściowo i intelektualnie. Trzy monoteizmy wywodzące się „od Abrahama”, judaizm, chrześcijaństwo i islam, dzielą dziś między siebie większość ogółu wierzących na świecie, a nawet obejmują w sumie większość ludzkiej populacji. Swoim zelotyzmem, „gorliwością” stanowią dla świata i dla siebie nawzajem niemałe ryzyko, gdyż każdy z nich aspiruje do monopolu na prawdę i rywalizuje o nią z pozostałymi. Jako dopełnienie obrazu współczesności czwartym „monoteizmem” okazuje się komunizm. Sloterdijk przeprowadza głęboką analizę natury tych ruchów oraz możliwości i ryzyka konfrontacji. Rozważa szanse sprowadzenia ich na „drogę cywilizacyjną” i wykonując rozmaite eksperymenty myślowe, jak ten z powrotem do nieksenofobicznych religii przedmonoteistycznych, poszukuje możliwości „rozładowania” nagromadzonego w monoteizmach potencjału walki. Rysowany tu obraz religii nie jest wizją Nietzschego: solidarnego stowarzyszenia słabych, lecz wydobywa aspekty ksenofobii, dogmatyzmu i nieprzejednania. Historyczne i współczesne dowody na te aspekty są mocne. Czy podlegają one ucywilizowaniu i czy wyczerpują obraz monoteizmów, to pytanie do rozstrzygnięcia na dziś i kwestia nadziei na jutro.
Umberto Eco (ur. 1932), włoski badacz języka jako semiolog i jego beneficjent jako powieściopisarz, w tej książce snuje opowieść atrakcyjną zarówno naukowo, jak i literacko. Poszukiwanie uniwersalnego języka, jakie ludzkość podejmowała w krajobrazie po Wieży Babel, obfitowało zarówno w momenty doniosłe intelektualnie (gdy budowano uniwersalne języki sztuczne), jak i w momenty groteskowe, gdy na przykład próbowano tworzyć przekłady na domniemany prajęzyk indoeuropejski. O wszystkim tym opowiada ta książka Umberta Eco, snując opowieść o historii poszukiwań języka doskonałego nie tyle semiologiczną, ile raczej z zakresu historii idei. Poznajemy główne ?strategie? i przykłady tych poszukiwań, dla których ?uniwersalność? języka oznaczała, że jest on doskonały, a więc racjonalnie zbudowany, i powszechny, a więc wspólny wszystkim ludziom. Jest to opowieść o dziejach pewnej utopii, która ewoluowała od ?nadającego nazwy? biblijnego Adama poprzez kabałę, kombinatorykę Lulla i groteskowe wizje języka monogenetycznego po próby Leibniza i innych tworzenia użytecznych języków formalnych. Jakkolwiek egzotyczne i ezoteryczne byłyby niektóre z tych pomysłów, autor ceni sobie umiarkowaną koncepcję języków ?pomocniczych?, która zwłaszcza dziś, w jednoczącej się Europie nabiera praktycznego i politycznego znaczenia.
Po sukcesie ?Anny Kareniny? (1877) resztę życia najsłynniejszy rosyjski pisarz i myśliciel Lew Tołstoj poświęcił przede wszystkim na dociekania filozoficzno-religijne. W 1886 roku (kiedy ukazała się jego znana nowela Śmierć Iwana Ilicza) zaczął pisać ?O życiu?, w pewnym sensie kontynuację rozważań ze ?Spowiedzi? (1879; Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2011). I ?Spowiedź?, i ?O życiu? z powodu cerkiewnej cenzury spotkał ten sam los: zakaz rozpowszechniania. ?O życiu? ukazało się po rosyjsku i w przekładach za granicą, a w Rosji dopiero w 1913 roku, już po śmierci Tołstoja, który zmarł w 1910 roku. W tej rozprawce żarliwość i szczerość poszukiwania prawdy o sensie życia sprawia, że autor odrzuca wszelką kościelną dogmatykę, a nawet wiarę, i prawdy o ?nieskończonym życiu? szuka w swojej ?rozumnej świadomości?. W tym na wskroś religijnym tekście Tołstoj nie mówi w ogóle o Bogu ani o zbawieniu, a jego spekulacje nie mają teologicznego charakteru. Nie można ich też przypisać popularnej w tym okresie na Zachodzie filozofii życia. Sam autor zaliczył te rozważania do najważniejszych swoich pism. Bławatska uznała go za prawdziwego teozofa, a z rosyjskiej Cerkwi został wykluczony.
Sigmund Freud (1856?1939), jeden z filarów XX-wiecznej myśli europejskiej, bez których nie byłaby ona tym, czym była, swoją psychoanalizę odnosił też ? na zasadzie analogii ? do rozległych rozważań o kulturze i religii. Niniejszy tom zawiera dwa słynne i charakterystyczne eseje temu poświęcone. Są to: Dyskomfort w kulturze (1930) i Przyszłość pewnego złudzenia (1927). Freud uważa, że kultura z samej swojej istoty służy do łączenia ludzi w większe całości, do jednoczenia ich. Odbywa się to na drodze represji, tłumienia indywidualności, narzucania powszechnych reguł. Opiera się jednak na popędzie miłości walczącym z popędem śmierci, z agresją. Kultura, choć tak opresyjna, toczy na śmierć i życie walkę o człowieka. Religia jest częścią kultury, ale szczególnie dotkliwą, gdyż swoje cele przeprowadza, oferując złudzenia. Rozpatrywana psychiatrycznie, jest ?nerwicą natręctw?. Choć Freud mówi rzeczy dziś dla ateisty i krytyka kultury dość oczywiste, to na krytyce (lub: diagnozie) nie poprzestaje. Nie domaga się odrzucenia kultury jak później kontrkulturowi radykałowie. Bez niej bylibyśmy zdani na brutalność natury. Złudzenia trzeba demaskować, kulturowe represje łagodzić. Freud wierzy w pracę duchową nad tym. Nie mamy wyboru, musimy być kulturalni.
Tytuł jest rozmyślnie dwuznaczny i sugeruje masy jako pogardzane, a zarazem pogardzające. W społeczeństwach masowych, jakie współcześnie dominują, jedna i druga pogarda organizują wokół siebie potężne siły, choć polityczna poprawność i zwykłe wymogi współistnienia utrudniają mówienie o tym wprost.
Myć się czy się nie myć? Historycznie biorąc, odpowiedź wcale nie jest oczywista. Przez długie wieki nie chodziło o kąpiel, lecz o czystość ? odpowiednio pojętą. Ta książka zasłużonego francuskiego historyka życia codziennego Georges?a Vigarella (ur. 1941) rozważa poczucie i normy ?czystości? na tle procesu cywilizacyjnego od średniowiecza do dziś. Człowiek ?czysty? nie zawsze oznaczał człowieka umytego. Powszechnie znane a bardzo nam niemiłe przygody woni, by nie rzec odoru cielesnego w minionych stuleciach (zebrane tu przykłady co wrażliwsi czytelnicy zapewne ominą) mają przyczyny w dominującym w danej epoce pojmowaniu ciała, zdrowia i środowiska. Na przykład długi okres w epoce nowożytnej obaw przed szkodliwością wody brał się z poglądów (i przesądów) ówczesnych nauk. Autor pokazuje ewolucję rozumienia czystości także w kontekście zmian relacji między ciałem a ?publicznością?. Wystarczy sobie uświadomić wysoko urodzone ciało najpierw publicznie strojone i pielęgnowane, a potem stopniowo wycofywane w intymność i zamykane w łazience. O wszystkim tym Vigarello pisze jak zwykle frapująco w tej książce bogatej w faktografię i nader użytecznej, bo pokazującej na żywym procesie abstrakcyjną tezę o historycznej zmienności sensu pojęć.
Carl Schmitt (1888?1985), niemiecki filozof prawa i polityki, należy do grupy dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych intelektualistów tyleż inspirujących, co kontrowersyjnych i trudnych do jednoznacznego zakwalifikowania, takich jak Nietzsche, Weber, Simmel, Heidegger, Canetti czy Nozick. Schmitt zaczynał jako dadaista, by po latach kariery teoretyka prawa w republice weimarskiej i po epizodzie nazistowskim 1933?1936 stać się myślicielem, który do dziś wywiera wpływ na światowe koncepcje polityczne. Wypracował fundamentalną ideę polityczności, którą przeciwstawiał się konstytucyjnemu i prawnemu formalizmowi. Kto w państwie ma prawo zawiesić prawo i na jakiej podstawie? Inaczej mówiąc, kto (co) jest suwerenem? Tym pytaniem o prawomocność stanu wyjątkowego Schmitt eksponuje suwerena głębszego niż formalnie ukonstytuowane państwo: jedność polityczną opartą na nieustannych wyborach politycznych jednostek. Przed państwem jako konstytucyjno-prawną formą istnieje państwo jako działający podmiot. Na koncepcję tego podmiotu, uważa autor, wywarła wpływ tradycja teologiczna, skąd ?teologia polityczna?. O tych wszystkich kwestiach traktuje niniejszy wybór obejmujący kilka podstawowych tekstów Schmitta z lat 1923?1932.
Michael Coogan, znany w świecie amerykański biblista, w najnowszej (2010), sensacyjnej książce rozważa kwestie seksu w Biblii, zwłaszcza w Starym Testamencie. Schematyczna, by nie rzec bezmyślna lektura tekstów biblijnych często nie pozwala dostrzec w nich pewnych osobliwych, a nawet szokujących rzeczy. Do tej deformacji przyczyniają się też „oszustwa” uładzonego przekładu. Coogan na nowo odczytuje Biblię zarówno co do jej społeczno-kulturowego sensu, jak i czysto filologicznie. Sięgając do niezrozumiałych czasem w literalnym znaczeniu wersetów, warto zajrzeć najpierw do książki Coogana, by dowiedzieć się, że „poznać” oznaczało po hebrajsku także „uprawiać seks”, „stopy” to synonim genitaliów, Sodoma wcale nie zgrzeszyła sodomią, lecz złą „polityką społeczną”, a Jahwe był (jednak) płci męskiej i miał żonę. Księga Ezechiela szokuje pornograficznym językiem, a seks jest obecny w całej Biblii. Jednocześnie odpowiedź na pytanie o jej stosunek do homoseksualizmu, stosunków pozamałżeńskich i w ogóle „wartości rodzinnych” nie jest łatwa. Zadanie, jakiego Coogan się podjął, polega właśnie na wydobyciu tego, co Biblia „naprawdę” (filologicznie, faktualnie) mówi. Dopiero wtedy bowiem będzie się można na nią zasadnie powołać w kwestiach obchodzących dzisiejszego człowieka.
Jain Gately, brytyjski historyk kultury, a także powieściopisarz, w sposób rozległy jak jeszcze nikt dotąd opisał nader ważną rzecz w ludzkiej kulturze: picie napojów alkoholowych. Imponujący zamysł autora ? historia raczenia się trunkami od Sumerów po Bridget Jones i singielki ? przybrał w tym tomie postać niezwykłej opowieści pełnej swady i humoru. Alkohol pito w zamierzchłych czasach z powodów rytualnych, obyczajowych lub po prostu po to, żeby się upić. Kultura picia (lub jej brak) pozwala różnicować cywilizacje według stopnia dzikości, powagi i umiaru. Historię tego, jak i co pito, Gately ukazuje w ścisłym związku z charakterem odnośnej epoki, jest to więc dla czytelnika także krótka historia dziejów powszechnych. Zapewnia mu kompendium wiedzy, swoisty klucz do zrozumienia poszczególnych epok, ich mentalności, priorytetów i fobii. Niebłahy bowiem dla badacza Egiptu faraonów będzie fakt, że budowniczowie piramid otrzymywali przydział kilku litrów piwa dziennie, co by oznaczało, że pracowali na wpół pijani. Miłośnikom westernów przyda się informacja, że Indianie byli jedyną kulturą nieznającą alkoholu i stąd może tak destrukcyjny wpływ ognistej wody. Warto też wiedzieć, że do czasów Mahometa niejeden Arab pił jak szewc. Gately wydobył z zakamarków historii pozorne osobliwości, które jednak kiedyś były ważne i wywarły większy wpływ na dzieje człowieka, niż zwykliśmy przypuszczać.
Książki o samobójstwie są czymś szczególnym, ?kultowym?, jeśli opowiadają o własnych doświadczeniach autora jak ?Podnieść na siebie rękę? Jeana Améry?ego czy ?Bóg Bestia? Alvareza. Al(fred) Alvarez (ur. 1929), angielski poeta i krytyk literacki, autor wielu książek non-fiction, swoje studium samobójstwa z 1972 roku zaczyna od słynnego (zamierzonego lub nie) samobójstwa Sylvii Plath (1963), którą znał jako redaktor ?Observera?. Jej historię rozbudowuje w rozważania nad miejscem samobójstwa lub raczej jego możliwości w świecie twórców literatury. Apokaliptyczny ?Bóg Bestia? karmiący się krwią towarzyszy zdaniem Alvareza naszym czasom. Mnogość samobójstw wśród pisarzy i poetów skłania do poszukiwań odpowiedzi na egzystencjalne pytania w twórczości tych, którzy odebrali sobie życie od romantyków przez Plath po Hemingwaya. Sam Alvarez też ?eksperymentował? ze śmiercią, o czym szczegółowo powiadamia czytelnika w tym eseju należącym do kanonu pisarstwa traktującego o tych, którzy próbują ?podnieść na siebie rękę? i dają temu literacki wyraz.
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?