Dobre Książki

Kategorie

Jestem kibolem

Jestem kibolem

  • Autor: Krzysztof Korsak
  • ISBN: 9788378560067
  • Oprawa: Miękka
  • Format: 145x205
  • Liczba stron: 304
  • Wysyłamy w ciągu: niedostępny
  • Brak ocen
  • 31,90

     zł

Artykuł chwilowo niedostępny

„Jestem kibolem” to pierwsza w historii opowieść o współczesnych polskich kibolach. Zaskakująca. Oderwana od schematu. Nieznana dotąd dla ogółu. Wciąga tak mocno jak wciąga sam świat kibicowski. W Polsce jest ponad 200 tysięcy kiboli. Bohaterem książki jest jeden z nich. Kibol, chuligan, ale i nauczyciel historii. Jego życie to: ustawki, zadymy, wyjazdy, zgody, kosy, sporty walki, szybki seks, imprezy, oprawy. Ale to także przeżycia wewnętrzne: emocje przed ustawką, adrenalina, strach, odwaga, chwile zwątpienia, wyrzuty sumienia, płacz matki w głowie. Takie życie niesie ze sobą konsekwencje. Bohater książki przekonuje się o tym na własnej skórze. Także dosłownie. I musi się z tym zmierzyć. I chce to zrobić w taki sposób, o jakim się nawet nikomu dotąd nie śniło...


Rozdział l
Stilon Gorzów - Miedź Legnica
1. kolejka I ligi polskiej w piłce nożnej, runda jesienna, lipiec
Sobota

Samochód podskoczył na kolejnej dziurze.
Za oknem było widać wieś z gatunku tych, gdzie diabeł mówi dobranoc, komórka to dla mieszkańców kibel przed domem, a najczęściej używane słowa brzmią: „brak perspektyw", „zadupie" i „poproszę dwa wina". Na wsi znajdowało się może kilkanaście domów, krzyż przy drodze i... w zasadzie koniec. Nie było kościoła, nie było świetlicy, nie było porządnej drogi, nie było sklepu.
Przy jednym z wiejskich domów kucał mały chłopiec w podartej koszulce i krótkich spodenkach. W ręku trzymał patyk. Malował nim coś na ziemi. Jego „dzieło" wyglądało na rybę. Albo na nosorożca. Albo dom. Cholera wie, co to było. Sam chłopiec też pewnie nie wiedział. Na widok kilkunastu samochodów przejeżdżających przez wieś dzieciak wypuścił patyk, rozdziawił usta i wytrzeszczył oczy. Zastygł na moment w takiej pozycji. Po chwili zerwał się w stronę domu. Biegł tak szybko, że trener lekkoatletyki mógłby w nim wypatrzyć talent na miarę Usaina Bolta. Po kilkunastu metrach sprintu wywalił się na zakręcie. Mógłbym się założyć, że stracił przynajmniej dwa mleczaki. Obok niego szczekał pies.
Przy innym z domów siedział na ławce grubas w siwej podkoszulce. Na widok samochodów poprawił spodnie w okolicach dupy i zaczął obgryzać skórki u palców. Dokładnie w tej kolejności. Obok niego szczekał pies.
Przy następnym domu stała babuleńka. Jakby wyjęta z wiejskiego obrazka. Chusta na głowie. Kij w ręku. Zgarbione plecy. Wyglądała, jakby miała wszystko tam, gdzie grzebał sobie grubas w siwej podkoszulce. Obok niej szczekał pies. Przy kolejnym domu jakaś kobieta wieszała pranie na sznurku. Na widok samochodów wypuściła stanik i czym prędzej schowała się za wielkie gacie. Śledziła samochody przez przetarcie w kroku i chyba liczyła na to, że jej nie widać. Obok niej szczekał pies.
- Widzieliście! Ta baba przy praniu na stówę zadzwoniła na psy. Miała telefon przy uchu -jak zwykle dramatyzował Obiad.
- Co ty panikujesz, człowieku? Przecież tu nawet zasięgu nie ma -jak zwykle trzeźwo zauważył Kocur.
Jechałem przez wieś z Kocurem, Matką i Obiadem. Mniej więcej w środku kawalkady aut. Kierował Kocur. Ja siedziałem obok niego. Tylne miejsca zajmowali Matka i Obiad. Normalnie zmieściłaby się tu jeszcze jedna osoba, ale Obiad był tak gruby, że zajmował dwa miejsca. Tylko ja miałem zapięte pasy...
- Wy jesteście jacyś walnięci z tymi pasami - spróbowałem zacząć jakiś dłuższy temat, bo od pół godziny wymienialiśmy ze sobą najwyżej po dwa zdania. - Dlaczego nie zapinacie pasów? Że niby jak ktoś tego nie robi, to jest kozakiem, tak? Chyba lepiej być kozakiem na ustaw-ce, przy podrywie, w czasie publicznego przemówienia i tak dalej, a nie w kwestii zapinania pasów. A już najbardziej mnie rozbraja, jak ktoś zapina pasy z przodu, ale z tyłu już nie zapnie. No tak, przecież to cały metr różnicy pomiędzy siedzeniami! Na pewno temu komuś z przodu może się coś stać, a temu z tyłu już nie. Przecież to bez sensu zginąć na drodze. Już lepiej na zadymie. I od razu wyprzedzę kretyńskie argumenty, że niezałożone pasy potrafią uratować życie. No potrafią, potrafią. Na tej samej zasadzie, jak niezałożony ochraniacz na zęby na ustawkę z Lechem potrafi uratować uzębienie! - nakręciłem się na maksa.
Obiad zapiął pasy. Kocur powiedział, że słaby przykład. A Matka chyba mnie nie słuchał. Znowu zapadła cisza. Trwała przynajmniej kilka minut. Wsłuchałem się we fragment piosenki Pei, który leciał z głośników. „Brutalna konfrontacja, zdobywanie sektora. To nie wyobraźnia chora, horror jak z telewizora. Sobotniego wieczora, wrzawa znowu podniesiona. Taka droga obrana, chuligańska odsłona".
- roz******y ich - rzucił ni z tego, ni z owego Kocur.
- No - odpowiedziałem, żeby wiedział, że ktoś go słuchał.
Za samochodowym oknem już dawno nie było widać zabudowań. Po prawej stronie był las. Po lewej las. Przed nami las. Za nami las. Z dużym prawdopodobieństwem można było przyjąć, że byliśmy w lesie.
- Ile jeszcze? - pytał chyba ze sto pierwszy raz Obiad. Sam często zadawałem rodzicom to pytanie w drodze do jakiegoś celu. Ale... miałem wtedy może z pięć lat. Obiad w tym roku skończył osiemnaście.
Nikt mu nie odpowiedział. Znowu zapadła cisza.
- Są - pierwszy zauważył ich Kocur.
Na jego twarzy nie było widać emocji. Matka szarpnął zagłówkiem, jakby to był przeciwnik. Obiad ugryzł batona. A ja... ziewnąłem. W obliczu stresu zawsze ziewałem. Znowu ziewnąłem.
Spojrzałem przez okno. Gdzieś z pięćset metrów od mnie dostrzegłem grupkę około czterdziestu osób. Stali na polanie pomiędzy drzewami. To chuligani Miedzi Legnica... Nasi dzisiejsi przeciwnicy...
Kocur zaparkował wzdłuż leśnej drogi. Podobnie jak kilkanaście innych samochodów. Z każdego wysiadło po kilka osób. Większość przeciągała się i prostowała kości. To chuligani Stilon Gorzów... A wśród nich ja...
Mnie też zastygły kości. Rozciągnąłem ramiona. Popatrzyłem po naszej ekipie. Większość była ubrana w białe koszulki. Ja swoją miałem schowaną w plecaku. Była za wieśniacka, żeby w niej jechać. Zawsze musiałem dobrze wyglądać w czasie drogi do jakiegoś celu. Miałem na sobie czarne buty, czarne dresy i czarną koszulkę kibicowskiej firmy. Nawet byłem popsikany dobrymi perfumami. Włosy specjalnie na tę okazję przystrzygłem na trzy milimetry.
- Kocur, możesz otworzyć bagażnik? - poprosiłem grzecznie. I ziewnąłem.
- A sam nie umiesz? - odpowiedział niegrzecznie Kocur.
- Przecież ty masz kluczyki - byłem już mniej grzeczny.
- A, sorry, myślałem, że jest otwarty - uśmiechnął się Kocur i podrapał z tyłu głowy.
- Widać myślenie nie jest twoją najmocniejszą stroną - byłem już bardzo niegrzeczny.
- Zobaczymy, jaki będziesz mądry w czasie walki - odparł Kocur.
- To dawaj - powiedziałem dla żartów i podniosłem luźno gardę.
- O, ty - ruszył na mnie Kocur.
Kopnąłem go w łydkę. Później wyprowadziłem cios nogą pod jego żebra. W walce na nogi nie miał ze mną szans. Od kilku lat trenowałem kick boxing. Ale Kocur szybko skrócił dystans. Dostałem dwa razy w głowę. W walce na ręce to ja nie miałem z nim szans. Kocur miał na swoim koncie tytuł mistrza Polski w boksie i nie zrobił większej kariery jedynie przez alkohol. - E, debile! Spokój! Zaraz będziecie mieli szansę się wykazać - usłyszałem głos Kobry. Tego głosu nie dało się pomylić z żadnym innym. Mocny, charyzmatyczny, inteligentny. Jakby pioruny trzaskały w rytm IX symfonii Beethovena. Kobra miał z trzydzieści lat. Od kilku uważaliśmy go za przywódcę naszej ekipy. Był średniego wzrostu. Za to wyrzeźbiony jak na pokaz kulturystyczny.
- Spokój, k***a! - usłyszałem także głos Goryla. Jego głosu także ciężko było nie poznać. Dudnił, jakby wydobywał się z wielkiej tuby. Goryl też miał z trzydzieści lat. Był taką prawą ręką Kobry. Wielki. Owłosiony na całym ciele. Z blizną na pół twarzy. Legenda głosi, że śpiochy z oczu usuwał siekierą. Prawda głosi, że siekiery używał jedynie do dłubania w zębach.
Kobra był przede wszystkim od myślenia. A Goryl od czarnej roboty. Razem wyglądali jak z filmu albo bajki. Jak Asterix i Obelix. Albo jak Kajko i Kokosz. Albo jak Tadziu Norek i Karol Krawczyk. Albo jak Bolek i Lolek. Albo jak Flip i Flap. Zaraz za nimi pojawili się Koniu i Morda. Stanowili oni taką gwardię przyboczną Kobry.
- To tylko taka rozgrzewka była - powiedziałem, a Kocur wyszczerzył zęby.
Kobra popukał się w głowę. Goryl także. Koniu i Morda tylko zmierzyli nas wzrokiem. Już się nie wygłupialiśmy. Sięgnąłem do bagażnika po czarny plecak. Zacząłem się przebierać. Założyłem stare czarne buty, jakieś tanie czarne dresy i zwykłą białą koszulkę. Zawiązałem także czarne bandaże na rękach. W tym czasie ziewnąłem przynajmniej z trzy razy.
- Wydaje się, że to taka normalna ekipa, co? - zapytałem Kocura. - Nie ma specjalnie jakichś większych gości. Ten w żółtej koszulce po prawej nieźle wygląda. Przynajmniej z daleka. No, ale za to mogą się dobrze tłuc.
- Za chwilę będziesz miał okazję się przekonać - uśmiechnął się Kocur i zawiązał do końca swoje białe bandaże.
- Zobacz, Kobra i Goryl do nich poszli - pokazałem palcem w stronę ekipy Miedzi Legnica. - Mam nadzieję, że będziemy się bić po dwadzieścia pięć osób. Tak jak było ustalone. I mam nadzieję, że nie będzie z nimi Śląska Wrocław. Może niech Kobra i Goryl sprawdzą im dowody.
- Srać na ten Śląsk -jak zwykle nie srał się Kocur.
- No tak, ale jak już mam walczyć z Miedzią i Śląskiem, to chciałbym wiedzieć, że walczę z Miedzią i Śląskiem. I chciałbym, żeby w Polskę też poszło, że walczyliśmy z Miedzią i Śląskiem - wyjaśniłem. Już tak
miałem, że jak coś robiłem, to chciałem, aby to było zgodne z zasadami i żeby wszyscy byli wobec siebie uczciwi. „Życie nie jest idealne, i nigdy nie będzie. Zejdź na ziemię" -jak zwykle w takich momentach usłyszałem w głowie głos mojej koleżanki Marty.
Kobra i Goryl wrócili. Stanęli przy swoim samochodzie. Goryl sięgnął ręką do bagażnika.
- Chce ktoś jeszcze Tussipectu? - wydarł się Goryl i wyciągnął do góry rękę z jednorazową siatką wypełnioną kilkudziesięcioma buteleczkami... syropu na kaszel.
- A masz tatara? - krzyknąłem.
- Dla ciebie, Belfer, mam tatara, żółtko od jajka i nawet maggi - zaśmiał się Goryl.
Do Goryla podeszło kilka osób. Każda z nich wypiła po przynajmniej jednej buteleczce Tussipectu. Kocur, Matka i Obiad także. Ja odpuściłem leki i wziąłem się za rozgrzewkę. Zrobiłem dziesięć okrążeń rękami do przodu. I dziesięć do tyłu. Później okrążenia na przemian. Ziewnąłem przeciągle. Wykonałem skręty tułowia. Rozgrzałem także nogi, nadgarstki, łokcie, barki. Zacząłem walkę z cieniem. Lewy prosty. Ruch na nogach. Lewy prosty. Ruch na nogach. Lewy prosty, lewy prosty. Ruch na nogach. Ruch na nogach. Lewy prosty, lewy prosty, prawy sierp. Podszedłem kilka kroków do drzewa. Uderzyłem w nie lekko kopnięciem frontalnym. Później wyprowadziłem w nie kilka uderzeń nogą z półobrotu. Drzewo obok okupował i okopywał Kocur.
- Wszyscy, którzy się biją, do mnie! - przerwał mi rozgrzewkę Kobra.
- Dawajcie, dawajcie! - zadudnił Goryl.
Podszedłem do nich. Rozejrzałem się. Wokół mnie były drzewa. Pod moimi stopami skrzypiały patyki. Z tego miejsca nie było widać nikogo z Miedzi. Dostrzegłem za to niewielkie mrowisko. Wypatrzyłem też dorodnego borowika. Jednak nie na grzyby tu przyjechałem. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Niektórzy bowiem zwykli nazywać ustawki grzybobraniami.
Stałem naprzeciwko Kobry i Goryla. Obok mnie Kocur, Matka i Obiad. Nieco dalej reszta ekipy. Kiros, Jaca, Cyna, Bryła, Radke, Walec, Micha, Gruby, Derek, Beny, Koniu, Morda, Rześki, Luźny, Wilku, Ekran, Kiełbol. Do tego były jeszcze dwie osoby, które nie należały do ekipy chuligańskiej Stilonu, ale były wzięte specjalnie na ustawkę. Wodzirej był ochroniarzem w jednej z gorzowskich dyskotek. Orzech trenował boks razem z Kobrą. Czasami dobieraliśmy jakieś osoby do pomocy na ustawkę, tak zwanych ludzi z miasta. Dużo ekip tak robiło. Może nawet wszystkie. Ale oficjalnie nie było to dobrze postrzegane w świecie kibicowskim. Z założenia w ustawkach powinni brać udział kibice. Z założenia. Razem było nas dokładnie dwadzieścia pięć osób.
- Obiad, zamknij już ryj! - zadudnił Goryl.
Obiad zamilkł w pół sekundy, spuścił głowę i niby zaczął poprawiać swoje rękawice do MMA.
- Słuchajcie - zaczął mówić Kobra. - Miedź jest tylko w dwadzieścia cztery osoby do bicia, bo coś tam dwudziesta piąta się zesrała, odnowiła jej się kontuzja czy coś takiego. Mogliśmy walczyć w dwadzieścia pięć osób na dwadzieścia cztery, ale nie będziemy kombinować. Jedna osoba od nas nie będzie walczyć. Ktoś nie czuje się na siłach? - Kobra przejechał wibrującym wzrokiem po całej grupie. Nikt się nie odezwał. Większość przewracała oczami. Też przewróciłem. I ziewnąłem. Wśród ciszy minęło kilka sekund. A może więcej. Wydawało się, jakby to była wieczność. Żeby tylko mnie nie skreślili... - Może ktoś jest po jakiejś kontuzji - ciągnął dalej Kobra - albo kogoś brzuch boli? A może ktoś po prostu dzisiaj nie ma ochoty się bić? Jest okazja, żeby zrezygnować. Przecież nikt nic nie powie. Każdemu może się coś zdarzyć - mówił.
Nikt się nie odzywał. Tym razem cisza trwała trochę krócej niż ostatnio.
- No dobra. Kto jest najmłodszy? - zapytał w końcu Kobra. Wszyscy rozglądnęli się po sobie. - No dalej, przyznawać się, kto jest najmłodszy? Obiad, ile ty masz lat?
- Osiemnaście - odpowiedział Obiad.
- Jest ktoś młodszy? - zapytał Kobra.
- Ja, ale ja się biję - powiedział zdecydowanie Cyna. Miał siedemnaście lat, ale wyglądał na przynajmniej dziesięć więcej. Był brązowym medalistą Polski juniorów w kick boxingu. Nikt nie miał wątpliwości, że musi się bić. - A może niech się nie bije najstarszy? - zapytał Cyna.
- Ty tam zamknij ryj - odezwał się Matka, który miał trzydzieści osiem lat i był najstarszy z całej ekipy.
- Spokój. Ktoś jeszcze jest młodszy niż Obiad? - pytał dalej Kobra.
- Nooo, ja jestem młodszy - powiedział cichym głosem z tyłu Bryła.
- No to ty, Bryła, dzisiaj odpoczniesz. Jeszcze będziesz miał okazję się wykazać. Długie lata awantur przed tobą - zarządził Kobra. Bryła nic nie odpowiedział.
- Jak tam Miedź? Przyjechali ze Śląskiem czy raczej są sami? - zapytałem.
- W sumie ciężko powiedzieć, czy jest z nimi Śląsk - głos zabrał Kobra, który razem z Gorylem widział ich z bliska. - Dowodów im nie sprawdzaliśmy. Teraz już za późno. W sumie na drugi raz trzeba się umawiać na dowody, żeby nie było żadnej lipy. Nie wyglądają jakoś na specjalnie wielkich. Takie normalne łebki. Największy, taki w żółtej koszulce, ich szef, wygląda może jak Matka. Większość jest budowy Belfra. - Kobra kiwnął na mnie głową. - Może nawet niżsi. Nie wiadomo jedynie, co potrafią w walce. Ale myślę, że ich roz******y.
- Normalnie - dodał Goryl.
Kobra wziął do ręki patyk. Przykucnął. Jak ten mały chłopiec na wsi. Kocur stał niewzruszony. Matka rozciągnął szyję. Obiad ugryzł kawałek bułki. Większość z pozostałych osób podskoczyła po boksersku. A ja ziewnąłem.
- Najwięksi pójdą z tyłu - odezwał się Kobra. - Goryl, Walec, Micha, Gruby, Derek. Kto tam jeszcze? Beny, ty też. Dobra, starczy. Sześciu może być. - Kobra narysował na ziemi sześć dużych kółek.
- A ja? - zapytał Obiad.
- Obiad, najwięksi a nie najgrubsi - sprowadził go na ziemię Kobra. Reszta pójdzie przed największymi. - Kobra zrobił kilka małych kółek
przed dużymi. -i teraz tak. Mniejsi pójdą w pierwsze starcie - Kobra namalował patykiem strzałkę. - A więksi będą nadbiegać z tyłu i pomagać. Kobra pomazał coś w okolicy dużych kółek. Nikt nie podważył tej taktyki. Ja w głowie układałem swoją. Na pewno nie będę szedł w środku. Zawsze bałem się iść w czasie walki w największy tłum. Wolałem gdzieś z boku bić się jeden na jeden. Pójdę odsunięty z lewej strony. - Miedź to ekipa spokojnie do oklepania - przerwał mi myślenie Kobra. - Tylko nie poddawać się łatwo. I pomagać jeden drugiemu. Jak ktoś widzi kolegę na ziemi czy dostającego baty, to podbiec do niego i pomóc. Ale nie pomagajcie tym, którzy sobie radzą, bo to bez sensu. Duzi, te uwagi szczególnie dotyczą was. Słyszysz Walec? Wykorzystaj dobrze te swoje sto trzydzieści kilo.
- Sto trzydzieści jeden i pół! - oburzył się Walec.
- I na początku nie biegniemy - ciągnął dalej Kobra. - Idziemy na nich spokojnie. Jak Miedź będzie chciała, to niech sobie biegnie. I uważajcie, bo oni mogą wlecieć w nas nogami. To chyba wszystko. Ogółem damy radę. - Trzydzieści sekund i będzie po sprawie - puścił oko Kocur.
- Dobra, idziemy - powiedział Kobra.
- ZKS, ZKS, ZKS!!! - ryknęła nasza grupa.
Ruszyłem. Z ziewnięciem na ustach. Zamiast pieśni. Obok mnie szedł Kocuf. Z tyłu Matka i Obiad. Wokół reszta grupy. Dopiero teraz tak naprawdę dotarł do mnie strach. Przeszedł mnie dreszcz. Ziewnąłem. Poczułem zimno na całym ciele. Zacząłem pocierać ręce. Chciałem je rozgrzać. Za chwilę miałem wziąć udział w mojej trzeciej ustawce w życiu. A tymczasem w mojej głowie ustawkę rozpoczęły: odwaga i strach.
„A jak coś mi się stanie w kręgosłup i będę kaleką do końca życia? A jak wjedzie policja i nas zwinie? Co ja powiem rodzicom? Co z moją karierą w szkole?".
Tak atakował strach.
„Lepiej żyć jeden dzień jak wilk, niż sto jak owca. Jak już zdecydowałem się na chuligankę, to nie ma co teraz trząść dupą. Ciężko pracuję na treningach, trener mnie chwali, poradzę sobie. Zresztą każdy się boi. »Odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale na umiejętności działania mimo niego«".
Odpowiedziała mocnym ciosem odwaga.
Strach krzyknął: „basta!". I nie podniósł się z ziemi.
Zacisnąłem mocno pięści. Poprawiłem czarne bandaże owinięte na nadgarstkach. Do ust włożyłem czarny ochraniacz na zęby. Ziewnąłem dwa razy. W ochraniaczu ziewało się jakoś dziwniej... Szedłem w stronę Miedzi i uderzałem luźno rękami w powietrzu. Dawaj, k***a! Jedziesz z nimi. To nie jest Lech. I to nie jest walka na ulicy. Tu są zasady. Nikt nie ma broni. Nikt nie zabija. Jedziesz, k***a! Odwaga przejmowała dowodzenie w mojej głowie. Zacisnąłem pięści jeszcze mocniej. Przeszedłem na przód grupy. Za mną szły dwadzieścia trzy osoby. Zawsze tak miałem w podobnych sytuacjach: wóz albo przewóz. Jakbym szedł w środku czy z tyłu stawki, to pewnie bym się bardziej bał. Łatwiej mi pokonać strach, kiedy idę z przodu i stawiam wszystko na jedną kartę. W kilkadziesiąt sekund doszliśmy na wielką polanę. Spokojnie zmieściłoby się tu kilka boisk piłkarskich. Choć akurat w piłkę nikt nie miał zamiaru grać. Po lewej stronie stało kilkunastu obserwatorów ze strony Miedzi i Śląska. Po prawej stronie ustawiło się dwadzieścia kilka osób od nas i Chrobrego Głogów. Był z nami także znajomy ratownik medyczny. Wokół polany rozciągał się las. Zatrzymaliśmy się mniej więcej sto metrów od dwu-
dziestu czterech chuliganów Miedzi. Stanąłem z lewej strony grupy. Pod nogami miałem żółtą trawę. Wysunąłem się krok do przodu. Ziewnąłem w tym swoim ochraniaczu na zęby.
Z naszej grupy ruszył się Kobra. Ze strony Miedzi ruszył się kibic w żółtej koszulce. Spotkali się mniej więcej na środku. Podali sobie ręce, wymienili kilka zdań. Kobra podszedł do chuliganów Miedzi. Przeliczył ich, a później sprawdził, czy nie wzmocnili czymś niebezpiecznym bandaży albo rękawic do MMA. To samo zrobił z nami szef chuliganów Miedzi. Wszystko było okej. Po chwili szefowie wrócili do swoich grup.
- Nie kopać leżących, nie skakać po głowach i nie bić po słowie: basta. A poza tym możecie ich zajebać - uśmiechnął się Kobra.
- k***a, roz******y ich! - krzyknął Matka i uderzył o siebie pięściami w niebieskich rękawicach do MMA.
- Dawajcie, k***a! Jedziemy z nimi! - dorzucił Obiad.
Moja grupa zaczęła się nawzajem pobudzać. Na twarzach kolegów pojawił się mord, agresja, nienawiść. W oczach mieli obłęd. Czegoś takiego nie widuje się nawet w najlepszych filmach. Niesamowity widok. Ja też tak wyglądam? Na chwilę się rozluźniłem i uśmiechnąłem sam do siebie.
- ZKS, ZKS, ZKS!!! - ryknęliśmy.
Miedź także skakała, krzyczała i się nakręcała.
Zaczęło się.
Z naszej strony zdecydowanie ruszyło osiemnaście mniejszych osób. W tym ja. Szliśmy w nierównych odstępach: kilka osób nieco z przodu, kilkanaście z tyłu, jedni blisko siebie, inni dalej. Ja szedłem wyraźnie na lewo od grupy. Wyprzedzałem wszystkich o dwa kroki. Tak jak sobie założyłem. Za mną i resztą mniejszych ruszyło sześć największych osób. Szli kilka kroków za nami. Rozciągnęli się na szerokość ramion. Wszystko tak, jak Kobra przykazał. Przeciwnik też ruszył.
Mieliśmy do siebie dziewięćdziesiąt metrów. Dajesz, k***a!!!
Osiemdziesiąt metrów. Jedziesz!!!
Siedemdziesiąt metrów. A jak coś mi się stanie? Zwolniłem. Zrównałem się z resztą grupy. Kątem prawego oka zobaczyłem, że zaczyna mnie wyprzedzać kilka osób.
Sześćdziesiąt metrów. Jedziesz k***a z nimi!!! Adrenalina uderzyła mi do głowy z całą mocą. Przyspieszyłem i znowu wyprzedziłem grupę o dwa kroki. Zło, zło, agresja!!!
Pięćdziesiąt metrów. Cisza. Moją głowę opuściły wszelkie myśli. Przede mną rozpościerał się rozmazany widok grupy przeciwnika. Nie widziałem szczegółów. Nic nie słyszałem, ale pewnie wrzask był ogromny. Cisza.
Czterdzieści metrów. Cisza.
Trzydzieści metrów. Cisza.
Dwadzieścia metrów. Podniosłem luźno gardę. Zobaczyłem biegnącego w moją stronę przeciwnika. Wydawał się wyższy i cięższy ode mnie.
Dziesięć metrów. Dopiero teraz dotarł do mnie ogromny hałas.
Jeden metr. Spiąłem wszystkie mięśnie. Zacisnąłem zęby.
Zero metrów! Aaaaa!!! k***a!!!
AAAAA!!!
AAAAA!!!
AAAAA!!!
W ostatniej chwili zdążyłem zbić prawą ręką naciągające kopnięcie z wyskoku przeciwnika. Zatrzęsłem się na nogach. Rywal wykorzystał to. Popchnął mnie zdecydowanie. Obróciło mną o sto osiemdziesiąt stopni, ale nie upadłem. W ostatniej chwili zdążyłem podeprzeć się lewą ręką
0 ziemię. Chuligan Miedzi nie skoczył jednak na mnie. Pochylił się tylko w moją stronę i złapał za koszulkę. Poczułem pierwszy cios z boku głowy. Później drugi w tym samym miejscu. I trzeci z tyłu głowy. Kolejny.
i kolejny. I jeszcze następny. W ogóle mnie nie boli. To była w zasadzie moja pierwsza myśl w czasie walki. Kolejne ciosy wydawały się coraz słabsze. Udało mi się wyprostować i odepchnąć go nieco do tyłu. Na chwilę stanąłem. Przeciwnik też. Byliśmy metr od siebie. Podnieśliśmy wysoko gardę, spojrzeliśmy sobie w oczy.
- k***a - warknął.
- k***a! - wrzasnąłem.
Szykowałem się do ataku prawym prostym. Nagle z prawej strony nadbiegł ktoś z mojej grupy i uderzył go z całej siły pięścią w policzek. To był Walec. I w zasadzie nadciągnął jak walec. Widocznie wziął sobie do serca słowa Kobry o pomocy. Walec dosiadł mojego przeciwnika i zaczął go okładać rękami. Nie było sensu mu przeszkadzać. Spojrzałem w prawo. Zobaczyłem kilka par walczących ze sobą. Podbiegłem do najbliższej z nich, ale nie zdecydowałem się na atak. k***a, nie zadałem jeszcze ciosu. To była druga myśl w czasie walki. Biegłem
dalej. Dwa metry ode mnie Cyna okładał się nogami z przeciwnikiem. Nadbiegłem z lewej strony i wyprowadziłem silny cios prawą ręką centralnie w twarz rywala. Siła była tak wielka, że uderzonemu odrzuciło głowę do tyłu. Wtedy Cyna kopnął go prosto w brzuch. Ja pchnąłem przeciwnika na ziemię. Cyna wskoczył na niego i zaczął silnie uderzać prawą ręką.
- Basta, basta, koniec! Nie bij już! - krzyczał leżący na ziemi.
Ale do Cyny jakby to nie docierało. Od pierwszego słowa „basta" walnął mu jeszcze w głowę przynajmniej trzy razy. Tak, było to wbrew zasadom.
- Zostaw, Cyna, zostaw - odezwałem się.
Odwróciłem się do tyłu... W tym samym momencie dostałem cios pięścią w prawy policzek. Odbiegłem na kilka kroków. Podniosłem głowę. Zobaczyłem lecącego w moją stronę przeciwnika. Podniosłem gardę. Przeciwnik wyprowadził kolejny cios prawą ręką. Dostałem lekko w czoło. Zamknąłem oczy. Otworzyłem oczy. Przeciwnik był blisko mnie. Wyprowadziłem całkiem dobry technicznie prawy sierpowy. Przeciwnikowi odskoczyła głowa. Uderzyłem jeszcze dwa razy prawą ręką, ale ciosy zatrzymały się na jego zakrywających głowę rękach. Odepchnąłem go do tyłu i ruszyłem z następnym ciosem prawą ręką. Nagle z boku nadbiegły dwie osoby i przewróciły go na ziemię. To był Matka i Obiad. Ten drugi zaczął go kopać.
- Nie kop! - krzyknął Matka. Sam pochylił się nad przeciwnikiem i zaczął go bić po głowie. - Bastuj, kurwo! Bastuj, bo cię zajebię!
- Basta - powiedział po chwili okładany pięściami.
Szukałem wzrokiem kolejnego celu ataku. Ale zobaczyłem jedynie podniesione w górę ręce osób z naszej ekipy i leżące na ziemi osoby z ekipy Miedzi. Rozejrzałem się dokładnie po polanie. Na twarzach chuliganów Miedzi zobaczyłem sporo krwi. Niektórzy z nich wstawali
0 własnych siłach, reszcie pomagali podnieść się obserwatorzy. Od nas tylko kilka osób oberwało mocniej. Zaraz przy nich pojawił się zaprzyjaźniony z nami ratownik medyczny.
- Aaaaa!!! - darł się złowieszczo Matka, zaciskał pięści w geście triumfu i skakał po całej łące jak zając.
- Wojna, k***a! Wojna! - Mina Obiada była jednocześnie agresywna
i uśmiechnięta.
- ZKS, ZKS, ZKS!!! - skandowali nasi obserwatorzy.
- Szacunek, szacunek! - krzyknęliśmy w stronę chuliganów Miedzi. Pochyliłem się. Złapałem dłońmi za kolana. Wyciągnąłem język.
Głośno i głęboko oddychałem. Byłem wyczerpany. Walka trwała chyba z trzy minuty.
- Ile trwała walka? - krzyknął Kobra w stronę naszych obserwatorów, jakby usłyszał moje myśli...
- Minuta dwadzieścia cztery - spojrzał na stoper Notatnik.
W końcu wyprostowałem się. Odzyskałem siły. Poczułem się ząjebiście. Wyładowany. Męski. Twardy.
Ale po chwili zacząłem się też trochę zamartwiać. Poczułem ból w prawym nadgarstku. Złapałem za bolącą rękę. Zacząłem nią poruszać w górę i w dół. Bolała. Oby nie trzeba było jechać do szpitala. Zresztą ręka jak ręka. Mam nadzieję, że nie mam lim pod oczami. Bo co ja wtedy powiem rodzicom i w pracy? Poczułem kolejny ból. U góry i z boku głowy.
- Kocur! - dostrzegłem przyjaciela.
Ten podszedł do mnie powolnym krokiem. Na jego twarzy nie było widać emocji, l ran. Nawet nie oddychał za szybko. Jedynie białą koszulkę miał ubrudzoną trawą.
- Mam lima albo jakieś ślady na twarzy? - zapytałem.
- Pokaż - Kocur obejrzał mnie mało dokładnie. - Nie masz. No, może prawy policzek masz trochę czerwony.
- A głowa jak wygląda?
- No, masz trochę czerwoną.
- A guzy? - zapytałem i sam zacząłem ich szukać.
- Jak będziesz zakrywał głowę, to raczej ich nie zobaczę. Nie, raczej nie masz. Masz tylko takie czerwone kółka.
-Ale za to prawy nadgarstek mnie boli. Chyba sobie coś naderwałem
- zacząłem ruszać prawą ręką.
- Jakbyś naderwał, to byś tu kwiczał z bólu. Pewnie lekko naciągnąłeś. No nic, przez najbliższe dni będziesz musiał walić konia lewą ręką
- zaśmiał się Kocur.


*
* wyłącznie do wiadomości księgarni - nie będzie widoczny przy recenzji
ocena:*
*
* - pola wymagane

----------------------------

----------------------------